Dzikie kwiaty / Wild Flowers


Link 01.01.2011 :: 08:50 Komentuj (2)

pisze:Natalia

Ich historie zaczynają się bardzo różnie. Urodzone w Birmie, Laosie, bądź Tajlandii, czasami w szpitalach a czasami w górskich wioskach. Zmuszane do małżeństwa, osierocone bardzo młodo, ścigane przez wojsko, zmieniające szkoły bardzo często, uciekające do Tajlandii na tratwach bambusowych pod osłoną nocy. Więzione za bycie nielegalnymi imigrantkami i pracujące po 14 godzin na dobę.

Ich przeszłość ma jedną wspólną cechę - dziecko. I to, że są samotnymi matkami.

W porównaniu do przeszłości ich przyszłość ma szanse być bardziej optymistyczna. Teraz mieszkają w Wild Flower Home (http://www.wildflowerhome.net/), gdzieś pomiędzy Chiang Mai a Bo Sang. Każda ma swój pokój. W ciągu dnia chodzą do szkoły albo pracują w domu – mają małą farmę, ogród i pole ryżowe. Energie mają z kolektorów słonecznych. Zajmują się rękodziełem i próbują sprzedawać swoje wyroby artystyczne. A przede wszystkim otoczone są niesamowitymi ludźmi pracującymi dla organizacji, którzy je wspierają.

Czwartki były moim ulubionym dniem w Tajlandii – wtedy też prowadziłyśmy zajęcia dla Wild Flower. O wyborach, ONZ, wolności słowa czy prawach dziecka. W zamian dostawałyśmy ogromny ładunek pozytywnych uczuć. Poza tym to sama przyjemność współpracować z kimś, kto chcę się czegoś dowiedzieć;)

Pytałam je o marzenia. Nie mają marzeń dla siebie, ale dla swoich dzieci. Gdy Bua była mała, stary wróżbita wyczytał jej z ręki, że jak dorośnie będzie bogata. Myśli, że ona (pomimo 18 lat) nie ma już na to szans. Ale wierzy też, że jej syn jak najbardziej…

__________________________________________________________________________________

writes: Natalia

Their stores have various beginnings. Born in Burma, Laos or Thailand, sometimes in hospitals, sometimes in mountainous remote villages. Forced to be married, without parents, without access to education, followed by troops. Some of them escaped to Thailand on bamboo rafts in the moonlight. They were imprisoned for being illegal immigrants and usually forced to work 14 hours per day.

Their past has one common feature – a child. And the fact that they are single mothers.

Comparing to their histories, the future might be more optimistic. They are leaving now in Wild Flower Home (http://www.wildflowerhome.net/), somewhere between Chiang Mai and Bo Sang. Each of them has own room. They study or work in the house – they have little farm, vegetable garden and rice field. Solar panels delivered energy to them. They produce handicraft and try to sell them. And what is most important – they are surrounded by wonderful and supportive people working for the organization.

Thursdays were my favorite days in Thailand – we facilitated workshops in Wild Flower House. About voting, UN, freedom of speech or human rights. And we were given amazing and positive energy in return. And what is more, it just a pleasure to cooperate with women, who want to learn.

Once I asked them about their dreams. They don’t want anything for themselves, just for their children. When Bua was really young, the old fortuneteller told her that she’ll be very rich. Being 18 years old she doesn’t believe it would come true. But maybe her son will fulfill the prophesy…









Wiatr zmian / Wind of changes


Link 04.01.2011 :: 16:09 Komentuj (6)

pisze:Natalia

W jednym z moich ulubionych “anty-depresyjnych” filmów, “Czekoladzie”, wiatr z zachodu zawsze przynosi jakieś zmiany. W naszym przypadku wiatr zmian nie jest wiatrem zachodnim, tylko wiatrem miłości i to aż z Meksyku. Na dodatek zawiał bardzo mocno, w efekcie czego pocztówki z duetu podróżniczego zamieniają się w singielkę, bez talentu plastycznego, ale za to ciekawą świata, uśmiechniętą i próbującą uchwycić to, co ją zachwyca, przy pomocy fotografii.

Sama nie do końca chyba potrafię nazwać swoje uczucia, potrzebuję czasu, a jak będę umiała je nazwać to znaczy że nie ma już o czym rozmawiać:) Mam tylko nadzieję, że wystarczy mi otwartości na świat i pokory, by podróżować samej (ale nigdy samotnie!). I że jak do tej pory będę spotykać samych dobrych ludzi na swojej drodze…

Pozostaje mi zaprosić Was do śledzenia pocztówek. Pierwszy przystanek – Laos!

________________________________________________________________________________________

writes:Natalia

One of my favorite „anti-depression” movie is „The chocolate” – in the story the wind from the west always causes changes. In our case wind of changes wasn’t from the west, but it was wind of love from Mexico. And what is more, it blew very strongly and the consequence is that postcards from travel duo turns into the single, without art gift, but curious about the World, smiling and trying to depict what makes her delighted through photos.

I can’t describe how do I personally feel, I need some time… And finally when I will be able to name my feelings it’ll mean that there is nothing to talk about:) I hope that I’ll be open and humble enough to travel on my own (but never lonely!). And I’ll keep meeting only good people on my path.

So, I can just encourage you to follow postcards. First stop – Laos!


Laos PDR = please don’t rush!!!*


Link 11.01.2011 :: 14:19 Komentuj (2)

Myślałam, że nie ma na świecie spokojniejszego i powolniejszego miejsca niż Chiang Mai. Powinnam się nauczyć, żeby nic nie zakładać z góry – znowu się myliłam. Laos (byłam dopiero w dwóch największych miastach – nowej – Vientiane - i starej - Luang Prabang - stolicy) to po prostu oaza spokoju. Kierowcy tuk tuków wewnątrz swoich wehikułów mają zamontowane hamaki, by korzystać z każdej możliwej chwili odpoczynku, handlarki w przerwie między petentami malują sobie paznokcie u stóp, skrzynki pocztowe zrobione są z kartonów, w stolicy wyzwaniem jest znalezienie bankomatu, a pewnej pięknej nocy zwinięto asfalt na głównej trasie Laosu i zapomniano rozwinąć…

Laos to dynamiczna mieszanka barwnej przeszłości (co nie znaczy że zawsze szczęśliwej) i wpływów bardziej liczących się w świecie sąsiadów (przyznajcie się, kto słyszał coś więcej o Laosie niż to, że istnieje?). Chińska parada przechodzi tutaj tuż obok kawiarni „Mon ami”. Na śniadanie można zjeść bagietkę z … tofu. W menu obok tradycyjnych tajsko brzmiących dań znajdziemy laap (pikantną sałatkę z mielonego mięsa i ziół). Na każdym szanującym się post- (bądź pseudo-) kolonialnym domu powiewa dumnie flaga Laosu i czerwona z sierpem i młotem. Amerykańskich skrzynek pocztowych używa się jako koszy na śmieci. Na ulicach wszyscy grają w bulle, a bilbordy społecznie zaangażowane przypominają te z okresu socrealizmu. Tylko mnisi wyglądają na niewzruszonych, przemierzając ulice w swoich pomarańczowych szatach.

