pierwszy miesiąc za nami…/the first month’s already passed...


Link 01.11.2010 :: 09:01 Komentuj (5)


Podczas weekendów staramy się podróżować – zobaczcie sami gdzie w północnej Tajlandii udało nam się dotrzeć i co odkryć


We try to travel during our weekends off, so have a look where in the Northern Thailand we’ve been and what we’ve discovered.


możecie znaleźć więcej/ you can see more w naszym albumie/in our gallery


CHIANG DAO – jaskinie ze stalaktytami w kształcie lotosów i posągami buddy, po których oprowadza przewodnik z górskich plemion i gdzie lampy naftowe są wciąż w użyciu.

Caves with lotus-shaped stalactites and Buddha’s status. We were guided by a woman from a hill tribes – she was using a paraffin lamp!











PAI – trochę za bardzo hippisowskie miasto dla nas, ale okolica z kanionami i „zbyt gorącymi” gorącymi źródłami wynagradzała wszystko.



The Town is a little bit too hippie for us, but surroundings (with „too hot” hot springs and canyons) rewarded us everything.











Spływ od THA TON (z największym jak do tej pory posągiem Buddy) do CHIANG RAI (leniwe miasto z niesamowitym nocnym bazarem) i wizyta w CHIANG SEAN, gdzie na rzece Mekong jest granica laotańsko – tajska i można ją przekroczyć tylko przy pomocy łodzi.

The boat trip between Tha Ton (the most impressive Buddha statue so far) and Chiang Rai (chilled out town with awesome night bazaar) and Chiang Sean where is the border between Thailand and Laos and the only way to cross the border is to swim across Mekong river.























Na straganie w dzień targowy…/ sorry, another subtle allusion to Polish literature treasures – generally, it's about bazaars


Link 05.11.2010 :: 02:37 Komentuj (2)

pisze:Natalia

Do pewnego momentu w życiu słowo „bazar” kojarzyło mi się wyłącznie ze Stadionem X-lecia lub przygranicznym bazarem pełnym alkoholu ze Wschodu w mieście, gdzie mieszka moja babcia. Później „bazar” oznaczał kłębowisko przekrzykujących się handlarzy, którzy bardzo chętnie dawali mi wszystko do spróbowania, nawet jeśli połowy rzeczy nie umiałam nazwać:) Jednak w Chiang Mai bazar to nie tylko miejsce, to raczej styl życia, a na pewno już ulubiona rozrywka Tajów i niektórych cudzoziemców.

Jak w każdym szanującym się mieście tajskim, w Chiang Mai znajdziecie bazar nocny, z trwałą infrastrukturą targową, jednak bardzo już skomercjalizowany i nastawiony na pieniądze, a nie na rozrywkę dla wszystkich. Zgodnie z zasadą „ulotne jest lepsze” ulubionym miejscem na spędzanie weekendowych wieczór przez Tajów są bazary „jednonocne” – ok. południa policja zamyka ulice (różne w sobotę i niedzielę) i po dwóch stronach ustawiają się handlarze ze swoimi budami, a po środku ulicy artyści różnej klasy. Dzięki temu powstaje dwukierunkowa droga, a najszybszy sposób na przemieszczanie się to pod prąd (dobrze że nie rozumiemy tajskiego:)

O 17.00 zaczynają gromadzić się ludzie, którzy chodzą wkoło, niewiele kupują (nic dziwnego, połowa rzeczy wygląda jak chińskie podróbki niepotrzebnych nikomu przedmiotów i oczywiście prawie wszystko, jak w całej Północnej Tajlandii, jest zrobione przez „górskie plemiona”), podziwiają i jedzą (tak, jedzenie to niewątpliwy stały punkt programu każdego gościa bazarowego, mogłybyśmy napisać o tym epopeję, ale na razie ograniczymy się do kolejnego wpisu). Oczywiście życie kulturalne kwitnie – gdy ma się szczęście ( jak my w Chiang Rai, gdzie również znana jest instytucja „jednonocnego” bazaru) to oprócz muzyków wszelkiego rodzaju, dzieci kręcących hula-hop, kuglarzy i magików w wydania azjatyckim i nieśmiertelnych przedstawicieli sztuki Lanny (dawne królestwo położone na terenie obecnej północnej Tajlandii, istniejące od XIII do XVIII w.) można natrafić na imprezę taneczną dla małych i dużych:)


____________________________________________________________________________________

writes:Natalia

Before I started travelling, word „bazaar” had reminded me just of 10th-Anniversary Stadium in Warsaw (after 1989 it was used mainly as a bazaar called Jarmark Europa, becoming famous as the place to buy a whole range of illegal goods, most notably pirated software and media) or border bazaar, full of alcohol from eastern neighbor countries, in the town where my grandma lives. Afterwards, bazaar’s became synonym of the place full of vendors, who were shouting all the time and were offering me food to try, even if I wasn’t able to name those products. But in Chiang Mai bazaar isn’t only the place, it is more way of living, and without doubts the most favorite entertainment among Thai and some foreigners.

