Duchy są wszędzie / Spirits are everywhere


Link 02.12.2010 :: 17:19 Komentuj (3)

Pisze:Natalia
Musicie wybaczyć mi moje antropologiczne wstawki – gdyby nie prawo to pewnie teraz badałabym postsowieckie wioski na Białorusi. Poza tym moja siostra ostatnio zapytała się, co to za śmieszne małe domki widać czasami na zdjęciach, więc śpieszę z wyjaśnieniem – to po prostu San Phra Phum, czyli domy dla duchów. Tajlandia to bez wątpienia kraj buddyjski, jednak szczególnie na północy nadal żywe są animistyczne wierzenia, np. takie, że każda ziemia zamieszkana jest przez duchy (zdaniem mojego znajomego można nawet nie wierzyć w duchy, ale nie zmienia faktu że trzeba im okazywać cześć). Dlatego też, zanim rozpocznie się jakąkolwiek budowę na nowym terenie, należy postawić dom dla duchów (w formie małej świątyni na podwyższeniu), aby nie były bezdomne. Im większa inwestycja, tym okazalszy powinien być dom dla duchów.

Oczywiście duchy się szanuje, dlatego też nasza gosposia codziennie zanosi im kwiaty i zapala kadzidła. Ale duchy nie stronią też od używek (przed pobliską myjnią samochodową w domu dla duchów zawsze można znaleźć papierosy owinięte w folię, aby nie zamokły) czy współczesnych wynalazków takich jak coca-cola.

Duchy są wszędzie… Napomknęłam raz o chodzeniu nago po pokoju i zostałam zbesztana, że to nie przystoi, bo duchy patrzą. Na szczęście dowiedziałam się też, że są na tyle kulturalne, że do łazienki na wchodzą…

***

writes:Natalia
Dear readers, you should be patient about my anthropological digressions. If I didn’t study law, I would for sure make research in post soviet villages in Belarus. Besides it, my sister’s asked me, what funny houses she can notice on pictures are. The answer is easy – they’re San Phra Phum – the Spirit House. Thailand is a Buddhist country, but still Animism is present, especially in the North. Thais believe that every piece of land is inhabited by spirits (my friend claims, that you are not obliged to believe in spirits, but you have to respect them). That’s why if you start new building, first you have to built Spirit House(usually in the shape of small temples raised above the ground on a pillar), in other case Spirits will be homeless. The bigger investment is, the more stately Spirit House should be.

Of course Thai people pay a respect to Spirits, our housekeeper every day offers them fresh flowers and incense sticks. But Spirits also like stimulants (you can find offered cigarettes packed in foil in the Spirit House next to nearby car wash) or present-day coca-cola.

Spirits are everywhere. Once I’ve mentioned about walking naked around my private room I was told off – Spirits are watching! Fortunately, I was also told, that Spirits are good mannered and they don’t enter the rest-room…





Król Phrabat Somdej Phra Paramindra Maha Bhumibol Adulyadej Mahitaladhibet Ramadhibodi Chakrinarubodindara Sayamindaradhiraj Boromanatbophit* kupił


Link 05.12.2010 :: 04:30 Komentuj (1)
... królowej Sikrit korale koloru koralowego.

Pisze: Marta

Poszłyśmy z Mileszem na pocztę. Bardzo znudzona pani z okienka wydała nam znaczki i wróciła do rozwiązywania sudoku.
- Z czym masz? - spytał Milesz, kiedy kończyłam doklejać drugi znaczek. W dziewięciu na dziesięć przypadków znaczki są tu z królem, więc odpowiedź nie była specjalnie zaskakująca.
- To może nie liż tak bardzo... - siostrzana troska Milesza była jak najbardziej na miejscu, bo kiedy przybiłam na kopercie stempel AIR MAIL, pani z okienka zmroziła mnie wzrokiem. Jasne. Podstemplowałam króla. Na szczęście nie liczy się to raczej jako lèse majesté, i dobrze, bo za lèse majesté można tu zarobić 15 lat więzienia.