Ludzie w Tajlandii byli mili, ale tutaj boli mnie szczęka od odpowiadania na „Sa bai dee” od każdego, kto mnie mija – bez różnicy, czy to uczniowie jadący na rowerach do szkoły (którzy bardzo się chyba dziwią, że jestem w stanie przejść na piechotę więcej niż 200 metrów), panowie na motorach (oczywiście bez kasków) czy kobiety niosące kosze zawieszone na obu końcach długiego kija, tak że z perspektywy wyglądają jak Temida…

* Laos People’s Democratic Republic (Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna) = proszę, nie śpiesz się

________________________________________________________________________________

I thought that Chiang Mai was the most laid-back and calm place on Earth. I should have learnt that assuming isn't the best idea - I was wrong again. Laos (ok, so far I've only been to Luang Prabang and Vientiane) is the oasis of calm. The tuk-tuk drivers have hammocks in their vehicles (to relax during every single free minute), the vendor-women paint each others' toenails when they don't have clients, mail boxes are made from cardboard, it's a challenge to find an ATM even in the capital, and not even the main national road is entirely covered by asphalt...

Laos has a dynamic mix of colorful history, though it hasn't always been happy. It also is influenced a lot by more globally-important neighboring countries (be honest, who knows anything about Laos, besides that it exists?). The Chinese parade walks by the "Mon Ami" restaurant. You can eat a baguette with...tofu. There are both Thai dishes and laap (spicy salad made from minced meat and herbs) on the menus. The Laos flag waves next to a red one with the hammer and sickle from every post- (or pseudo-) colonial house. US mailboxes are used as rubbish bins. People play in boules on the streets and social ads remain like the ones from the socialist period in Poland. Only monks remain unmoved, walking down the streets in orange robes.

People in Thailand were really nice, but here I have a jaw-ache from responding "Sa bai dee" to everyone who passes me - students going to school on bicycles (they seem to be very shocked that I'm able to walk more than 200 meters), men on motorbikes (of course without helmets) or women carrying baskets hanging on long poles, so they remain like the Greek goddess of justice - Temis.

*Laos People’s Democratic Republic











Boso i z miską / Barefoot and with the bowl


Link 16.01.2011 :: 13:34 Komentuj (4)
Od ponad 3 miesięcy mieszkam w buddyjskich krajach, mój znajomy w tym czasie na 2 tygodnie stał się mnichem, przez cały pobyt w Chiang Mai codziennie parę razy przechodziłam przez Wat Suand Dok, a nadal chyba mam problem ze zrozumieniem buddyzmu. Chciałabym wszystko zmierzyć kategoriami naukowymi, najlepiej wyczytać w świętej księdze (której brak) i na każde pytanie mieć jasną odpowiedź tak lub nie. A odpowiedzi na pytania dotyczące buddyzmu różnią się w zależności od tego, kto udziela mi odpowiedzi – mnich, mój znajomy, czy ktoś przypadkowo spotkany w świątyni. Nie wynika to z ich niewiedzy, po prostu nie ma czegoś takiego jak jedna religia buddyjska, wystarczy, że mnisi uczyli się w różnych szkołach świątynnych, a poznali różne interpretacje zasad religijnych.

Podświadomie jednak czuję, że buddyzm nie polega na rozumieniu i wierzeniu, ale na czynieniu. Na otaczaniu opieką wszystkiego, co żywe, szanowaniu innych, dbania o swoją karmę, stawaniu się coraz lepszym. Może dlatego czuję się tu tak bezpiecznie?

Mnisi Theravada (jeden z odłamów buddyzmu) mogą jeść tylko to, co ofiarują im ludzie. Dlatego też każdego ranka wyruszają boso i z miskami na ulice, a ludzie w zamian za błogosławieństwo dają im jedzenie, które później dzielone jest w ramach wspólnoty świątynnej. Gdy w Chiang Mai jeździłam na rowerze przed pracą, spotykałam mnichów przechadzających się w chaotyczny sposób pomiędzy nadal śpiącymi ulicami i porannym bazarem. Natomiast w Luang Prabang (dawna stolica Laosu) codziennie ok. 300 mnichów kroczy w szeregu główną ulicą miasta, ludzie rozkładają maty na chodnikach i klęcząc ofiarowują dary, turyści kupują ryż od ulicznych sprzedawców, a przewodnicy krzyczą: „Panie, pamiętajcie, nie wolno dotykać mnichów!”.

_______________________________________________________________________________

I've been living in Buddhist countries for more than 3 months. During that period my friend became a monk for 2 weeks and I passed Wat Suan Dok every single day during my stay in Chiang Mai, but I still have difficulties understanding what Buddhism is all about. I wish I could discover that religion using some "science tools," read a holy book (in Buddhism, it doesn't exist) and find a simple "yes or no" answer for my questions. On the contrary, the responses differ depending on who answers - the monk, my friend or some stranger I met in the temple. It doesn't prove that they lack knowledge. The idea of a single Buddhist religion is just a fiction. The monks who studied in different schools might, for example, give different responses due to various interpretations of religious rules.

Deep inside, I have a feeling that Buddhism isn't about understanding and belief, but about action. It's about taking care of every living creature, respecting others, remembering about karma and becoming a better person every day. Maybe that's the reason I feel so safe here?

The Theravada monks (one of the Buddhist sects) are allowed to eat only that which is given by people. That's why every morning they walk barefoot and with offering bowls, and people give them food in return for the blessing. The collected products are shared among the monastery community. When I was riding my bicycle before work in Chiang Mai, I kept meeting monks who walked in a very erratic way between still-sleeping streets and the morning market. In Luang Prabang (The previous capitol of Laos) the parade of almost 300 monks walks down the main street every morning. Local people kneel on mats and make their offerings, tourists buy rice from street vendors and travel guides shout: "Ladies, don't touch the monks!"












Phonsavanh – z archiwum X/ Phonsavanh – the X-files


Link 21.01.2011 :: 13:30 Komentuj (0)
Tajemnicze miejsca można znaleźć prawie wszędzie. Wielka Brytania ma Stonehenge, Stany Zjednoczone – Roswell, Polska za to ma tajemnicze historie, a Laos ma… słoje. Tysiące prehistorycznych kamiennych słoi porozrzucane są wokół Phonsavanh, dlatego też okolice nazwano „równiną słoi”. Różnią się one między sobą wysokością i średnicą, od 1 do 3 metrów. Wokół miasta odkryto ponad 60 skupisk kamiennych słoi, składających się z od 1 do ponad 400 obiektów. I tylko na jednym z nich można znaleźć płaskorzeźbę przedstawiającą człowieka.

Nikt nie zna prawdziwej historii słoi. Kto je zrobił? Dlaczego akurat w tym miejscu? Po co? Najweselsza hipoteza (stworzona przez wielbicieli piwa lao, whisky lao lao i ryżowego wina) zakłada, że były one wykorzystywana do produkcji alkoholu. Jednak archeologiczne znaleziska sugerują, że słoje wykorzystywane były jako urny pogrzebowe przez ludzi z epoki żelaza ponad 2000 lat temu. Oczywiście wielu okolicznych mieszkańców wierzy, że to sprawka kosmitów. Bez względu na wszystkie pytania, „równina słoi” zostanie wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 2015 r.

Wszędzie można zauważyć ostrzeżenia „Prosimy nie wchodzić na słoje” (nawet w formie kreskówek). Jednak władze zrobiły błąd używając tylko angielskiego i francuskiego, gdyż bieganie po słojach to ulubiona rozrywka dzieci z pobliskich wiosek.

