Siedemnaście godzin, cztery lotniska, i o wiele za dużo pomarańczowych stewardess Aeroflotu później: / Seventeen hours, four airports and...


Link 02.10.2010 :: 06:13 Komentuj (3)
... way too many Aeroflot's orange flight attendants:

Marta and Natalia

1. Wszystko co kiedykowliek usłyszałam o Szeremietewie jest prawdą. Za ladą "Moscow Duty Free" siedzą Marina, Irina i Galina z cieniami do powiek po same brwi i sprzedają niebieskie (wtf?) Kiwaczki aka Czieburaszki, magnesy z Placem Czerwonym i przemysłowe ilości wódki.
Ale w Areflocie nie można dostać żadnego alkoholu!
Nie żebyśmy szukały.

2. Niezmiernie bawi mnie tytuł "Seks w bolszym gorodzie", nie wiem czemu.

3. Przez całą noc oglądałam Deva Patela jeżdżącego na wielkim waranie, musicie mi wybaczyć to, że ten post nie trzyma się kupy.
Nie chcecie wiedzieć co oglądała Marta – a śmieje się z moich upodobań filmowych:)
Oglądałam The Last Airbender i dalej uważam że to jest mniej obciachowe niż polska wersja Men on Trees, przynajmniej broni się Devem Patelem.

4. Znalazłyśmy WiFi na lotnisku w Bangkoku i damn, Milesz, jednak jesteśmy beznadziejne że się przyssałyśmy do laptopów zamiast rozkoszować się errr... no chociażby azjatycką edycja serwisu CNBC z telewizora po prawej.
Ja się rozkoszuję widokiem na płytę lotniska, podobna do Okęcia… Ale lotnisko o wiele większe i jakoś tak bardziej przemyślane… Marta zapomniała o najważniejszym! Gdy wysiadłyśmy po 9,5 godziny lotu w Bangkoku , to w jakiś tajemniczy sposób znalazł nas pan Taj, poprosił o nasze nazwiska, powiedział „chodźcie za mną” (choć to wydedukowałyśmy dzięki komunikatom niewerbalnym, bo werbalny brzmiał „Kiss me – pocałujcie mnie” – tak obie zrozumiałyśmy…)i bardzo sprawnie przeprowadził nas z terminalu międzynarodowego na krajowy (chociaż byłyśmy oporne, bo jako młode damy chciałyśmy wszędzie grzecznie stać w kolejkach, co okazało się zbędne). Jednym słowem – nagle poczułyśmy się jak Catherine Zeta-Jones i Monica Bellucci. I będziemy się tak czuły do momentu, kiedy okaże się, że nasz bagaż nie doleciał do Chiang Mai – tak straszył nas pan z Okęcia...

_____________________________________________________________________________________________________________
Marta and Natalia

1. Everything I've ever hear about Sheremetyevo Airport is truth. There are Marina, Irina and Galina (with eyshadows from eyelids to eyebrows) in "Moscow Duty Free", selling blue Cheburashkas, Red Square magnets and industrial amounts of vodka.
Even though you can't get any alcohol on board in Aeroflot
Not that we were looking for it.

2. I find title "Секс в большом городе" extremely amuzing, dunno why.

3. All the night long I was watching Dev Patel riding huge Komodo dragon, you have to forgive me that this note doesn't actually make sense.
You don't want to know what was Marta watching - and she's laughing at my movie likes :)
I was watching The Last Airbender and I still think that it's less corny than polish version of Men on Trees, at least there is Dev Patel.

4. We've found WiFi in the Airport in Bangkok and damn, Milesz, we are hopeless, we are stucked here with our laptops instead of enjoying errr... well, for example asian edition of CNBC news from the telly on our right. I'm enjoying the wiev of an airstrip, it's similar to Okęcie Airport... but still bigger and better designed. Marta forgotten about the most important thing! After getting off the plane, we were caught for some mystrious reason by a guy from airport staffand asked us to follow him. (Actually we guessed it from non-verbal communicates, cause the verbal one sounded more like "kiss me" - we both understood it this way...) He efficiently led us to domestic flights terminal, passing all the lines by (even though we wanted to stand in all those queues, as proper young ladies). Frankly speaking we were feeling like VIP's, lets say Catherine Zeta-Jones and Monica Bellucci. And we gonna feel like this till it turns out that our luggage is not in Chiang Mai carousel, as guy from Okęcie was trying to scare us...