Król jest wszędzie.
Na billboardach przy większych skrzyżowaniach, zachęcając motocyklistów do noszenia kasku.
Na medalikach noszonych przez poddanych.
Na kalendarzach we wszystkich domach, zakładach fryzjerskich, biednych restauracyjkach, szwalniach, pralniach, przechowalniach.
Na naszej siłowni - portret króla na łonie natury. Na koszarach kawalerii - banner, a na bannerze król na koniu.
W kinie, kiedy przed każdą projekcją pokazuje się pięciominutowy film o tym jaka nasza tajska monarchia jest wspaniała. (Widzowie chłoną tę wspaniałość stojąc na baczność jak do hymnu)

Bo kiedy rządy powstają i upadają, na ulicach demonstrują Czerwone Koszule, Żółte Koszule i cała gama kolorystyczna pomniejszych partii, premier Thaksin raz rządzi a innym razem jest ścigany za terroryzm, Bhumibol Adulyadej trwa, od 64 lat, niewzruszony jak góra Inanthon, ogarniający swoją ojcowską troską wszystkich poddanych - od gór Tannen Taunggyi po plaże Phuket. I właśnie dlatego w dzień urodzin króla, 5 grudnia, Tajowie obchodzą Dzień Ojca: wręczają ojcom i dziadkom kwiaty paciorecznika i noszą się na żółto - w kolorze monarchii.

* "Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona"

___________________________________________________________________________________________

Writes: Marta
Milesz and I went to the post office. A very bored lady handed us over stamps and got back to her sudoku.
'What do you have?' Milesz asked, when I had finished sticking the second stamp. In 9 per 10 cases, you'd find king's portrait on the stamps here, so the answer wasn't very surprising.
'I wouldn't lick it that much then.' - Milesz's sisterly concern was fully justifiable, when I stamped my letter with 'AIR MAIL', the post lady stopped me cold with her gaze. Right. I stamped the king. Luckily it doesn't count as a lèse majesté, because for a lèse majesté, you can earn 15 years in a jail.

The King is everywhere.
On billboards at the major intersections, encouraging motorcyclists to wear helmets.
On medallions, worn by people.
On callendars hanging in every restaurant, hairdresser's, grocery, supermarket, pharmacy and school
In our gym - poster of the king enjoying nature. On cavalry's barracks - banner with king's equestrian portrait.
In a cinema, when before every movie there are 5 minutes for a short film, displaying how great is our Thai monarchy (audience is absorbing this grandiosity standing at attention, as when the national anthem is being played)

When governments are being estabilished and toppled, Red Shirts, Yellow Shirts and the whole colour range of minor political groups is demonstrating on the streets, prime minister Thaksin sometimes is in the saddle and sometimes is being chased as a terrorist while Bhumibol Adulyadey endures. For 64 years, as steady as Mt. Inanthon, His Majesty The King is enfolding with his fatherly concern all the nation - from Tannen Taunggyi mountains to Phuket's beaches. That's why, on his birthday, on 5th December, Thais are celebrating Father's Day - wearing yellow - the colour of the monarchy and presenting canna flowers to fathers and grandfathers.



Jedzenie wkładam w kieszenie - odcinek 2: iBerry / Food crawling - episode 2: iBerry


Link 10.12.2010 :: 18:00 Komentuj (0)
Kiedy nigdzie nas nie ma to wiadomo gdzie jesteśmy. Niesamowity sernik z orzechami macadamia, bardzo przyzwoita kawa i niestety mnóstwo innych strasznie kalorycznych rzeczy, którymi iBerry wodzi nas na pokuszenie i którymi leczymy kryzysy. Trudno je znaleźć, bo jest głęboko schowane w ogrodzie przy jednym z soi'ow Nimmanhaemin Road, jak większość bardzo elo miejsc dla bananowej tajskiej młodzieży. Właściciel, znany komik Udom Note (który swój kapitał medialny zbudował na wielkim nosie, serio)* zadbał o stosowny wystrój, wiec iBerry wygląda jak połączenie choinki, burdelu, Love Parade i przedszkola. Lampy na drzewach, ogromna figura żółtego psa z ludzka (prawdopodobnie Udoma) twarzą i trochę mniejszy, ogrodowy gipsowy przewodniczący Mao. Na samym środku lokalu - pralka, oprócz tego żyrandole z plastikowych przezroczystych kubków, różowy tron i klamki w kształcie pistoletów na wodę. Plus bardzo dobra muzyka. Mam pewne opory przed ujawnieniem adresu, bo niedługo może się okazać, że nie możemy znaleźć stolika, ale niech tam:

iBerry Garden
Nimmanhemin Soi 17,
tel. 053-895-181
Otwarte codziennie 10:30-22:00

* Tak, umarłabym gdybym tego nie powiedziała: poznaliśmy się w iBerry i jesteśmy na 'ty' :-)

____________________________________________________________________________________
If we are not around, it's pretty clear where are we. An awesome macadamia cheesecake, decent coffee and unfortunately plenty of other terribly caloric things, which iBerry leads us into temptation and which we are healing our crisis'. It's difficult to find, because its hidden in a garden on one of Nimmanhaemin Road sois, as many fancy places for posh tai youth. The owner, a stand-up comedian Udom Note* (who has built his media fund on his big nose - i'm serious)* took care about a proper decor, so iBerry looks like a combination of christmas tree, brothel, Love Parade and nursery school. Lamps on trees, huge figure of yellow human-face (probably Udom's face) dog and smaller, gypseous gartenzwerg depicting Chairman Mao. In the middle of a shop there is a washing machine, and chandelliers made of colorful transparents mugs are hanging from the celiling. There is a pink throne and doorhandles shaped like waterguns. Plus very good music. I'm not very eager to release the address, because soon it may turn out that there is no table for us left... okay, here you go:

iBerry Garden
Nimmanhemin Soi 17,
tel. 053-895-181
open daily 10:30-22:00

*Oh, I'd die if i didn't write it: we met in iBerry and we call eachother by name :-)








Tajlandia pachnąca limonką kaffir / Thailand smells like kaffir lime


Link 13.12.2010 :: 04:11 Komentuj (1)

pisze:Natalia


„W Tajlandii wszystko kręci się wokół jedzenia. Tajowie jedząc śniadanie planują co zjedzą na lunch, podczas lunchu już myślą o kolacji. Jedzą wszędzie – w teatrach, szpitalach, centrach handlowych”. Te słowa znalazłam ostatnio w jednym z menu i są bardzo, bardzo prawdziwe. Co gorsza, stajemy się z dnia na dzień bardziej tajskie i same zaczynamy funkcjonować według tego schematu, nic więc dziwnego że na naszym blogu wątek żywieniowy przewija się stosunkowo często… Poza tym jedna moja znajoma ostatnio stwierdziła: „To, co będę jadła na następny posiłek, to jedyne moje zmartwienie w Tajlandii”.

Udało mi się zrobić kolejną z listy rzeczy, które zawsze odkładałam na później – poszłam na kurs gotowania. Nie żebym startowała w konkursie „żona doskonała”, po prostu miałam problem z nazywaniem tajskich smaków i rzeczy na bazarach, poza tym już planuję kolacje w Książenicach dla moich przyjaciół po powrocie i zamierzam ich ugościć w iście tajskim stylu – pad thai, curry, ciastka rybne oraz połączenie kurczaka z orzechami nerkowca i pomidorów z ananasem a na deser ryż z mango. Chyba muszę przed wyjazdem wysłać do Polski wielką paczkę żywieniową, nie wiem czy można u nas znaleźć groszek bakłażanowy czy galangal (prawie imbir, ale prawie robi wielką różnicę) . A na pewno zamierzam wysłać trochę nasion ziół i wypróbować polską glebę po powrocie (hmmm, właśnie zaczęłam się zastanawiać czy takie przesyłki są legalne:)