Nie tylko tajemnicze słoje są powszechne w tej okolicy, niestety mieszkańcy nadal „odnajdują” niewybuchy. Oczywiście, organizacje pozarządowe I władze robią wszystko, aby oczyścić teren z min, jednak wciąż nie wystarczająco (dlatego też nadal potrzebne takie miejsca jak wioska SOS, gdzie schronienie znajdują sieroty które straciły rodziców w wypadkach związanych z niewybuchami ). Prowincja Ponsavanh to jeden z najbardziej zbombardowanych terenów w najbardziej zbombardowanym kraju ( ilość bomb przypadająca na jednego mieszkańca) na świecie. Zastanawiam się, czy strony wojny wietnamskiej zdawały sobie sprawę, że ich działania będą nadal wpływać na życie ludzi nawet 30 lat po zakończeniu działań zbrojnych…
________________________________________________________________________________

You can find some mysterious places almost everywhere. Great Britain has Stonehenge, the US has Roswell, Poland has mysterious histories. Laos has...jars. Thousands of prehistoric stone jars are scattered around Phonsavanh, so that area was given the name "The Plain of Jars." They vary in height and diameter from one to three meters. More than sixty fields with jars have been recorded within the region. Sometimes just one jar stands alone, but the biggest concentration consists of 400 jars. Only one jar among thousands is decorated with a carved human figure.

Nobody knows the history of the jars. Who made them? Why are they where they are? For what? The most cheerful hypothesis (for Beer Lao, lao whisky and rice wine lovers) is that they were used for producing alcohol. However, archaeological evidence suggests that the jars are funerary urns carved by Iron Age people. And of course, many locals believe, that it’s UFO issue… Beyond all questions, the Plain of Jars will become UNESCO heritage site in 2015.

Everywhere you can see warnings: "Please do not climb on the jars" (the signs are even in cartoon form). The authorities made a mistake by writing this just in English and French - it's actually a favorite sport of the kids from nearby villages.

Sadly, not only mystic jars are common in the surroundings. UXO (unexploded ordinance) is also still "found" by locals. Of course, organizations and the government put a lot of effort into clearing the area, but still not enough has been done. That's the reason that places are needed such as SOS Children Village, which takes care of orphans who have lost their parents in accidents related to UXO. Generally, the province is one of the most heavily-bombed areas in the most heavily-bombed country, per capita, in the world. I wonder if the parties involved in the Second Indochina War (Vietnam War) were aware that their actions would affect people's lives even 30 years later...







Świat gier / World of games


Link 23.01.2011 :: 11:32 Komentuj (2)
Grzeczne dziecko w wieku 7 lat powinno uczyć się dwóch języków obcych, uczęszczać na zajęcia z baletu, chóru, gimnastyki artystycznej, unikać bycia brudnym I oczywiście być z powrotem w domu najpóźniej o 18.00. A jeśli rodziców nie stać na wszystkie wymienione wyżej atrakcje, to dziecko całe dnie będzie spędzać przed komputerem. Na szczęście nie tak wygląda rzeczywistość w Laosie. Dzieci są wszędzie, nie ważne jaka jest pora dnia czy nocy. Nie mają za wiele zabawek, jednak wcale nie wyglądają na nieszczęśliwe. Wręcz przeciwnie, są uśmiechnięte i kreatywne, używają do zabawy najprostszych przedmiotów. I bardzo łatwo można się do ich każdej gry przyłączyć nawet bez znajomości żadnego słowa po laotańsku (oprócz “dziękuję” i “dzień dobry”).

Królem gier ulicznych są zdecydowanie bulle. Pole do tej gry znajduje się obok prawie każdego domu i nie musisz mieć prywatnego profesjonalnego kompletu – metalowe kule po prostu leżą na ziemi (będę szczera – jestem w bulle bardzo kiepska:). Zarówno dziewczynki jak i chłopcy kochają piłkę nożną, skakanie przez gumę, kator, lokking i o dziwo bilard (stół do bilarda jest dosłownie w każdej wiosce i w porównaniu do naszych realiów nic nie trzeba za grę płacić).

Kator można określić jako „laotańska siatkówka”, jednak z 3 istotnymi różnicami:
- można odbijać piłkę każdą częścią ciała za wyjątkiem… ręki
- zespoły składają się zazwyczaj z 3 zawodników
- piłka nie jest zrobiona ze skóry czy sztucznego tworzywa, ale z … bambusa.

Do gry w lok king niezbędne są małe, drewniane kołki. Pierwsza osoba wprawia swój kołek w ruch przy pomocy sznurka (kołek wiruje jak bąk) a inni uczestnicy próbują potrącić pierwszy kołek tak samo wprawiając swoje w ruch. Obrazowo, grę można nazwać „walka kołków”:).

____________________________________________________________________________

A well-behaved child aged 7 years should learn two foreign languages, attend choir, ballet or gymastics, avoid being dirty and of course be back home by 6 p.m. at the latest. If the parents can't afford all those additional activities, the child will spend all their free time in front of the PC. Fortunately, reality isn't like that in Laos. Children are everywhere, and it doesn't matter what time of day it is. They don't have many toys but they still don't look unhappy. On the contrary, the kids are smiling and creative, playing with even the simplest things. You can easily join any street games and have fun together with them without knowing any words in Lao (except "thank you" and "hello").

The king of street games is definitely boules. A boules field can be found next to almost every house and you don't need a private set - metal balls just lay on the ground and everyone can use them (but to be honest, I'm very bad at it). Both girls and boys love football, jumping rope, kator, lokking, and, surprisingly, billiards. A billiard table is in literally every village and is free of charge, unlike in the West.

Kator may be called "Lao-volleyball," but with three significant differences:

a) you can touch the ball with almost every part of your body, except for your hands

b) teams usually consist of 3 members

c) the ball isn't made of leather or synthetic material, but is made from bamboo.

Small wooden pegs and string are needed for playing lokking. One person sets the peg in motion using the string (the peg spins like a top) and the others try to knock down one's peg by also setting their pegs in motion. All in all, the game can be called a "fight of pegs":)







Tad Lo – mój prywatny, Laotański raj / Tad Lo – my private, Lao paradise


Link 30.01.2011 :: 06:20 Komentuj (1)
Czasami planujemy zostać w pewnym miejscu jedną noc i z niewyjaśnionych przyczyn zostajemy tydzień. Tak stało się ze mną w wiosce Tad Lo, w której dosłownie oprócz paru wodospadów, 3 słoni i świątyni w budowie (co skutkuje tym, że od rana do wieczora przez głośniki leci nawoływanie „przyłącz się do nas – budujmy razem!) nie ma nic. Ale może takie właśnie „nic” było mi potrzebne – hamak, spacery, czas na rozmowy ze spotkanymi ludźmi, gry planszowe, motor.

A może to wcale nie miejsce, tylko ośrodek, w którym mieszkam? Właściciel Palamei Guest House – Baw – to nie tylko cudowny gospodarz, informacja turystyczna i kucharz w jednym, ale również źródło wszelkiego typu opowieści z życia wioski i anegdotek (marzę o takim weselu jak on miał – po prostu korowód szedł przez wieś, a ludzie tańczyli przy dźwiękach bębnów). Poza tym robi wszystko, aby zarówno goście jak i jego rodzina ( piękna żona i 2 uśmiechnięte córki) czuli się zawsze jak w domu – zazwyczaj wieczory wszyscy spędzają w kuchni albo ucząc się laotańskich dań, albo gotując swoje narodowe potrawy, żeby później do nocy rozkoszować się iście królewską kolacją:)

Niestety moje dzieci chyba nie będą mogły tu przyjechać, albo będą mogły ale nie zakochają się w tym miejscu. Może w następnej edycji Lonely Planet poświęcą Tad Lo więcej miejsca (teraz tylko kilka zdań) i wioska przemieni się w cel wędrówek hippisów, którzy zapomnieli że lata 60 już dawno są za nami? A może śmieszni Chińczycy w czerwonych kombinezonach znajdą to, czego szukają – ropę? Wtedy na pewno żaden przewodnik nie wspomni o Tad Lo i miejsce przestanie być stworzone do poznawania Laosu z pozycji horyzontalnej…

_________________________________________________________________________________

Have you ever planned to stay in a place for one night, but ended up staying a week without a reason? That happened to me in Tad Lo, a village where there is literally nothing except a few waterfalls, three elephants, and a temple under construction (which means that a call through the loudspeakers saying "join us - let's build the temple together!" is heard all day long). However, maybe that "nothing" was something that I needed - just a hammock, walks, time for chatting with people, board games and a motorbike.