You can find everynight night bazaar in Chiang Mai, with permanent infrastructure, but is has been already commercialized and the main goal of vendors is to earn money, not to entertain. So, following the rule “ transiting is better”, Saturday/Sunday Walking Street Market are favorite place for Thai to hang out during weekend’s evenings . At noon, police close certain streets (different on Saturday and Sunday), vendors arrange their stalls and street arts take the center of the street . In that way two-directions route is created and you can move the fastest upstream ( thanks God we don’t understand Thai language).

At 7 p.m. people start gathering, they buy almost nothing (not surprisingly, half of items look like Chinese fakes of useless things and of course almost everything was made by hill tribes), admire and eat ( yes, eating is for sure the most important event for all of guests of bazaars, we can write an epopee about it, but you have to wait for next post). Cultural life flourishes. If you are lucky enough (as we were in Chiang Rai, where there is another Saturday Walking Street Market), except from all kinds of musicians, children with hula hoops, Asian-style magicians and immortal followers of Lanna art (The Kingdom of Lanna was a state in what is now northern Thailand from the 13th to 18th centuries), you can also find dancing event for everyone, no maters how old they are:)

















Dzień, na który Birma czekała 20 lat?/ The day Burma has been waiting for 20 years?


Link 07.11.2010 :: 12:10 Komentuj (2)

pisze:Natalia

Zadziwiające, jak zmienia się nasza globalna perspektywa postrzegania świata w zależności od tego, gdzie mieszkamy – oczywiście, staram się być na bieżąco z wydarzeniami w Polsce, śledziłam strajki we Francji i ostatnie wybory w USA, ale w sposób naturalny wiem teraz o wiele więcej o Chinach, Malezji i Indonezji, a przy okazji o wszelkiego rodzaju kataklizmach… I o Birmie, gdzie dziś po raz pierwszy od 20 lat odbywają się wybory. Napiszę tylko „wybory”, przymiotnik wolny pominę.

20 lat temu wygrała partia Aung San Suun Kyi ( w 1991 otrzymała ona Pokojową Nagrodę Nobla) – Liga Na Rzecz Demokracji, jednak junta nie uznała wyników wyborów i do dziś trwa stan izolacji kraju, rządów wojskowych, łamania podstawowych praw człowieka. Wiecie, że w Birmie przeznacza się mniej niż 3% budżetu na ochronę zdrowia, a 40% na armię? Obecnie Aung Sa Suun Syi przetrzymywana jest w kolejnym areszcie domowym, który skończy się dosłownie parę dni po wyborach. Poza tym nie byłaby dopuszczona do wyborów, bo nowe prawo zabrania kandydowania osobom kiedykolwiek skazanym, więc bardzo sprytnie władza wyeliminowała swoich przeciwników, którzy byli więzieni za działalność opozycyjną. Liga Na Rzecz Demokracji wybory zbojkotowała i żadna licząca się siła opozycyjna tak naprawdę w wyborach nie startuje.

Wśród publicystów trwa spór, jak postrzegać dzisiejsze wybory. Jedni mówią, że to krok w stronę demokratyzacji kraju, drudzy że władza wojskowa chce tylko otrzymać legitymizację swoich rządów i wybory będą sfałszowane. Odpowiedzi na to pytanie nie poznamy na pewno dziś, ale chyba wybory, gdzie 25% miejsc w każdej izbie parlamentarnej zagwarantowanych jest dla wojskowych, w których prawie 1,5 miliona obywateli zostało pozbawionych prawa wyborczego (tylko dlatego, że zorganizowanie punktów wyborczych na niektórych terenach władza uznała za niebezpieczne), a obserwatorzy i zagraniczni dziennikarze nie są wpuszczeni do kraju, trudno nazwać „wolnymi”.