(- Hey, look at this screen, you can see us starting and feel like Gagarin! - Yeah, more like Laika)

Pierwszy dzień w pracy.../ First workday...


Link 04.10.2010 :: 18:49 Komentuj (6)
... boli nas skóra za uszami od uśmiechania się, więc dziś tylko film

... our skin behind the ears hurts because of smiling, so today - just film.



(there are english subtitles, bit sucky in the end, but we are still learning)

Pozdrowienia z Krakowa / Hello from Cracow


Link 06.10.2010 :: 18:32 Komentuj (8)
Tekst: Natalia / Text: Natalia
Komentarze: Marta / Comments: Marta

Na początku komunikat dla mojej siostry - historie podnoszące adrenalinę będą jak ruszymy w podróż, teraz po prostu żyjemy w Chiang Mai więc będzie tajsko = spokojnie :) Wiemy, że wszyscy umierają z ciekawości, co my tu robimy w ramach projektu. Szczerze – my też… Więc dajemy sobie i naszej organizacji trochę czasu, z dnia na dzień jest lepiej i konkretniej, a na razie pierwsze spostrzeżenia z Chiang Mai:

1. Uwaga dla wszystkich podróżujących – nie róbcie za dużo brzuszków pierwszego dnia. My zrobiłyśmy i teraz nie możemy się śmiać, a powodów jest sporo. ten pomysł był chory... musiałyśmy być niespełna rozumu... to wszystko pewnie wina cateringu w Aeroflocie

2. Czujemy się tu jak … w Krakowie – daleko od rodziny i przyjaciół (i UW;), ale bezpiecznie i domowo. Zamiast gołębi mamy wyjące psy, ale jasne, nie zauważyłabym różnicy

3. Ponieważ czujemy się domowo, a w naszym domu jest wszystko, zaczynając od tostera i żelazka, a kończąc na gosposi, zapominamy niestety o wszystkich zagrożeniach związanych z pobytem w kraju tropikalnym. Trzeciego dnia zorientowałyśmy się, że myjemy zęby kranówą, od samego początku chodzimy po podwórku na bosaka (biegając między biurem a naszym pokojem, tak jest wygodnie, bo do większości pomieszczeń wchodzi się bez butów) i co najgorsze jakoś nikogo się nie pytamy, z czego robili lód do napojów… Próbowaliście kiedyś iść do pracy i z powrotem na bosaka? Mega przeżycie, spróbujcie.

4. Język tajski… Wczoraj powiedziałyśmy Tze, że chcemy się nauczyć alfabetu, a on na to, że to zajmuje rok… Ale dzielnie uczymy się wszelkiego rodzaju zwrotów, oczywiście pierwszego dnia umiałyśmy 3 podstawowe: cześć, dziękuję i… (zgadnijcie co?)… nie mam chłopaka(!). Nie żeby Marta się przedstawiała „Cześć, jestem Marta i nie mam chłopaka”, tylko każdy o to pyta (!). To właściwie było drugie pytanie od dziewczyn z Juvenile Detention Centre. Musiałyśmy wiedzieć jak na nie odpowiadać...