Maybe it's not the village itself, but the guest house where I stayed. The owner of Palamei, whose name is Baw, is not just a wonderful host, tour guide and cook all-in-one, but also a source of various village stories and anecdotes. I dream about having a wedding party like he had - just a parade through the village and people dancing to the sound of drums. Besides this, he does everything to make both his guests and family (a pretty wife and two smiling daughters) feel at home. Everyone usually spends evenings in the kitchen, learning how to cook Lao food or sharing recipes from their own countries, so the delicious dinners last forever.

Unfortunately, my children probably won't be able to come here. Even if they can, the won't fall in love with that place. Maybe more space will be given to Tad Lo in the next edition of Lonely Planet (now it's just a few sentences) and the village will become a popular destination for hippies, who forget that the 60s are already gone. And maybe funny Chinese people in red overalls will find what they are looking for -- the oil? Then it's sure that the travel guides won't mention Tad Lo and the place will stop being made for discovering Laos from the horizontal position.







Laos - coś więcej niż kawa, kolonializm i komunizm.../ Laos – something more than just coffee, colonialism and communism…


Link 31.01.2011 :: 11:26 Komentuj (3)
Laos zaskakiwał mnie przez ostatnie 4 tygodnie codziennie, zazwyczaj bardzo pozytywnie (ludzie, widoki, energia), czasami trochę mniej (szczególnie jeśli chodzi o drogi i ceny). Jednak na pewno z chęcią kiedyś tu wrócę (tym razem przygotowana na przemierzenie kraju na motorze:) i każdemu polecam spędzenie tu trochę czasu (nie można tu się spieszyć, nawet jeśli się bardzo chce). Oto moja subiektywna lista powodów, dla których warto nie myśleć o Laosie tylko w kategoriach „post-kolonialnego kraju, gdzie obecnie Chiny mają dużo do powiedzenia”, ale spróbować odkryć coś więcej (najlepiej z perspektywy hamaka:)

Laos has been surprising me every day for the last four weeks, usually in a very positive way (people, views, energy), sometimes in a slightly different way (especially roads and prices). But for sure I am eager to come back here one day (I would be prepared for travelling on a motorbike:) and I can sincerely recommend it for everyone who has some time (you can't be in a hurry here, even if you really want to). So, here's my list of reasons not to think of Laos as just another "post colonial country," but to try to discover more. (The best perspective for this is from a hammock:)

1. Wsi spokojna, wsi wesoła… Jeśli ktoś nie jest wielkomiejskim typem, to Laos jest strzałem w dziesiątkę. 70% populacji kraju nadal mieszka na wsi, często w bambusowych chatach, bez elektryczności i bieżącej wody. Jednak już dawno nie widziałam tak szczęśliwych ludzi, spokojnych dzieci, uśmiechniętych staruszków. Spędźcie noc w wiosce, w której wcale nie planowaliście, posiedźcie razem przy ognisku, przyjmijcie zaproszenie na wesele czy lokalną imprezę, umyjcie się w strumieniu (oczywiście grzecznie owinięci w sarong), zjedzcie to, czym Was poczęstują i pobawcie się z dziećmi bez patrzenia na zegarek a gwarantuję Wam, że też będziecie totalnie szczęśliwi.

1. Rural life... If you aren't the "big city" type, Laos hits the bulls-eye. 70% of the population lives in villages, often in bamboo huts without electricity and running water. However, it's been a long time since I've seen such happy people, calm children, and smiling old people. Stay overnight in a village where you haven't planned to stay, sit together with locals around a bonfire, join a wedding party, wash yourself in the stream (while wrapped in a sarong, of course), eat what people give you, play with the children without worrying about the time and I can guarantee that you will be totally happy.




2. Ahoj, czyli pływanie łodzią… Biorąc pod uwagę stan dróg i autobusów (zazwyczaj siedziałam na bambusowych kijach w przejściu, ściśnięta pomiędzy kurami, workami z ryżem a wymiotującym dzieckiem) pływanie łodzią jest na pewno przyjemniejsze i chyba bezpieczniejsze (szczególnie że na dziobie jest ołtarzyk na którym przed wypłynięciem składa się ofiary). W Laosie jest ku temu mnóstwo okazji, zarówno na dłuższych dystansach jak i po prostu z wioski do wioski – czasami bilet jest niepotrzebny, wystarczy zapytać spotkanego rybaka.

2. Boats...Taking the condition of roads and buses into consideration (usually I was sitting on bamboo sticks in the aisle among chickens, vomiting children and bags full of rice), boats are definitely a more comfortable and probably safer means of transportation (there is a little altar on the bow where offerings are given before every voyage). In Laos you will find plenty of opportunities to ride, both for longer and shorter distances. Sometimes you don't even need a ticket - just ask any fisherman.



3. Kong Lo – są takie miejsca, w których przypominam sobie jaki człowiek jest malutki w porównaniu do Natury. Kong Lo to jedno z takich miejsc – długa na 8 kilometrów jaskinia, którą można przepłynąć drewnianą łodzią w egipskich ciemnościach. Sklepienie jest czasami na wysokości 100 metrów, więc łapałam się na zastanawianiu się, czy nadal jestem w jaskini czy to już nocne niebo nade mną…

3. Kong Lo... There are some places that remind me how small man is compared to nature. Kong Lo s decidedly one of them. It is an 8-kilometer-long cave, totally dark, which you can pass in a small wooden boat. It is 100 meters high in some parts, so I caught myself wondering if I was still in the cave or if it was already the night sky above me.



4. Płaskowyż Bolaven – moja ukochana kraina na południu, pachnąca kawą i herbatą, z tysiącem ukrytych wodospadów, zamieszkała przez różne plemiona i idealna do motorowych wycieczek.

4. Bolaven Plateau... My beloved land in the south, smelling of coffee and tea, with thousands of hidden waterfalls, inhabited by various tribes and ideal for motorbike trips.






Tajlandia i Laos w obiektywie/ snapshots of Thailand and Laos


Link 01.02.2011 :: 18:00 Komentuj (0)
Dla wszystkich spragnionych wiekszej ilosci zdjec:)

For those who want to see more photos:)

Thailand/Tailandia

Laos

Akha Ama

To będzie wyjątkowy rok… / It’ll be an exceptional year…


Link 02.02.2011 :: 18:00 Komentuj (1)
Bez wątpienia, to będzie wyjątkowy rok. Pytanie tylko – który? 2105? Początek tego świętowałam w pierwszych dniach grudnia wraz z ludźmi z grupy etnicznej Shan – tańce, śpiewy, pyszne jedzenie i opowieści starszych jeszcze z okresu przed opuszczeniem Birmy i przeniesieniem się do Chiang Mai. W połowie grudnia w Maejantai byłam świadkiem jak wspólnota plemienia Akha zabiła bawoła wodnego, aby później z okazji nowego roku podzielić mięso między wszystkie rodziny (w nocy nie można było spać, bo wszyscy bawili się przy ognisku przy dźwiękach bębnów, zagryzając placki ryżowe). Chiang Mai powitało 1 stycznia 2011 wspaniałym pokazem sztucznych ogni na cześć króla. A teraz jest początek lutego, jestem już w Wietnamie, na nowo uczę się targować, a wszyscy wkoło świętują Tet – księżycowy nowy rok – kota (w Chinach – królika).