Po dwóch miesiącach tutaj, milionie spożytych kalorii (gdyby nie siłka to już na pewno z Martą musiałybyśmy wymieniać całą naszą garderobę…), paru samodzielnie ugotowanych daniach (pod okiem naszej gosposi bądź mojej współlokatorki, ja za to nauczyłam je robić ciasto marchewkowe i placki z jabłkami) i wielu wyprawach na bazary różnego rodzaju wydaje mi się, że odkryłam tajniki kuchni tajskiej. Dokładniej mówiąc – 3 rzeczy, które sprawiają że tajska kuchnia jest niezwykła i wszystko zawsze jest udane:)

1. Nie ma czegoś takiego jak uniwersalna przyprawa do wszystkiego – zapomnijcie o soli czy co gorsza o jarzynce. Chcesz dodać bazylii? Ok, pytanie jakiej – świętą, słodką, królewską czy cytrynową ? Papryczki chilli różnią się smakiem i ostrością, a cukier biały to nie to samo co cukier trzcinowy czy palmowy. Nie bój się mieszać smaków – ja już nie wyobrażam sobie pad thai (takie trochę spaghetti:) bez dodania zarówno cukru jak i chilli.

2. Dobre, bo proste – przygotowanie najbardziej skomplikowanego dania zajmuje może … 15 minut. I zazwyczaj wszystko robi się na jednej patelni, bez zawijania, paru etapów gotowania, czekania. A wszystko wygląda bardzo efektownie dzięki kolorom i sposobowi podania, ot cały sekret.

3. Lepiej smakuje to, czym się dzielisz – własny talerz i osobne danie dla każdego przy stole to typowo zachodni wynalazek – tutaj każdy ma swój mały talerz, własną porcję ryżu i miseczkę na zupę, a dania zamawia się wspólnie. Dzięki temu możesz zarówno mieć rybę, mięso, warzywa, kiełki, coś z jajkiem i oczywiście owoce morza i nadal ruszać się po posiłku:)

p.s. zjadłam pierwszego robaka w życiu i … był smaczny:) Drugi gatunek który spróbowałam zaraz po pierwszym był jeszcze lepszy!

_______________________________________________________________________________

writes:Natalia

“Food is the most important thing in Thailand – Thai people think about lunch during breakfast and plan their dinner during lunch. They eat everywhere – in theatres, hospitals, malls.” – I found that statement in a menu one day and it’s very, very true. And each day we become more and more Thai and we start to act according to that schema, nothing surprising that food issues become very popular topic on our blog… In addition, one of my friend has said: “What should I eat for lunch? This is one thing that I must think about every day... tough”.

I’ve succeed in doing next thing from my private “to do list” – I’ve participate in the cooking course. Of course I don’t want to take part in “perfect wife to be” competition, simply I had problems with naming Thai tastes and vegetables I can buy on any market. What’s more, I’m already planning the dinner for my friends after my coming back and I want to prepare real Thai-style food – pad thai, curry, fish cookies, chicken mixed with cashew nuts and pineapple mixed with tomatoes and of course for dessert sticky rice with mango . I should send back a big parcel full of food, I have no idea if I can get eggplant bean or galangal in Poland. And for sure I’ll send some herbs seeds and I’ll try to cultivate them in Polish climate (hmmm, I’ve just started to wonder, if such parcel is legal:).

After two months in Chiang Mai, millions of calories (thanks God we exercise at the gym, in other case for sure we have already had to change our whole wardrobe), few dishes made on my own (I have been supervised by our housekeeper or my roommate, I’ve repaid them with teaching how to make polish “placki” with apples and carrot cake) and lots of market visits I’m pretty sure that I’ve learnt the lingo of Thai cuisine. To be more specific – 3 things that make Thai dishes remarkable and always perfect;)

1. “All-purpose condiment” doesn’t exist! Do you want to add basil? Ok, the question is what kind of basil you need – royal, holly, lemon or sweet? Chilies vary with taste and hotness, and white sugar isn’t the same as brown sugar or palm sugar. Don’t be scary of taste mixing – I can’t imagine myself pad thai ( let’s call it Thai spaghetti :) without both sugar and chili!