________________________________________________________________________

writes:Natalia

It was really surprising for me, how my perspective of perceiving the World changed accordingly to place where I’m living. Of course, I’m trying to be updated with events in Poland, I was monitoring protests in France and the election in US, but I am also learning much about China, Malaysia and Indonesia and unfortunately about natural disasters. And also about Burma, where the election is taking place for the first time for 20 years. I’ve just written “election”, I’ve skipped over “free”.

Burmese voters last got a chance to cast their ballots in 1990, when they overwhelmingly backed Aung San Suu Kyi's National League for Democracy (NLD). But the ruling generals never allowed the NLD to take power. And isolation of country, ruling of army regime and violations of basic human rights began. Do you know, that less than 3% of national budget going towards healthcare, while 40% goes towards military expenses. Nowadays, Aung San Suu Kyi is under house arrest (which is to finish just after the election). The NLD has been forcibly disbanded after it decided to boycott the polls. It could have taken part if it expelled Ms Suu Kyi, who like many other key pro-democracy figures was banned under election laws from participating because of convictions linked to her activism.

Western publicists dispute, how they should evaluate today election. Some hope the elections constitute a beginning towards Burma’s democratization, some have expressed the gravest possible doubts over the credibility of the polls. The facts are, that 25% of seats in all chambers are reserved for the military. And in some areas polling will not take place because Burmese authorities say it is too dangerous. More than 1.5 million ethic voters have been disenfranchised by this ruling. What is more, international observers and foreign journalists will not be allowed into the country for the polls. So it is really difficult to call that election “free”.




"Kazdy chlopak chce byc jak Che Guevara na motocyklu a kazda dziewczyna chce moc siedziec za nim" / "Every bloke wants to be like Che Guevara...


Link 08.11.2010 :: 17:14 Komentuj (5)
...on a motorbike, and every girl wants to sit behind him"*



There is one thing that puzzles me since I've started to participate in Thai traffic: how is it possible, that those girls are not loosing their flipflops on sharp curves?


*Cytat z klasyka, Macku Krasniewski, tesknimy za Toba / Quotation of a classic, Maciek Krasniewski, we miss you

Listopad = kino pod chmurką i bieganie bladym świtem / November = open air cinema and first light running.


Link 18.11.2010 :: 17:17 Komentuj (5)

Pisze: Natalia
Komentuje: Marta


Dużo się u nas dzieje ostatnio, większość zachowamy dla siebie, ale żebyście byli na bieżąco, to koniecznie muszę opisać dwa ostatnie międzynarodowe wydarzenia, które miały miejsce w Chiang Mai :) (ekskluzywny live-chat dostępny na skajpie i fejsie)


Co prawda nie udało nam się powiesić polskiej flagi 11.11, ale za to na tyłach Wat Suan Dok odbył się wieczór polski. Goście z Tajlandii, Birmy, Australii, USA, Francji, Laosu i Holandii zajadali przysmaki polskiej kuchni (placki z jabłkami, ziemniaczane i pomidorówkę) przygotowane przez światowej klasy kucharki (czytaj nas:). W tle leciała „kapela ze wsi Warszawa”, a oprócz filmu animowanego Bagińskiego wszyscy zobaczyli również zdjęcia Dody (długa historia:). Na koniec wszyscy obejrzeli „U pana Boga za piecem”, co było dobrym wyborem – wszyscy posnęli jak dzieci pod gołym niebem listopadową nocą…Okazało się że pełna wersja jest mniej ocenzurowana niż telewizyjna i zawiera miedzy innymi rożne uwagi o żydach, rozbudowany watek o murzynie co mu zimno w Polsce i ukazuje kobiety jako obiekty seksualne ze scena seksu na biurku włącznie.


Nie zdążyłyśmy odpocząć po czwartku, a tu już niedziela i Trio For Justice – impreza sportowa z półmaratonem, wyścigiem 10 km i zawodami rowerowymi, organizowana przez naszą organizację. Bardzo chciałyśmy biec, ale niestety obowiązki służbowe (od 5.30 rano!) nam to uniemożliwiły. Co najważniejsze – wszyscy dobiegli, szkole w Sankampeang zostały przekazane rowery, widoki były przecudne i o 12 mogłyśmy wrócić do łóżka/ pójść się opalać nad basenem:)