Wietnamczycy umieją świętować – Tet oznacza paraliż kraju trwający tydzień. Tylko co trzeci sklep jest otwarty, ciężko się podróżuje (to bardzo rodzinny czas – wszyscy wracają do domów), zabytki pozamykane, nie wspominając o wszystkiego typu instytucjach publicznych. I wszyscy dekorują domy żółtymi chryzantemami w wielkich donicach i drzewkami kumquatu, dlatego też główne place każdego miasta zamieniły się w kwiatowe giełdy.

Na znak porzucenia smutków starego roku i wejścia w nowy z nadzieją pali się wszystko to, co niepotrzebne, brzydkie i bezużyteczne. A co zrobić gdy takich rzeczy w domu brak? Nie martw się – zawsze możesz kupić zestaw „spal to sam” – tekturową koszulę, kapelusz i parasol… Przed każdym domem wystawiane są ołtarze z darami dla przodków – jedzeniem i kadzidłami. Dzieci, ubrane w nowe ubrania radośnie pokazują czerwone koperty z pieniędzmi, ofiarowanymi im przez starszych. I niech nikt nie waży się zamiatać – symbolizuje to wymiatanie szczęścia z życia. Szczególnie jak ruszy się proszek cytrynowy, który rozsypuje się po domu aby przegonić zło.

Sylwestra spędziłam na imprezie plenerowej w Hoi An (Sylwester z Polsatem to przy tym naprawdę niegroźna rozrywka). O północy odśpiewano „Happy New Year” Abby, a zaraz po życzeniach „zdrowego, bogatego i pełnego sukcesów nowego roku” przypomniano, że dziś również świętujemy 81. rocznicę powstania Komunistycznej Partii Wietnamu…

______________________________________________________________________________________

Without any doubt, it will be an exceptional year. The only question is "What year is it?" 2105? I celebrated the beginning of that year in early December with people of the Shan ethnic group. We danced, sang, ate delicious food and heard stories from the elders about the time before they left Burma and moved to Chiang Mai. In the middle of December, in Maejantai, I saw a water buffalo killed by the Akha hill tribe community, and the meat was shared among the families to celebrate the new year. It was very difficult to fall asleep after dancing around the bonfire to drumbeats and consuming rice cakes all night. Chiang Mai welcomed 1st January 2011 with a firework show to honor the King. And now it's the beginning of February and I'm in Vietnam (I have to remind myself how to bargain.) and everybody around is celebrating Tet - Vietnamese Lunar New Year - the Year of the Cat (in China - the Year of the Rabbit).

The Vietnamese people know how to celebrate - Tet means a one-week-long paralysis of the whole country. Only about one in three shops are open, it's difficult to travel (everyone tries to get home to celebrate with their families), sightseeing places are closed, as well as public institutions. All the houses are decorated with yellow chrysanthemums in big flowerpots and kumquat trees, and the main squares transform into floral markets.

In an effort to forget about the trouble of the past year and hope for a better upcoming year, people burn everything that is old, needless, ugly and useless. Don't you have such things? Don't worry - you can buy a "burn it yourself" set, consisting of a shirt, hat and umbrella made from cardboard. Children, dressed in new clothes, receive red envelopes containing money from their elders. No one dares to sweep the house, which would mean sweeping out good luck. It could also sweep away the lime powder, which is sprinkled around the house to expel evil.

I spent New Year's Eve at an open-air party in Hoi An. At midnight, "Happy New Year" by Abba was played. Just after that, we were wished a "healthy, wealthy and successful New Year," and were also reminded that it was the 81st anniversary of the Communist Party of Vietnam...













Kobiece rozmyślania z Hoi An / Feminine contemplations from Hoi An


Link 07.02.2011 :: 15:25 Komentuj (10)
Nie lubię określenia backpacker (plecakowicz). Mój plecak to najsłabsze ogniwo mojej podróży. Jest ciężki, nie dopina się, mam wrażenie że jak dołożę do niego chociaż chusteczki to mnie przeważy i się przewrócę. Poza tym ciągle muszę kombinować, jak tu się ubrać mając te same 6 koszulek, 2 sukienki i 0 butów na wysokim obcasie. Sytuację ratuje tusz do rzęs i kolczyki (lekkie i zajmują mało miejsca).

Do tej pory zawartość mojego plecaka mi nie przeszkadzała. W Tajlandii celowo odpuściłam sobie jakiekolwiek zakupy ubraniowe – moja figura nijak się ma do tajskiego kanonu piękna, więc po co się frustrować? Sytuacja jednak zupełnie inaczej wygląda w Hoi An – w każdym zaułku można znaleźć zakład krawiecki, gdzie w przeciągu 3 godzin azjatycka krawcowa za grosze uszyje Ci wszystko, co sobie zamarzysz – od suknie wieczorowej, poprzez płaszcz, do kimona… I prosto spod igły możesz wybrać się do szewca, który również za grosze zrobi parę butów na wymiar, jak dla Kopciuszka (mam jedno snobistyczne marzenie – czarne szpilki z czerwoną podeszwą – takie buty na zamówienie to byłoby coś…). Szkoda że mój plecak (i budżet) nie są z gumy…

Oczywiście to nie zakłady krawieckie i szewskie są powodem, dla którego Hoi An zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Miasto wygląda jakby czas się zatrzymał tu 150 lat temu i tylko czekać, jak zza rogu wyjdą kupcy z Chin, Japonii i Europy. Oczywiście, stare miasto jest najbardziej popularną częścią Hoi An, jednak pozostałe dzielnice są równie urokliwe, z wąskimi ulicami, kolorowymi domami, ogrodami na dachach i małymi świątyniami.

Ostatnio pomyślałam sobie jak w reklamie : „dzięki Bogu że jestem kobietą”. Zasiedziałam się w Tad Lo i dopiero 31.01 dotarłam do Savannakhek, żeby odebrać wietnamską wizę. Zajechałam pod konsulat, a tam kartka „zamknięte przez tydzień z powodu Nowego Roku” (pominę fakt, że przy składaniu papierów powiedziano mi, że mogę odebrać wizę dowolnego dnia, byle jeszcze w styczniu). Strażnik nie wyglądał na zbyt przejętego mym losem (on mówił po laotańsku, ja po angielsku – nic dziwnego:). Pomyślałam więc „co mi szkodzi” i nie zważając na protesty strażnika zadzwoniłam dzwonkiem do domu konsula, przybrałam pozę bezbronnej istoty i czekałam, aż ktoś wyjdzie. Nie wiem kto pojawił się po minucie (konsul?), najważniejsze jest to, że przejął się moim losem i zrozumiał moją chęć spędzenia Tet w Wietnamie, otworzył konsulat i życząc szczęśliwego Nowego Roku wręczył mi wizę. Później mój znajomy Austriak powiedział, że na moim miejscu zmienił by plany, nie licząc nawet na zrozumienie i szczęście…

_______________________________________________________________________________

I don't like the term "backpacker." My backpack is the worst part of my journey - it's heavy, I have difficulties packing it, and if I put even one more pack of tissues in it will overpower me and I'll lose my balance. And I have to constantly think how to dress with just 6 shirts, 2 dresses and no high-heels. The mascara and earrings (light and small) help a little...

So far I haven't paid any attention to my backpack's content. In Thailand I didn't even try to buy myself anything, especially because my figure doesn't meet the Thai conception of beauty at all. But the situation is different in Hoi An, where there are tailor shops on every corner and in only 3 hours you can have whatever you want made - dresses, coats or even kimonos. After that you can visit a shoemaker and get a pair of shoes made for dirt-cheap, like in the Cinderella story (I have a snob dream - black stilettos with red soles, ehhh). It's a pity that my backpack (and budget as well) can't stretch like rubber...