2. The easier the better! Preparing of the most complicated dish lasts about… 15 minutes. One frying pan, without steps, waiting etc. And everything looks very attractive because of colors and the way of serving – quite easy:)

3. Never eat alone! Your own plate and separate dish for everyone is a Western invention. In Thailand everyone has own small plate, rice and ball for soup and all dishes are shared. I like that idea – you can eat seafood, fish, meat, something with egg during the same meal and still be able to move:)

p.s. I’ve eaten first worm in my life and it was… quite tasty:) The second species was even more delicious!





Ser / We are not cheesy.


Link 14.12.2010 :: 17:06 Komentuj (0)
(Marta)

Z Tajlandią jest taki problem, że można tu znaleźć wszystko prócz sera. To znaczy można go znaleźć, w supermarkecie dla bogatych Amerykanów, w cenie miesięcznego wyżywienia pięcioosobowej rodziny z prowincji. Cierpimy więc, a najbardziej cierpi nasza holenderska współwolontariuszka, Rachel. Niech jej dzisiejszy mail będzie ilustracją palącej kwestii sera:

"Stepan (my boyfriend) sent me some cheese and Dutch ingredients for the Dutch dinner called “Stamp pot”. Tomorrow I am going to Bangkok until Saturday. If this package arrive can somebody put this in the fridge? Many thanks for this. Please don’t eat the cheese. I will share everything when I am back."

("Stepan, mój chłopak, wysłał mi trochę sera i holenderskich składników do holenderskiego dania "Stamp pot". Jutro jadę do Bangkoku i zostanę tam do soboty. Jeśli paczka przyjdzie, czy ktoś może wstawić ją do lodówki? Wielkie dzięki. Proszę, nie jedzcie sera. Podzielę wszystko jak wrócę.")

____________________________________________________________________________________________
The problem with Thailand is, that you can find here every food except cheese. Actually you can find it, in a supermarket for rich Americans for a price that would cover monthly food expences of five-person family from a countryside. We are suffering, and the one who suffers the most is our Dutch co-volunteer, Rachel. May her todays e-mail be an illustration of a burning cheese issue:

"Stepan (my boyfriend) sent me some cheese and Dutch ingredients for the Dutch dinner called “Stamp pot”. Tomorrow I am going to Bangkok until Saturday. If this package arrive can somebody put this in the fridge? Many thanks for this. Please don’t eat the cheese. I will share everything when I am back."


Jedzenie wkładam w kieszenie - odcinek 3: PunPun / Food crawling - episode 3: PunPun


Link 18.12.2010 :: 18:00 Komentuj (0)
Text: Natalia

Pun Pun
Mój świat zawalił się, gdy pewnego dnia przyszłam do Pun Puna (http://www.punpunthailand.org/) i usłyszałam, że nie ma dla mnie stolika. Jak na knajpę schowaną za świątynią (naszym Wat Suan Dok) w nieturystycznej dzielnicy to dosyć nietypowe. Ale nic dziwnego – pyszne wegetariańskie jedzenie na które czeka się wieki, stoliki pod drzewem bodhi (pod takim samym Budda doznał oświecenia) i sok z marchewki jak mojej mamy są niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Niestety, nie mogę wziąć udziału w ich szkole gotowania (kurs trwa 3 dni), ale jako stała klientka zamierzam przed wyjazdem poprosić o książkę kucharską z autografami:)

My world’s collapsed when it’s occurred that once in Pun Pun (http://www.punpunthailand.org/) there hasn’t been any free table for us! It the restaurant hidden behind the temple (our Wat Suan Dok) in tourists free area, so that situation was really unique. But it’s not surprising – delicious veggie food, tables under Boddhi (the sacred tree under which the Buddha found enlightenment) and carrot juice (similar to my Mummy’s) are inimitable and one in a million. Unfortunately, I’m not able to attend its cooking course (it lasts 3 days), but I’d ask about Pun Pun’s cooking book (hopefully as a loyal client I’ll be given one :)





Fair traidowa kawa ma twarz Akha Ama (matki Akha) / Fair Traid coffee has a face of Ahka Ama (Akha mother).