5. Jedzenie… W Tajlandii je się … ciągle. Z chęcią byśmy Wam opisały co jemy, ale wygląda to mniej więcej tak, że wchodzimy do jakieś knajpy, pokazujemy coś na chybił trafił w menu albo prosimy właściciela o lunch. W pierwszym przypadku Marta ma łzy w oczach, jedzenie jest tak ostre (jest go dużo a szef kuchni pyta czy dobre. Udaje mi się wykrztusić że gud gud, tylko trochę spajsi...), w drugim właściciel przynosi nam tyle jedzenia, że połowę zostawiamy… I TO było pierwsze pytanie od dziewczyn z JDC. Przedstawiłyśmy się i padło sakramentalne "Czy są jakieś pytania". Pierwsze brzmiało "Co jadłyście na śniadanie"... Kiedy widzi się kogoś po południu, przyjęte jest że w ramach powitania pyta się "Czy jadłeś już lunch"

6. Śniadania… Owsiankę jedzą tu na ostro! Z chilli! Mamy nowy cel życiowy – znaleźć normalne muesli. Musicie to wiedzieć - Natalia ma małą obsesję na punkcie owsianki
__________________________________________________________________________________________________

At the beginning – the message for my sister – we’ll have more "risky and frightening experiences" after our journey around Asia starts, now we’re just living in Chiang Mai, so our blog will be thai = peaceful:) We know, that everyone wonders, what is our project all about. To be honest… we too. So we are giving ourselves and our host organization some time, it is getting better and better every day and more concrete. So – for know just few first notices from Chiang Mai:

1. General advice for all travelers – don’t do too much belly exercises on the first day – we did and we can’t laugh now (and we’ve lots of reasons to do it). That idea was insane... belly excercises... yeah, we had to be a little off, I guess Aeroflot's onboard catering is to blame

2. We feel like in … Cracow - far away from our families and friends (and university;), but it's safe and home-like. We have howling dogs instead of shitting pidgeons, but sure, you wouldn't find a difference...

3. Since it feels like home and there is everything like in house : a toaster, an iron and even a housekeeper, we unfortunately forget about all medical rules in tropical country. We noticed that we’re using tap water for washing our teeth on the 3rd day. Since the beginning we’ve been walking barefoot at our ground yard (it’s more comfortable, because we can’t go into some rooms in shoes). And the worst one – we don’t ask anyone what water the ice cubes are made of… Have you EVER gone to your workplace and back barefoot? That's really cool, you have to try it

4. Thai language… Yesterday we told Tze, that we want to learn thai alphabet, and he replied that we need a year for that. So we’re learning expressions, first day we've learnt the three most important ones: 'hello', 'thank you' and … (guess what)… 'I don’t have boyfriend'. It’s not that Marta introduces herself: “Hi I’m Marta and I don’t have boyfriend”, but everyone asks about it (!). That was actually the second questions from girls in Juvenile Detention Centre, we had to learn how to answer...

5. Food… In Thailand people eat… constantly. We really like to describe you what we eat, but it looks like that we enter a local restaurant, we show what we want at menu with a finger or we just ask an owner about lunch. In first case Marta has tears in her eyes, because it’s so hot (there is LOT of it and chef comes and asks if it's good. I manage to say "khh good, good, but a little bit spicy") , in second the owner brings us so much food, that we have to left almost a half of it. Yep... THIS was the first question. We introduced ourselves and there was as usual: "any questions?" First one was "What did you have for breakfast"... And for "good afternoon" they say literarly "have you already had your lunch?"

6. Breakfasts… Thai people eat spicy porridge! With chilli! We’ve got new life goal – to find normal muesli… Ok, you people have to know, that Natalia is kinda obsessed about porridge.

Marta i samobójcza ilość lodu: / Marta and suicidal amount of ice:



Uroki zycia obok lotniska / Lure of living close to the airport


Link 08.10.2010 :: 19:16 Komentuj (3)


(Zaraz po lądowaniu wyją wszystkie okoliczne kundle)
(Just after plane lands, all local mutts howl)

Chiang Mai w obiektywie/ snapshots of Chiang Mai


Link 10.10.2010 :: 16:40 Komentuj (4)
możecie znaleźć więcej/ you can see more w naszym albumie/in our gallery
