Of course, tailor shops and shoemakers aren't the reasons why Hoi An is on the list of UNESCO World Heritage Sites. The city looks like it is over 150 years old and you feel like at any moment you could meet traders from China, Japan and Europe. The old city is of course the most popular part of Hoi An, but the other quarters are also charming - with their narrow streets, colorful houses, rooftop gardens and small temples.

Lately I have thought about the ad: "Thank God I'm a woman." I spent more time than I had planned in Tad Lo and I arrived in Savannakhet to pick up my Vietnamese visa on 31st January. When I applied I was told that I could come to pick it up any day. However, when I arrived at the consulate I noticed a big sign that said "closed for next week because of Lunar New Year." The guard didn't look like he would understand me... So I thought I had nothing to lose, so despite the guard's protest I rang the bell at the consul's house and tried to look defenseless and harmless. After a minute somebody came. He understood my drama and desire to celebrate Tet in Vietnam, so he opened the consulate, issued my visa and wished me a happy new year. After that my friend from Austria told me that if he had been in that situation he would have changed his travel plans, instead of counting on understanding and luck.







Smoki, perły i turysto-wstręt / Dragons, pearls and tourists aversion


Link 16.02.2011 :: 17:01 Komentuj (0)
W zamierzchłych czasach, gdy Wietnamczycy walczyli z najeźdźcą, bogowie zesłali rodzinę smoków, aby pomóc w obronie kraju. Były to magiczne smoki – pluły perłami, które po zetknięciu z wodą zamieniały się w wapienne skały, tworząc mur. Oczywiście wróg został odparty, a smoki postanowiły zostać na ziemi. Miejsce, w którym wylądowała matka smoków zostało nazwane Ha Long Bay (Zatoka Lądującego Smoka).

Popełniłam życiowy błąd – pod wpływem legendy, zachęt innych podróżników i zdjęć ( zatoka z prawie 2000 wapiennymi monolitycznymi wysypkami przeróżnych kształtów i rozmiarów wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości ) wybrałam się do zatoki Ha Long. Co gorsze postanowiłam zaryzykować i wykupiłam wycieczkę w hostelu (obiecuję, pierwszy i ostatni raz)…

Dramat rozpoczął się już na trasie – co drugi pojazd jest busem wiozącym tłum turystów w tym samym kierunku. Wszyscy mają postój w tym samym miejscu – turystycznym centrum handlowo-żywieniowym wybudowanym pomiędzy tarasami ryżowymi. Po dotarciu na miejsce każdy wsiada na odpowiedni (w zależności od ceny biletu) statek – do wyboru jest wszystko co możecie sobie wymarzyć, od marnej imitacji Titanica po szalupę ratunkową. Na każdym statku zagwarantowane są te same wietnamskie posiłki w wersji dla turystów i rozrywka w postaci karaoke. Wszyscy zwiedzają tę samą jaskinię, która została zamieniona w Disneyland dzięki podświetleniu jej fioletowymi, różowymi i niebieskimi światłami. Pomiędzy statkami dzielnie pływają kobiety w łódkach zapakowanych po brzegi pringels’ami i winem. I każdy statek ma własny perłową babcię, która próbuje sprzedać plastikowe podróbki. I niestety jakoś nie udało mi się dostrzec piękna zatoki. Jeśli się tam kiedyś wybieracie, to polecam rozważenia opcji „kajak” (ale wtedy zapewne stratuje Was jakiś tankowiec).

W związku z traumą turystyczną postanowiłam zaszyć się w górach w miasteczku, gdzie nie można dostać nawet jogurtów. I wyszło mi na dobre, ale o tym później:)

_____________________________________________________________________________________

A long, long time ago, when the Vietnamese people were fighting foreign invaders, the gods sent a family of dragons to help defend their land. Those dragons were magical, and were spitting out pearls. Upon hitting the sea, these jewels turned into the various islands and islets dotting the seascape and formed a formidable fortress against the invaders. The dragon family decided to remain on the earth. The mother dragon lies on what is now Ha Long Bay (Descending Dragon Bay).

I made a mistake and decided to visit Ha Long Bay. It's a UNESCO World Heritage Site, with thousands of limestone karsts and isles in various shapes and sizes. Even worse, I bought a tour package from my hostel. After that, I promised myself it was the first and last time I would do it.

The drama began during the minibus trip - every other vehicle on the road was full of tourists heading in the same direction. All of the buses stopped in the same touristy food centers built in the middle of the rice fields. After reaching the bay, everyone got into their ship according to their ticket price - you could choose everything from a model of Titanic to a lifeboat. The same tourist-edition 'Vietnamese' cuisine was served everywhere, and you could enjoy karaoke all night long. The most popular caved resembles Disneyland - it is brightened by pink, purple and blue lights. Small boat-shops laden with Pringles and wine weave among bigger ships trying to sell things. In every ship you can find a 'pearl grandma' trying to sell plastic jewelry. Unfortunately, I wasn't even able to notice how stunning the bay was. If you think about visiting Ha Long Bay, I would highly recommend taking a kayak, though you might be overrun by some tanker ship.

After the touristic trauma I've decided to spend some time in the mountains in the village, where you can't even get yogurt. It's the perfect choice, but be patient in waiting for the next post;)

















Magia pogranicza / Magic of borderlands


Link 18.02.2011 :: 12:21 Komentuj (3)
Nie ważne w jakim zakątku świata, pogranicza zawsze mają w sobie coś magicznego. Szczególnie, gdy są stosunkowo biedne i zapomniane (patrz np. region nadbużański w Polsce). I jak na razie górzyste pogranicze wietnamsko-chiński jest moim ulubionym regionem w kraju motorów i kultu Ho Chi Min.

Pociąg z Hanoi kończy trasę w miejscowości Lao Cai, skąd większość osób udaje się do Sapy (najwyżej położona miejscowość wypoczynkowa w Wietnamie mająca początki w czasach kolonialnych). Ja w związku z moją z moją post- Ha Long traumą postanowiłam udać się na wschód, do Bac Ha.

Bac Ha jest pełna turystów tylko w niedzielę, kiedy ma miejsce największy bazar w regionie (można kupić osła, lokalne stroje, biżuterię, alkohol sprzedawany w kanistrach, warzywa, kalosze i naturalne lekarstwa od lokalnego szamana). A w tygodniu nie dzieje się tu nic i ludzie z grupy etnicznej Hmong (którzy przez Francuzów byli nazywani Montagnards – górale, a w przewodnikach określa się ich jako ludzi-kwiaty) mogą pić kawę, handlować, pracować w polu a wszystko w rytmie rosnącego ryżu…

Nareszcie Wietnam pokazał mi swoją ludzką twarz – trafiłam do hotelu, który okazał się rodzinnym biznesem. Płaciłam 25% ceny za apartament iście dla nowożeńców (5$), rano jeden z synów przynosił mi herbatę a wieczorem jadłam kolację ze wszystkimi pracownikami (nie wnikam co to było:). I gdy prawie popłakałam się w sklepie że umrę przez 4 dni bez jogurtu (nie wiem do tej pory jak przeżyłam w Laosie) to następnego dnia sklepikarz zostawił mi wiadomość na recepcji, że jogurty już są:)

___________________________________________________________________________________

There is always something magical about borderlands, no matter where they are. Especially when they are comparatively poor and forgotten by the world. So far, the mountainous Vietnamese-Chinese borderland has been my favorite part of this country full of motorbikes and the cult of Ho Chi Minh.

The last station on the train from Hanoi towards the north is Lao Cai. The majority of tourists decide to go to Sapa (the highest-elevated resort with a colonial history). Due to my post-Ha Long Bay trauma, I decided to head east to Bac Ha.