_______________________________________________________________________________


Text: Natalia
Comments: Marta


So, many things is going on in our life, we want to keep mum on most of them, but on the other hand we want you to be updated. That’s why I have to describe two international events, that were held in Chiang Mai (exclusive live-chat available on skype and facebook)


We weren’t succeed in displaying Polish flag on 11th November (Polish Independence Day - http://en.wikipedia.org/wiki/Polish_Independence_Day), but Polish evening took place at the rear of Wat Suan Dok. Guests from Thailand, Burma, Australia, USA, France, Laos and Netherlands were gorging themselves on polish dishes (“placki” with apples and another made from potatoes and tomato soup) that were prepared by word top standards cooks (us;). Music of “Warsaw Village Band” was played (http://www.youtube.com/watch?v=QqGN23fn6j0) and Baginski’s short animation about Polish history was presented (http://www.youtube.com/watch?v=2DrXgj1NwN8). At the end “In Heaven as it is on Earth” was shown and it occurred to be a perfect choice – everyone felt asleep like babies…It turned out, that full version is surprisingly less censored than television one and contains e.g. some remarks about jews, Africans who feel cold in Poland and shows women as sexual objects, including desk-sex scene.


We weren’t event able even to rest after Thursday and we didn’t notice when Sunday had came – Trio For Justice (sport event – half-marathon, 10K run and fun bike ride – organized by our organization). Of course, we were really eager to run, but our vocational duties ( from 5.30 a.m.!) didn’t let us to. All in all – everyone finished the run, school in Sankampeang was donated bikes, views were spectacular and at noon we were back in bed/ sunbathing by the swimming pool:)


























Demotywatory / Demotivators


Link 22.11.2010 :: 23:00 Komentuj (1)
Dzis wrzucimy na bloga cos ladnego, a w tak zwanym miedzyczasie dzisiejsza prasowka. Bangkok Post, wtorek, 23.11.2010, strona 6, miedzy brytyjskimi problemami z sluzba zdrowia a jakas awantura w NATO. Najwiekszy pomnikj Aragorna na swiecie.

We are going to upload something nice today, but in the meantime: here you are - today's press brief. Bangkok Post, Tuesday, 23.11.2010, page 6, between British health service problems and sort of an issue in NATO. The world's biggest Aragorn monument.



(Click to enlarge / kliknij zeby powiekszyc)

Sabai Dee Loi Kratong!


Link 23.11.2010 :: 04:55 Komentuj (2)

możecie znaleźć więcej zdjęć/ you can see more photos w naszym albumie/in our gallery


Pisze: Marta
Komentuje: Natalia

Problem z tutejszymi świętami, polega na tym, że nikt nie wie czego właściwie dotyczą. A jak wie to nie powie. Bo nie wie jak albo się wstydzi. Więc musimy dochodzić do tego same. Ustaliłyśmy, że w tym roku zbiegły się w czasie dwa święta: Loi Kratong i lannajskie Yi Peng. Loi Kratong to w skrócie oddawanie czci bogini wody. Yi Peng to święto świateł, podczas którego buddyści mogą sobie doładować karmę. Kiedy się je do siebie doda, wychodzi gruba impreza. Impreza z wybieraniem miss festiwalu, ustawianiem wielkich świecących smoków w fosie otaczającej miasto, paradami (które trwają wieczność!), obłędnymi ilościami fajerwerków (a raczej petard, chyba ogłuchłam po weekendzie), światełkami na ulicach (nasza ulubiona Nimmanhemin Rd wygląda prawie jak Krakowskie Przedmieście!), zapalaniem świec na granicach posesji, pełnią księżyca i – co najbardziej widowiskowe – wypuszczaniem w niebo wielkich lampionów. Wszyscy gromadzą się wzdłuż rzek, kanałów i strumyków, aby puścić na wodę krathong - świeczkę i kadzidła w misternych konstrukcjach z liści bananowca i lotosów. A co bardziej zaangażowani uwalniają zwierzęta jak znak oswobodzenia i wolności. Oczywiście nikt nie zostawia swojego Burka, wszędzie można kupić rybki i ptaszki specjalnie złapane na tę okazję. Zastanawia mnie tylko, jakim cudem byłam świadkiem wypuszczania również węży i żółwi…