Suan Dok


Link 13.10.2010 :: 18:37 Komentuj (0)
Pisze: Marta
Komentuje: Natalia

Okej, musicie wiedzieć, że nasza dzielnica jest nazywana Suan Dok ze względu na jeden z największych i najstarszych watów w mieście (o ile nie największy i najstarszy z nich), który jest bijącym sercem okolicy. Nasza nowa, druga (katolicka jest bardzo daleko i jedyne co ją różni od parafii w Książenicach to msza po angielsku o 11 i to, że niektórzy zdejmują buty podczas nabożeństwa), tętniąca życiem parafia (btw: wczoraj mieliśmy bardzo malowniczy pogrzeb). Któregoś dnia szłyśmy skrótem przez wat i w pewnym momencie zauważyłyśmy przez otwarte drzwi orkiestrę ćwiczącą w jednym z budynków. Chciałyśmy tylko ich trochę podejrzeć, ale człowiek który wyglądał na dyrygenta zaprosił nas do środka, wręczył instrumenty nazywane saw-u plus dwa smyczki, zagrał gamę i powiedział, że możemy z nimi grać. A potem dodał coś w stylu „Przecież to proste, zupełnie jak skrzypce”. Taaa... bo każdy Europejczyk gra na skrzypcach... próbowałyśmy męczyć kotka tak cicho jak się dało, podczas gdy reszta orkiestry osiągała absolutną harmonię. Ja dodatkowo zafascynowałam się zapisem nutowym, w swojej niewiedzy byłam przekonana, że cały świat zapisuje nuty jak Chopin na pięciolinii, a oni każdy dźwięk (chyba) zapisują w osobnym kwadracie.

Dla tych wszystkich którzy czują potrzebę dostąpienia oświecenia, albo po prostu chcą pogadać, Suan Dok przewidział tak zwany monk chat (pogawędki z mnichem). Codziennie między 17 a 19 jeden z anglojęzycznych mnichów ma dyżur i można wpaść i spytać o zagadnienia związane z buddyzmem. Można też wejść samej do świątyni (oczywiście bez butów) , wtedy sami zagadują (co wg naszych znajomych studentów nie powinno mieć miejsca). I muszę powiedzieć, że mają nawet cięte poczucie humoru:).

Tak czy siak najlepszym miejscem jest schowana za budynkiem monk chat knajpa, gdzie zwykle zamawiamy sajgonki i sałatkę z kwiatów bananowca (40 Bh, czyli cztery złote i taaakie żarcie!). Tze powiedział nam, że codziennie rano, jak nakazuje buddyjska tradycja, mnisi chodzą od domu do domu i proszą o jedzenie (w zamian modlą się za zmarłych. Wszystko wynika z tego, że mnichom nie wolno nic kupować). Nie udało nam się ich jeszcze złapać, ale to chyba dlatego że za późno wstajemy... Mów za siebie ;) Kto rano na siłownię wstaje, temu Bozia daje, więc ja dziś widziałam mnichów z miskami o 6.20.

Z najnowszych wieści: chyba coś umarło w naszej wspaniałej AC. Śmierdzi.

_____________________________________________________________________________________________________
Text: Marta
Comments: Natalia

Okay, you must know that our district is called Suan Dok because one of the biggest and oldest wats (if not the biggest and oldest one) in the city, that is beating heart of this area. Our new parish (second one, the fist - Catholic is very far away and doesn’t really differ from our parishes in Poland). Very lively parish, lets add (btw: yesterday we had here really picturesque funeral). One day we were using a shortcut trough the wat area and we heard people playing music in one of buildings. We just wanted to watch them, but they invited us to join their orchestra. Man, who seemed to be a conductor, gave us two instruments, called saw-u and two bows, played an example of some sounds and said „Now, play someting with us, come on, it's simple, just like violin”. Yeah... of course every European plays violin... we were trying to kill a kitten as silently as we could, when the rest of our parish orchestra was cooperating in a perfect harmony. I was also fascinated by the way they note down notes. I had thought that people all around world use the same system as Chopin did – stave, but Thai people put each sound (I think so) in separate square.