Bac Ha is only full of tourists on Sundays, when the biggest ethnic market in Lao Cai province takes place. There you will find buffaloes, horses, traditional clothes, jewelry, alcohol sold in jerrycans(what's this?), vegetables, gumboots and traditional medicines from local shamans. During the week it's the most peaceful place on earth and the Hmong people (the French colonists of Vietnam gave them the name Montagnards, or "mountain people." The guides call them "flower Hmong.") can enjoy their coffee and trade, and live at the pace that rice grows.

At length, Vietnam has showed me its human face. I stayed in a family-run hotel, where I not only paid 1/4 of the price of the honey-moon apartment ($5), but every morning the son also brought me tea and I spent the evenings eating dinner with all the staff members. I prefer not to be aware of what I ate:) When I almost started to cry in a local shop that I wouldn't survive four days without yogurt (I don't know how I was able to spend a month in Laos...), the very next day the shop owner left me a message at the reception desk, saying that the yogurt was waiting for me :)















Mekong


Link 24.02.2011 :: 15:34 Komentuj (5)
Lekcja geografii, na ścianie wisi mapa świata, koleżanka wylicza największe rzeki świata: Nil, Amazonka, Jangcy i na 8.miejscu Mekong – wskazuje niebieską linię od Tybetu po Wietnam. Pierwsze spotkanie z Mekongiem twarzą w twarz? Jeszcze w październiku, w Huay Xai, gdzie znajduje się przejście graniczne między Tajlandią a Laosem. W przeciwieństwie do Nong Khai (gdzie w styczniu przekroczyłam granicę), nie ma tam żadnego mostu, rzekę pokonać można tylko łodzią i mam wrażenie, że najwięcej przewozi się z Laosu jajek (pełno ich było na przygranicznym bazarze).

W Laosie spłynęłam tzw. „wolną łodzią” (długą i z małym silnikiem, w porównaniu do małych łódek płynących bardzo szybko) z Luang Prabang do Pakbeng – spodziewałam się turystycznej atrakcji, jednak na łodzi było pół na pół turystów i autochtonów (w sumie z 80 osób), z tym że Laotańczycy przewozili ze sobą bagaż nieporównywalnie większy od mojego plecaka – worki z ryżem, motory, zakupy na najbliższy miesiąc – często rzeka to jedyny sposób by dotrzeć do zapomnianych przez świat wiosek. Na dziobie każdego statku znajduje się mały ołtarzyk, na którym przed wyruszeniem w trasę składane są ofiary (kadzidła, kwiaty, jedzenie).

Mekong to nie tylko droga transportu, miejsce zabaw, źródło wody potrzebnej do upraw czy czy zagrożenie, ale wśród wielu ludzi, którzy są animistami i nadal czczą przodków Mekong to potężna siła natury, traktowana jak bóstwo – jak ktoś utonie, wioska składa ofiary na przebłaganie rzeki.

Piszę notkę na lotniku w HCMC, czekając na lot do Jakarty – zostawiam Mekong za sobą. Dotarcie do źródeł tej rzeki dodałam do listy „miejsc, o których śnię” (obok Birmy, Nowej Zelandii, Kamczatki i Nepalu). Ostatnie dni w Wietnamie spędziłam w Delcie Mekongu, przemierzając ją łodzią i na motorze (często musiałam korzystać z lokalnych promów) – cała kraina poprzecinana jest siecią mniejszych i większych rzek i kanałów, tak że podróżowanie łodzią jest najwygodniejsze. I na wodzie nie tylko buduje się domy, ale również organizuje bazary – rano kupcy przypływają łodziami załadowanymi towarem, a potencjalni klienci na swoich łodziach poruszają się od jednego stoiska do drugiego, próbując stargować jak najlepszą cenę. Oczywiście w Azji Południowo-Wschodniej żaden bazar nie może mieć miejsca bez działu żywieniowego, dlatego też bez problemu możesz dostać kawę (tak, jestem uzależniona, w Polsce w ogóle kawy nie piłam, a tu czasami aż 3 dziennie – jest niesamowita – mocna, słodka, z dodatkiem skondensowanego mleka i pokruszonego lodu), pho (zupę z kluskami), bagietkę z pasztetem czy cha gio (spring rolls). Delta Mekongu to również miejsce, gdzie Wietnam wygląda idyllicznie jak z pocztówek sprzed wojny wietnamskiej – wszędzie pola ryżowe w idealnie zielonym kolorze, wszyscy noszą non la (trójkątne kapelusz), kobiety ubrane są w tradycyjne białe ao dai (tunika rozcięta po bokach i spodnie), ulubionym środkiem transportu nadal są rowery, w wolnych chwilach wszyscy robią kwiaty, świerszcze i inne cuda z liści kokosa wodnego, stragany uginają się pod ciężarem tropikalnych owoców, a uśmiechnięte dzieci jedzą kokosowe cukierki.

________________________________________________________________________________

It's a flash-back from geography lesson - a map of the world hanging on the wall, a friend is listing the biggest rivers: Nile, Amazon, Yangtze, and Mekong - the 8th - is a blue line from Tibet to Vietnam. My first in-person experience with the Mekong? In October, in Xuay Xai, where there is a border crossing between Thailand and Laos. Unlike in Nong Khai (where I crossed the border at the beginning of January) there is only one possible way to get to the other river bank - by boat. I got the impression that the goods smuggled most of all are eggs - there were plenty of them in the border market.

I took a slow boat (a long, wooden boat with a small engine) from Luang Prabang to Pakbeng in Laos. I was expecting a very touristy place but I was pleasantly surprised - there were about half farangs and half locals (around 80 people altogether). However, Lao people carry baggage much bigger than my backpack - sacks of rice, motorbikes, all their shopping for the next month - and sometimes the river is the only way to get to a village. There is a little altar on the bow of each boat where offerings are given before every voyage, so you feel pretty safe.

The Mekong is not only a transport route, it is also a playground for children, a necessary source of water for the crops, and a home of deities as well. Lots of people are animists. They worship their ancestors and the river is the symbol of nature's power. If somebody drowns, they will make a sacrifice to propitiate the Mekong.

I'm writing this post at HCMC airport, waiting for my flight to Jakarta. I'm leaving the Mekong behind. I've added the river's source to the list of places I'm dreaming about (next to Burma, New Zealand, Kamchatka and Nepal). I spent my last days in Vietnam in the Mekong Delta, traveling both by boat and motorbike. The whole land is criss-crossed by countless rivers and canals, and without a doubt the boat is the most convenient means of transportation. You can not only find houses constructed on the water, but floating markets as well. Every morning, merchants come to a specific point on the river to sell their merchandise from boats and the consumers paddle from stall to stall in their own boats.Of course there is no market without food in Southeast Asia, so you can easily get coffee, pho (noodle soup) or a baguette with pate. The coffee here is amazing and I'm addicted! I never drank it in Poland, but in Vietnam sometimes I had 3 cups of the strong, sweet coffee with condensed milk and ice. The Mekong Delta looks like postcards from the time before the Vietnam war. The rice paddies are perfectly green, everyone wears the non (conical hat) and women wear traditional white ao dai (a tight-fitting silk tunic worn with silk pants). Bikes are still the most popular means of transportation. In their free time, people make roses, crickets and other shapes from the leaves of water coconut trees, and smiling children eat candies made from every kind of tropical fruit you can imagine.








Ile razy dziennie można powiedzieć „nie”…/How many times per day you can say „no”…


Link 27.02.2011 :: 16:43 Komentuj (0)
...czyli dlaczego podróżowanie po Wietnamie jest proste i trudne zarazem?