Lampiony widać było na niebie od dwóch tygodni, ale Właściwy Moment nadszedł w piątek. My zdecydowałyśmy się zobaczyć jak będzie on wyglądał w Mae Jo, buddyjskim sanktuarium 20 km na północ od Chiang Mai (warte podkreślenia jest, że byłyśmy chyba jedynymi szalonymi, które dotarły tam przy pomocy siły własnych mięśni i pedałów;). Wyglądało bajkowo. Magicznie. Jak w filmie. Mało powiedziane – to jedno z najcudowniejszych wydarzeń w jakich do tej pory brałam udział, nic innego się nie liczy, tylko lampiony i niesamowite poczucie tworzenia czegoś pięknego razem. Na tyle widowiskowo, że sądząc po ilości zdjęć robionych podczas całego rytuału odpalania lampionów przez rodziny, przyjaciół i migdalące się pary, facebook powinien zainwestować w nowe serwery.

Śliczne święto. Wczoraj, (jako że Chiang Mai jest jak system naczyń połączonych i żeby komuś świecił w fosie smok, ktoś inny musi siedzieć przy świeczkach) wyłączono prąd północno – zachodniej części Starego Miasta. Wracałam tamtędy rowerem. Ciemne miasto, wielkie, głębokie niebo i lampiony. Bezcenne.

_____________________________________________________________________________________________________
Text: Marta
Comments: Natalia

The problem with Thai festivals is, that no one actually knows what are they all about. Even if there is someone who knows, he/she won't tell us because he/she's shy or doesn't speak English. We have to find everything out on our own. So far we've found out, that this year two festivals are coinciding: Loi Kratong and Lanna Yi Peng. Briefly, Loi Krathong is about worshipping the goddess of water. Yi Peng is a festival of lights, that enables buddhist to charge their karma. If you mix it, you get an awesome party. The party that includes electing miss of the festival, building big gleaming dragons in the moat encircling the Old Town, parades (that are endless!) insane amount of fireworks (to be exact, mostly firecrackers, I became deaf after the weekend), lights on streets (our fav Nimmanhemin Rd looks almost like Krakowskie Przedmieście St.), lighting candles at the borders of premises, full moon and – what's the most picturesque – releasing to the sky huge paper lanterns. Everyone gathers along rivers, canals and streams to launch their krathongs (lotus-shaped receptacle made from banana leaves with candle and incenses inside). The most involved ones also releases animals as a symbol of freedom and liberation. Of course nobody lets his/her pet go free, you can buy everywhere fishes and birds caught specially for that occasion. But still I wonder how it happened that I noticed the ritual of release of snakes and turtles…

Single lanterns were being seen in the sky for two weeks, but the Right Moment came on Friday. We decided to observe it in Mae Jo, Buddhist sanctuary, situated 20 km north from Chiang Mai (it’s worth emphasizing that we were probably the only crazy ones who got there using their muscles’ power and pedals:) . It was looking fairy-talish. Magical. Movie-like. It was one of the most beautiful events I’ve ever participated in, nothing was important except lanterns and amazing feeling of creating together something beautiful. So great, that (considering number of photos taken by families, groups of friends and snuggling couples during a ritual of blasting the lanterns off), facebook should think about new servers.

Lovely festival. Yesterday there was a blackout in north-western part of the Old Town (because Chiang Mai is a connected vessels system, and if someone enjoys gleaming dragon in the moth, someone else has to enjoy romantic candle-light evening). I was there at this time, cycling back home. There was a dark city and huge, deep night sky full of lanterns. Priceless.

















Jedzenie wkładam w kieszenie, i w czapkę i w sandały.../Naaah, we should stop using polish literature gems quotes as titles of our posts :-)


Link 26.11.2010 :: 18:08 Komentuj (0)
Natalia i Marta

Wszyscy pytają nas, co jemy w Tajlandii:) A że chyba każdy kto podróżuje marzył o pracy dla przewodników Michelina, postanowiłyśmy pokazać Wam najpierw nie co, ale gdzie. Warunek – muszą wystawiać rachunki (inaczej nasz donor nie będzie usatysfakcjonowany). Panie i panowie, w związku z tym zaczynamy rajd po knajpach - w odcinkach. Odcinek pierwszy: Free Bird Cafe. (Dzięki Bogu, jesteśmy tutaj tylko przez trzy miesiące, inaczej mogłybyśmy prześcignąć "Modę na sukces")

Everyone keeps asking us what we eat in Thailand:) We dream about being employed by Michelin’s guidebooks (probably we are not an exception among travelers), so we’ve decided to not to show you not what, but where to eat. Our condition is that restaurant has to issue bills (in other case our donor won’t be satisfied). Ladies and gentlemen, we start our food crawling serie. Firs episode: Free Bird Cafe (Thanks God we are here for three months only, otherwise we could compete with "The Bold and the Beautiful")