Link 21.12.2010 :: 17:01 Komentuj (0)

tekst:Natalia


Wiesz ile musi minąć czasu od zakwitnięcia krzaku kawy do filiżanki cudownej i aromatycznej latte? 14 miesięcy! 7 miesięcy zajmuje kwiatom przeistoczenie się w owoce kawy (w środku owocu czerwonej lub żółtej znajdziesz dwa ziarnka kawy, które nie są czarne, ale beżowe i otoczone słodką powłoką). Następnie owoce zbiera się ręcznie (tylko te soczyście kolorowe), maszyna wyłuskuje ziarna, które się płucze przez dwie doby, przez kolejne 48 godzin ziarna są suszone na słońcu, a na końcu przez kolejne 7 miesięcy przechowuje się w suchym miejscu. I dopiero takie ziarna są gotowe do prażenia. Tego wszystkiego i wielu innych rzeczy o zrównoważonym rozwoju i organicznym rolnictwie dowiedziałyśmy się przez weekend spędzony na wysokości 1500 m.n.p.m. w jednej z wiosek plemienia Akha – Maejantai.

Jednym z najważniejszych powodów, dla których podróżuję, to ludzie, których nigdy nie spotkałabym biegając między pracą a uczelnią. Ludzie inspirujący i w pewien sposób łamiący wszystkie konwenanse. Lee jest niewątpliwie jednym z nich. Pochodzi z Maejantai i jest najstarszy z 4 rodzeństwa. Skończył przyklasztorną szkołę (pomimo tego że nie jest buddystą). Wtedy właśnie, aby nauczyć się angielskiego, zagadywał turystów w popularnych watach w Chiang Mai, aby tylko z nimi porozmawiać. Jako pierwszy ze swojej wioski ukończył uniwersytet, dostał pracę w międzynarodowym NGO i… po 3 latach ją rzucił. Postanowił, że chce zrobić coś dla swojej społeczności. A że kocha kawę, właśnie tym postanowił się zająć. W ramach projektu „Akha Ama” (który powstał 8 miesięcy temu) zdołał przekonać 1/3 rodzin w wiosce, by przestawiły się na organiczne rolnictwo (rezygnacja z używania chemikaliów - następuje to stopniowo) i aby zaczęli podchodzić oni do rolnictwa w sposób zintegrowany (teraz pomiędzy krzakami kawy rosną brzoskwinie, orzeszki i papaje). Zaczął też skupować od rolników kawę po sprawiedliwej cenie (a raczej obiecywać, że za nią zapłaci, jak sprzeda ją kawiarniom w Chiang Mai i sieciom supermarketów – oczywiście słowa dotrzymuje) i założył małą kawiarenkę, gdzie kawa parzona jest z sercem.

W 8 miesięcy Lee udało się zrobić bardzo dużo – zmienił podejście niektórych mieszkańców swojej wioski. Jednak aby zrealizować jego marzenia potrzeba jeszcze sporo wysiłku i czasu – chce, aby w projekt zaangażowane były wszystkie rodziny z Maejantai. Chciałby również móc utworzyć fundusz, z które mógłby częściowo płacić rolnikom za kawę w formie zaliczek. Marzy również o eksportowaniu kawy na rynki, gdzie organiczna żywność jest bardziej popularna (np. UE and USA), ale aby to zacząć robić musi uzyskać certyfikat „fair traid”, a wbrew pozorom aplikacja sporo kosztuje…

Północna Tajlandia nie jest ojczyzną Akha, wielu z nich nie ma tajskiego obywatelstwa, część nie zna nawet języka tajskiego. W latach 40 XX wieku zostali oni zmuszeni przez sytuację polityczną do opuszczenia południa Chin i obecnie można ich znaleźć w całym regionie tzw. Złotego Trójkąta (Birma, Laos, Tajlandia) – rejonie znanego do niedawna z upraw opium. Na początku lat 90. rodzina królewska zapoczątkowała projekt, którego celem było wprowadzenie nowych roślin na miejsce opium, które też byłyby dochodowe dla rolników – tym oto sposobem zaczęli oni uprawiać kawę i herbatę.