For all those who feel need of reaching an enlightment (or just need to talk to someone), wat Suan Dok offers so called monk chat. Every day, between 5 pm and 7 pm one of English-speaking monks has a shift, so you can go and ask him some questions. You can also just come into the temple (of course barefoot) and then monks start chatting to you (what shouldn’t have happened according to our Thai friends). And frankly speaking, they have a great sense of humor;)

Anyway, the best place of this wat is hidden just behind monk chat building. It's awesome bar, where we used order banana flower salad and spring rolls (40 Bh both and its just perfect). Tze told us that every day in the morning monks are coming and collecting food, according to Buddhist tradition. We didn't manage to catch them yet, I suppose it's just because we should wake up earlier... Speak for yourself! I noticed some of them when I was going to the gym today at 6.20.

Breaking news: we suppose that something died in our awesome AC. It stinks.









Chiang Mai kulturalnie / Chiang Mai's cultural life


Link 16.10.2010 :: 14:25 Komentuj (1)
Pisze: Natalia
Komentuje: Marta

Marta ma kryzys w związku z życiem w małym mieście (przypominam, że Chiang Mai to drugie co do wielkości miasto w Tajlandii. Co nie zmienia faktu że jest wciąż małe. Gdzie się mieści ten milion ludzi!?) a ja po prostu lubię sztukę i dlatego też wybrałyśmy się dzisiaj na wystawę „Współczesna sztuka Birmy” do Centrum Sztuki Uniwersytetu Chiang Mai (CMU - największa uczelnia w Tajlandii). Właśnie – oprócz świątyni z mnichami bardzo chętnymi do pogaduszek (dziś zostałam zagadana przez jednego na ulicy! Nie powinni, a wygląda na to, że robią to częściej), braku turystów czy taniego tajskiego masażu, nasza dzielnica posiada jeszcze jedną niewątpliwą zaletę – tuż obok znajduje się kampus CMU.
Myślę, że mój mikrokryzys został wywołany przez wszystko, a brak chodników był tą jedną rzeczą za dużo (chociaż dobra kawa, europejska muzyka i manicure wystarczą żeby go pokonać)

Oczywiście przed oczyma miałyśmy ty miałaś obraz centrum sztuki urządzonego w jednym pomieszczeniu w wielkości naszej łazienki (na dodatek znajdującego się w podziemiach) i obrazów, na które nie wiadomo z której strony patrzeć (przynajmniej ja nie wiem, jakoś Jean Dubuffet do mnie nie przemawia) albo co najmniej sztuki politycznej rodem z Korei Północnej . Na szczęście spotkała nas miła niespodzianka – jasna, przestronna galeria składająca się z kilku pomieszczeń, obrazy które można by starać się przyporządkować do różnych stylów (pytanie tylko po co) i sklep muzealny na poziomie Smithsonian a nie Zamku Królewskiego. Uwielbiam sklepy muzealne i jako ekspert mogę powiedzieć, że ten był całkiem niezły, 7/10. Galeria była niespodzianką, to znaczy wiecie, spodziewałam się czegoś w stylu: dziewczęta w strojach ludowych, złoty Budda, słonie, Budda, tygrys w krzakach i może jeszcze jeden Budda. A ponieważ znawczynią sztuki nie jestem (ale miłośniczką tak:) więc lepiej skończę pisać i dam Wam szansę by obejrzeć kilka zdjęć:

_______________________________________________________________________________________

Text: Natalia
Comments: Marta

Marta has depression due to our stay in little town ( Chiang Mai is the 2nd largest city in Thailand it doesn't change the fact that it's still small, where this one million people fits!?) and I am simply fond of art, that’s why we decided to go to „Myanmar Contemporary Art Exhibition” in Art Centrum of Chiang Mai University (the biggest university in Thailand). Aside from temple with very talkative monks (today one of them started to chatting with me on the street! They are not supposed to, but it seems they do it more often...), lack of tourists and cheap Thai massage, our district has one more undoubted advantage – it’s nearby CMU.
Hmmm... I think my microcrisis was caused by everything, and lack of pavements was this one little thing that was a one too much. (But c'mon, good coffee, european music and manicure is enough to defeat such blue mood).