Free Bird Cafe
Najlepsze miejsce na spotkania z Team’em Chiang Mai, spokojną pracę przy odgłosach świątynnych czy leniwe leżenie na podłodze i czytanie książki. Najciekawsze koktajle pod słońcem i możliwość zjedzenia jajecznicy na śniadanie. Wystrój przedszkolny, dzięki czemu czujesz się jak w domu. I co najważniejsze, przychodząc tam wspierasz szczytny cel. Free Bird Cafe (http://www.thaifreedomhouse.org/) zamyka się o 16.00 i zamienia się w szkołę, gdzie wolontariusze uczą Birmańskich uchodźców i ludzi z górskich plemion przede wszystkim angielskiego, ale również animują zajęcia artystyczne. Nikt nie jest tam przypadkowo - wolontariusze muszą zdecydować się na minimum 6 tygodniową współpracę z organizacją – jednym słowem – profesjonalny NGO i pomysłowi założy ciele. Polecamy!

The best place to have meeting with Team Chiang Mai, to work (and listen temple noise in the same time) or just to lie on the floor and read a book. The most interesting cocktails ever and scrambled eggs for breakfast. Décor a’la kindergarten, so you can feel there like at home. And what is the most important – you support good cause. Free Bird Cafe closes at 4 p.m. and changes into a school, where volunteers teach Burmese refugees not only English, but they also facilitate art workshops. Nobody is there by chance – volunteers have to decide to cooperate with organization for at least 6 weeks. All in all – professional NGO and inventive founders. Highly recommended!

Free Bird Cafe:
Moon Mueang, Soi 7, next to Wat Lamchang
+66 8 1028 5383
9am-4pm
http://www.thaifreedomhouse.org/




Kliniki prawa - wydanie azjatyckie / Legal clinics - Asian edition


Link 29.11.2010 :: 17:57 Komentuj (3)

pisze:Natalia

"Klinika prawa” to idea edukacyjna, która zachęca studentów prawa do udzielania bezpłatnych porada prawnych osobom niezamożnym (tzw. in-house legal clinic) oraz do angażowania się w prowadzenie warsztatów dotyczących zagadnień prawnych w różnych środowiskach pozaakademickich (tzw. street law). Oczywiście, idea powstała w USA, bardzo dobrze sprawdza się w Polsce i całym regionie, gorzej w Europie Zachodniej. Co ciekawe, ma się też całkiem dobrze w Azji Południowowschodniej, a BABSEA wspiera powstawanie i rozwój klinik na kolejnych uniwersytetach.

Cały weekend (a raczej przedłużony weekend, łącznie z piątkiem) spędziłyśmy więc na warsztatach dotyczących edukacji klinicznej. Podsumowując – 50 uczestników, 600 MB materiałów konferencyjnych, 2 zmęczonych tłumaczy, miłe wieczory (żeby zachować równowagę – raz oficjalna kolacja, raz wieczór gotowania z laotańskim tańcami:), dodatkowe 8 osób w naszym domu i co najważniejsze – inspirujący i otwarci uczestnicy, z którymi można było normalnie porozmawiać pomimo bardzo ważnych literek przed nazwiskiem. Marta: Poznajcie Leny z Indonezji, ktora bardzo nie lubi pana Sarkozy'ego.

***

writes:Natalia
„Legal clinic” is an educational idea, that encourages students to deliver free of charge legal advices for poor people (in-house legal clinic) and to be involved into facilitating workshops about legal issues in various non-academic communities. Of course, the idea’s originated in US, it is well implemented in Poland and whole central east Europe (but it doesn’t work so well in Western Europe) and what is interesting, also works in Southeast Asia. BABSEA supports developing and strengthening legal clinic programs at many universities.

The whole weekend (to be honest it was extended weekend, also with Friday) we spent on legal clinic workshop. To sum it up- 50 participants, 600 MB of conference materials, 2 very exhausted translators, nice evenings (to keep balance – once it was official dinner, and next day – international cooking night with Laos dances:), 8 people additionally in our house and what is the most important – inspiring and open people who we were able to talk normally with, even if they have very important letters in front of their surnames. Marta: Meet Leny from Indonesia, who doesn't like Mr. Sarkozy