Dopiero tutaj zobaczyłam, co to tak naprawdę sprawiedliwy handel. I jak daleka droga przed nami wszystkimi, żebyśmy mogli bez cienia wątpliwości używać przymiotnika „sprawiedliwy”. Lee skupuje ziarna kawy gotowe do prażenia po 85 bathów za kilogram (najlepsza cena w Tajlandii) – jednak nadal tyle samo kosztuje mała kawa w lokalnym Starbucs’ie…

Ludzie z plemienia Akha są uśmiechnięci, a wydawać by się mogło, że nie mają powodu. Do wioski jedzie się godzinę samochodem terenowym po takiej drodze, że czasami nie nazwałabym tego nawet bieszczadzkim szlakiem. Mieszkają w drewnianych chatach na palach, wiatr gwiżdże między deskami, a jedyne źródła energii to mała elektrownia wodna i kolektory słoneczne. Wieczorami spotykaliśmy mężczyzn wracających z polowania z ponad 2-metrowymi strzelbami (technologia sprzed 200 lat). Pomimo tego nie brakowało nam koców, pysznego jedzenia, bawiących się dzieci wkoło, a wszyscy w wiosce w niesamowity sposób szanują przyrodę i przodków (plemię Akha wyznaje wierzenia animistyczne, dlatego wioska otoczona jest ze wszystkich stron drewnianymi bramami z magicznymi symbolami, które mają uniemożliwić złym duchom przedostanie się do osady). Miałyśmy szczęście – trafiłyśmy na nowy rok. Rankiem zabito bawoła wodnego, aby każda z 32 rodzin dostała trochę mięsa z okazji święta. A na odjezdne dostaliśmy od Akha Ama (czyli mamy Lee – to ona była „modelką” przy tworzeniu logo) ciastka z lepkiego ryżu zawinięte w liście bananowca. Jestem pewna, że gdyby nawet za kawę zaczęto płacić tyle, ile tak naprawdę ludzie wkładają w jej uprawę pracy, to ich gościnność i otwartość na innych nie ulegną zmianie.

Akha Ama Coffee
Telefon: +6686 915 8600
Web: www.akhaama.com

________________________________________________________________________________

text:Natalia

Do you know how much time it takes from blossoming of the coffee bush to the cup of outstanding and aromatic latte? 14 months! Flowers need 7 months to transform into cherries (you can find two coffee beans inside a yellow or red cherry). Cherries are harvested by hand, the beans are shelled on the same day and then mucilage is removed by soaking the beans in water for 48 hours. After that beans are dried in the sun for the next two days and stored in a dry place for 7 months. And only then are the beans ready to be roasted. We discovered all this (and other interesting issues about sustainable developing and organic agriculture) during the weekend spent in hill tribe Akha village – Maejantai (1500 m below sea level).

People that I never would be able to meet running between my university and job, are one of the most important reason why I travel. Inspiring and transcending social strata. Lee is for sure one of them. He was born Maejantai and is the oldest among 4 siblings. He went to a temple school (even though he is not Buddhist) and during that time he spent hours at one of the Buddhist temples frequently visited by foreign tourists, starting conversations with them just to improve his English skills. He was the first one in his village who finished college, was employed in an international NGO and… after 3 years he quit. Lee decided that he wanted to do something to improve the situation of his local community. He loves coffee, that’s why he decided to set up “Akha Ama” project in March 2010. After 8 months he has succeeded in convincing 1/3 of the village families to adopt both organic farming techniques (replacing chemical fertilizers) and integrated farming (now you can find papaya and peach trees among coffee bushes). He started buying some of the coffee at a fair price (to be strict, he started to promise that he would pay for coffee if he succeed in selling coffee beans to Chiang Mai cafes and supermarkets – so far he is keeping his promise) and also opened a small coffee corner, where coffee is brewed with passion.

Lee was able to do a lot during the last 8 months – he changed attitudes of some people from his village. However, still lot of time and effort is needed to make his dreams come true. He wants to get all the people from Maejantai involved in the project. He is eager to pay farmers for coffee beans in advance (partially), but he needs to have some savings (in form of a fund) to do it. Lee is looking to export his coffee to places like the EU and USA, but selling coffee in foreign markets as certified organic and free-trade requires a lot of time and money.