Of course we YOU envisioned that Art Centrum as one room (of the same size as our restroom) in a basement and we won’t be able to decide from which side we should look at paintings (for sure Jean Dubuffet isn’t my favourite artist. At least it's figurative art. Sometimes) or at least art will be political focused as in North Korea. Fortunately, we were very nicely surprised – the gallery consists of some light rooms, paintings might be connected to different art styles (the question is – what for?) and museum shop is more similar to Smithsonian’s than Warsaw Royal Castle’s one. I love museum shops, and as an expert I can say that this one was pretty good. 7/10. Gallery itself was surprising, I was expecting something more, you know, girls in traditional costumes, golden Buddhas, elephants, Buddhas, tigers in a bush and maybe one more Buddha. I’m not an art expert (but art lover for sure), so better you have a look at some pictures:







W świątyni i w puszczy / I would translate the title but anyway, you won't understand this subtle allusion to Polish literature treasures.


Link 20.10.2010 :: 11:28 Komentuj (7)
Pisze: Marta
Komentuje: Natalia

więcej zdjęć


Jeśli powiemy, że jednym z naszych obowiązków służbowych w godzinach pracy jest trekking do złotego klasztoru na wzgórzu nieopodal, to pewnie przestaniecie nas lubić*. Trudno. Mimo wczesnej jak na tutejsze standardy godziny spotkania (olaboga, 6.30!), naszym dzielnym współwolontariuszom udało się spóźnić jedynie 20 minut. Tze, który był koordynatorem wycieczki wymyślił trasę pod ostrą górkę przez dżunglę. Z lianami, komarami, wilgocią, wodospadami i krzakami bambusów. I linią wysokiego napięcia wzdłuż co bardziej cywilizowanych odcinków, wiszącą na wysokości 1,20. Sam klasztor Doi Suthep był mega, szczegóły na zdjęciach. Doi Sethup można porównać trochę do Częstochowy – oprócz turystów przyjeżdża tam wielu Tajów, aby 3-krotnie (z lotosami i kadzidłami, które później zostaną złożone w ofierze) obejść złotą padogę, w której przechowywane są relikwie Buddy. Kompleks datowany jest na XIV i tak jak wszędzie indziej jest mnóstwo legend na temat jego powstania. Jedna z nich opowiada o tym, jak wybrano miejsce na budowę świątyni – relikwie Buddy złożono na białym słoniu i postanowiono rozpocząć budowę tam, gdzie słoń się zatrzyma.


*Bylebyście nas nie z dislajkowali na facebooku, jak dobijemy do setki to uczcimy to najlepszym na świecie sernikiem z orzechami macadamia.

_________________________________________________________________

Text: Marta
Comments: Natalia

more photos

If we write, that one of our duties is going for a trekking to a golden monastery on a hill nearby, you won't like us anymore*. Well, shit happens. In spite of early, as for local standards, time of meeting (6.30 am!), our brave co-volunteers managed to be just 20 minutes late. Tze, who was our trip coordinator, chosen uphill route through the jungle. With lianas, mosquitoes, humidity, waterfalls and bamboo bush. And high voltage cords hanging at the height of 1,20 m along some of more civilized stretches. Doi Suthep monastery was pretty cool, as you can see on our photos. Doi Suthep can be compared to Polish Częstochowa – tourists visit that place as well as Thai people, who want to walk around (with lotuses and incenses as an offering) the giant Chedi, covered with gold. Of course, many legends exist about that complex – one of them explains, how the place to build temple was chosen. When the Temple was being planned, about 600 years ago, the Buddha relics, to put inside the Chedi of the Temple, were put on the back of a white elephant. At the spot where this elephant would stop, the Temple was going to be built.


*As long as you still like us on facebook, everything is ok. We are going to celebrate one hundred likes with the best macadamia nuts cheesecake ever.








Co ja robie tuuuuu? / What are we doing here?


Link 23.10.2010 :: 13:25 Komentuj (3)
Tekst: Natalia

Prawdopodobnie myślicie, że jesteśmy w Chiang Mai na wakacjach. Cóż… prawda – staramy się korzystać z uroków życia w stolicy północnej Tajlandii, ale cel naszego długiego pobytu tutaj (3 miesiące) jest zgoła inny. W ramach programu „Wolontariat Polska Pomoc” (mającego wspierać działania rozwojowe) pracujemy w BABSEA (Bridges Across Borders Southeast Asia). Organizacja jest o tyle ciekawa, że można zaobserwować w niej połączenie zachodniego podejścia do działania- nakierowanego na cel (założyciele BABSEA są Amerykanami) z azjatycki stylem, skupiającym się na samym procesie pracy (pracownicy są Tajami, a atmosfera w biurze i relacje między osobami – zresztą młodymi – są bardzo rodzinne). Cele BABSEA można podzielić na dwa główne obszary: wspieranie klinik prawa w regionie (instytucji działających przy uniwersytetach, gdzie osoby niezamożne mogą otrzymać bezpłatną poradę prawną) i edukacja prawnoczłowiecza – my przede wszystkim działamy w tym obszarze. Oprócz dwóch stałych zadań – prowadzenia zaje (które można określić jako warsztaty z edukacji globalnej) w Juvenil Detention Center (żeński poprawczak) dwa razy w tygodniu i w Wild Flower House (domu samotnej matki, o obu tych miejscach więcej napiszemy wkrótce) często dostajemy zadania związane z większymi przedsięwzięciami BABSEA, m.in. Trio For Justice (impreza sportowa promująca prawa człowieka, która odbędzie sie w listopadzie) i I Ogólnotajska Konferencja Klinik Prawa. A jak na razie chyba najbardziej dumne jesteśmy z warsztatów nt. aktywnych metod edukacyjnych, które przeprowadziłyśmy dla studentów, którzy od stycznia maja kontynuować nasze działania edukacyjne (poniżej parę zdjęć). Efektem naszego pobytu tutaj ma być stworzenie poradnika dla przyszłych trenerów edukacji globalnej pracujących w trudnych, kobiecych środowiskach. A co jeszcze uda sie osiągnąć – same jesteśmy ciekawe.
______________________________________________________________________________________

Text: Natalia

You probably think, that we’re here on holidays. Well... yes, we do enjoy Chiang Mai very much, but our main goal of stay here for such a long time (3 months) is totally different. We got a grant from MFA program „Polish Aid” (it was created to support development activity) and that’s why we work now in BABSEA (Bridges Across Borders Southeast Asia). The organisation itself is very interesting – mix of western way of work – outcome focused (the founders are Americans) and Asian style – process focused (atmosphere in the office and relations between Thai employees are really family-like). The goals of BABSEA can be divided into 2 groups: to support law clinic movement in the region (institutions created within university structures, when indigent person can get free of charge legal advice) and human rights education – and it’s main area of our activity. So, we have two main tasks – preparing workshops in Juvenile Detention Centre twice a week, and in Wild Flower House (single mother house, we’ll write about both these places later). We are also given some smaller tasks concerning events prepared by BABSEA, such us Trio For Justice (sport event which will promote human rights and will be held in November) or 1st Thai Conference of Law Clinics. So far, we are mostly satisfied with workshops we prepared for Thai students about active methods of teaching (see pictures below). Participants are supposed to continue our activity when we leave Thailand. The outcome of project will be a toolkit for future global education trainers, working with rough, female communities and hopefully some other positive changes – but we are curious ourselves what will happen.







Poznajcie Wina / Have you met Win?*


Link 29.10.2010 :: 11:21 Komentuj (5)
Oto Win. Win ma zamiar ozenic sie dopiero wtedy kiedy bedzie zarabial 200 tys. bhatow, z takim podejsciem na duze szanse.

This is Win. Win is going to get married after he starts to earn 200 000 Bh per month. With this attitude there is a big chance for it.



- Where are we going?
- We gonna sell you for organs
- Do you have any idea about the price?
- Not yet, but it will be a bargain sale: buy one, get one free.

* Yes, that's a symptom of too much "How I met your mother"