North Thailand isn’t the homeland of the Akha hill tribe. Lots of Akha people don’t have Thai citizenship or even can’t speak Thai. They were forced to leave south China by the political situation in the 1940s. Nowadays they can be found in Burma, Laos and Thailand (collectively known as the Golden Triangle)- the region famous for its past opium plantations. In the 1990s, the Thai royal family began projects to replace the production of opium in the region with other crops – that’s why Akha people started to cultivate tea and coffee.

Maejantai was the first placed I really realized what fair trade is all about. And how long a road is still ahead beforewe could without shame use the word “fair”. Lee buys coffee beans ready to be roasted for 85 bhat per kilo (the best price in Thailand) – but still it is the value of a small cup of coffee in the local Starbucks.

Akha people keep smiling, even if it may appear that they don’t have any reason to be happy. It takes an hour long pick-up truck ride to get to the village (the road sometimes doesn’t resemble a road). They live in wooden huts on poles, the only electricity sources are solar panels and the hydroelectric power station. In the evenings we met men coming back from hunting with 2 meter long guns (technology from 200 years ago). Nevertheless, we didn’t lack blankets, delicious food, children playing around and every person in the village respected nature and ancestors in a way I’m not able to fully understand (Akha people are animists, the whole village is surrounded by wooden, simple gates that protect the settlement from bad spirits). We were very lucky – during our stay in Maejantai they celebrated New Year. In the morning the water buffalo was killed and the meat was shared among 32 families. And when we were leaving, Akha Ama (Lee’s mother – she was the model for the project logo) gave us traditional cakes made from sticky rice. I’m sure, that even if they were paid for their coffee comparable to the effort they put into planting and harvesting, their hospitality and open hearts wouldn’t change.

Akha Ama Coffee
Phone: +6686 915 8600
Web: www.akhaama.com
















Jedzenie wkładam w kieszenie - odcinek 4: Food Corner / Food crawling - episode 4: Food Corner


Link 25.12.2010 :: 18:00 Komentuj (0)
Food Corner (Wat Pan On)

Ok, polecimy Wam jedno miejsce gdzie nie można dostać rachunków – Wat Pan On – zazwyczaj normalna świątynia, która w niedzielną noc zamienia się w kłębowisko straganów żywieniowych. Chyba mnisi przeprowadzają casting na wystawców, bo wszystko jest obłędnie dobre – naleśniki z owocami morza, krewetki w tempurze, kręcone ziemniaczki i oczywiście wszystkie specjały kuchni azjatyckiej jakie tylko sobie możecie wymarzyć. Co ciekawe, to chyba jedyne miejsce w Chiang Mai które stara się być ekologiczne i gdzie segreguje się śmieci.

_________________________________________________________________________

Ok, we’ll recommend you one place where you can’t get bills – Wat Pan On – usually just the normal temple, that turns into food corner on Sunday evenings. I think monks organize casting to select the best food vendors, everything is exquisite – pancakes with seafood, shrimps in tempura, twisted potatoes and every kind of Asian food you can imagine. What’s interesting, it’s probably the only eco-friendly place where rubbish are segregated.




I'm dreaming of a white Christmas ***


Link 28.12.2010 :: 12:50 Komentuj (0)
Cokolwiek bym napisała o Bożym Narodzeniu na uchodźctwie zabrzmi pompatycznie, więc za dużo pisać nie będę. Było miło – z jednej strony opłatek, Wigilia, pasterka i kluski z makiem, z drugiej kręgle, jedzenie birmańskie, pływanie w rzece i wyprawa motorowa…

*** Marzę o białych Świętach

______________________________________________________________________

It doesn’t matter what I’ll write about Christmas spent in exile – it’ll always sound pompous, so I won’t write to much. It was nice time – the wafer, Christmas Eve dinner, midnight mass and home-made noodles, on the other hand bowling, Burmese food, swimming in a river and a motorbike trip…