Pewnego dnia w Hanoi policzyłam, ile razy powiedziałam „nie”… 72!!! Po 20 pierwszych przestaję się uśmiechać, po 20 kolejnych staję się niegrzeczna i mówię „nie” bez dodania „dziękuję”. Mogłabym przeprowadzać treningi asertywności „Jak odmawiać kierowcom motorów, sprzedawcom wachlarzy, kobietom z ananasami czy pracownikom spa wszelkiego rodzaju”.

Podróżowanie po Wietnamie może być bajecznie proste, myślę że nawet przewodnik jest zbędny. Z lotniska taksówkarz zabiera Cię na objazd po hotelach, w hotelu atakuje Cię agent turystyczny, proponując wycieczki od jednodniowych po miesięczne, w przy-restauracyjnej knajpie menu przetłumaczone jest na angielski. Można również wynająć samochód z kierowcą i kierowca zajmie się wszystkim, poczynając od miejsc gdzie warto zrobić pamiątkowe zdjęcia kończąc na odpowiadaniu na wszystkie pytania dotyczące wietnamskiej duszy i piciu piwa wieczorem (na Twój koszt). I nie martw się, nie musisz znać adresu agencji turystycznej – w większych miastach jest ich więcej niż banków, aptek i szkół razem wziętych.

Można spróbować podróżować po Wietnamie również inaczej – lokalnymi autobusami ( o ile wydostaniesz się z miasta na dworzec autobusowy położony 3 wioski dalej), pociągami (gdzie o 4 w nocy obudzi Cię współpasażer, który właśnie postanowił zapalić oczywiście przy wszystkich oknach zamkniętych), jeść w lokalnych miejscach (ale przez półgodziny musisz krzyczeć by złożyć zamówienie – inni są po prostu głośniejsi) i próbować na motorze dotrzeć tam, gdzie niekoniecznie będziesz poruszał się w tempie chińskiej wycieczki przed Tobą (ale dostaniesz kask a’la łupinka orzecha, chroniący tylko czubek głowy i nic więcej).

Mój romans z Wietnamem nie należał do łatwych – może miałam za mało czasu (23 dni)? Wbrew pozorom to olbrzymi kraj. Na pewno przeżyła szok po Laosie, gdzie ludzie są cisi, dzieci ciągle się śmieją i nikt nie patrzy na obcokrajowca jakby miał koszulkę z napisem „w portfelu mam mnóstwo $”. Wietnam też taki potrafi być, ale tylko tam gdzie dociera mniej turystów niż 10 dziennie, czyli w małej ilości miejsc, niestety…

Po raz pierwszy w czasie podróży rozpłakałam się z bezsilności. W La Cai jakiś facet wskazał mi drogę do lokalnego autobusu, później wsiadł za mną i zażądał, żebym zapłaciła mu 30$ za bilet (choć nie był kontrolerem, a cena biletu wynosiła 3$). Po chwili było już 3 kolesi próbujących wyrzucić mój plecak i krzyczących tak, jakby ktoś ich obdzierał ze skóry, a świadkami sceny był autobus pełen ludzi z kontrolerką i kierowcą włącznie. I nikt nic nie powiedział. Stanęło na 10$ i dali mi spokój, ale słyszałam też o podobnych historiach bez happy endu…

O ile nie dodałam Wietnamu do listy miejsc, do których chcę wrócić podróżując z plecakiem, to o dziwo mogłabym zamieszkać w Hanoi bądź w Sajgonie (Ho Chi Minh City). Trudno mi tylko zdecydować, które z nich wolę – trudno znaleźć dwa tak różne od siebie miasta. W obu na pewno bycie pieszym grozi śmiercią, liczba motorów przewyższa liczbę mieszkańców i miło można przemieszczać się z miejsca na miejsce przy pomocy rikszy rowerowej. Żadne z nich nie ma również zapierający dech w piersi zabytków ani miejsc, które raz w życiu należy odwiedzić. W obu na swój sposób czci się Ho Chi Minh’a (mam wrażenie że władza nie miałaby ni przeciwko, gdyby oba miasta nazywały się tak samo na cześć wodza) i upamiętnia się Wojnę Wietnamską (niestety czasami w bardzo propagandowy sposób, jednak Muzeum Pozostałości Wojennych - War Remnants Museum w HCMC było miłym zaskoczeniem). Poza tym Hanoi jest pełne jezior, parków, małych kawiarni, uliczek noszących nazwę od rodzaju kupców, urzędującego na niej (np. Złotniczka, Szewska, Okularowa). Stolica jest mniejsza, spokojniejsza, wietnamsko-chińsko-francuska. Sajgon jest jedyny w swoim rodzaju (nie bez przyczyny mówimy czasami „sajgon” na coś bez ładu i składu), nie raz zgubiłam się w urokliwych uliczkach, gdyby nie mój budżet to całe dnie mogłabym spędzić na masażach różnego rodzaju i złapałam się na myśleniu „jak przejdę 2 km piechotą i zaoszczędzę 1$ to będę mogła sobie kupić krewetki – jeee:)” (tak, Sajgon to prawdziwy raj żywieniowy). Ale oba miasta są tak samo fotogeniczne:

_________________________________________________________________________________

...or why travelling in Vietnam is both easy and challenging.

I counted how many times I said "no" in Hanoi in just one day... 72!!! After twenty I stopped smiling, after forty I became rude and said "no" without adding "thanks." I've organized an "assertiveness" workshop, so I know how to refuse motorbike drivers, vendors, pineapple-ladies and various spa employees.

Traveling in Vietnam can be so easy that I think even a guidebook isn't necessary. A taxi driver picks you up from the airport and shows you accommodation options, a tourist agent finds you in the hotel and suggests tours from one day to one month long, and there is an English menu in the restaurant next to your hotel. You can also hire a driver who will deal with everything, tell you where you should take photos, answer your questions about the Vietnamese soul, and drink beer (if you buy it for him). Don't worry about the travel agency's address - there are more travel agencies around than pharmacies, schools and banks altogether.

You can also try to travel in Vietnam in some totally different ways. You can travel by public bus, if you manage to reach the bus station which is usually far far away from the city center. You can travel by train, but you may be woken up at 4 AM because the man next to you has decided to smoke without opening the window. You can drive a motorbike (you'll be given a nutshell-shaped helmet) to visit places on your own, so you won't have to walk at Chinese-group-pace.

My affair with Vietnam wasn't the easiest one. Maybe I decided to stay for too short a time (23 days)? Appearances can be deceptive - it's a huge country. I was surely shocked after being in Laos, where people are quiet, children smile, and nobody treats foreigners like they're wearing t-shirts that say "I have $$$." Vietnam can also be like that, but only in places where there are fewer than 10 tourists per day, which is unfortunately not very many places.

I cried for the first time during my journey - I felt so powerless. One guy showed me the way to the local bus in La Cai and after that followed me, got on the bus and demanded $30 for the ticket, even though he wasn't the ticket collector. After a while there were 3 guys shouting at me and trying to throw my backpack out of the bus. Of course, everything was being patiently observed by the other passengers, the driver and the ticket collector. Finally I gave them $10 and they let me go, but I also heard about similar stories without a happy ending.

Though I haven't added Vietnam to the list of places I want to revisit with my backpack, I surprisingly feel like I could live in Hanoi or Saigon (Ho Chi Minh City). I have difficulty deciding which of them I like more - it isn't easy to find such unique cities. Both aren't pedestrian-friendly, both probably have more motorbikes than people, and both are nice to travel around by cyclo. You won't find breathtaking or must-see sights in either Hanoi or HCMC. Ho Chi Minh is worshiped in both cities, and I feel like the authorities wouldn't mind if both cities were named after the great chief. Both commemorate the Vietnam War (of the 'American War,' as they call it), with heavy amounts of propaganda. The War Remnants Museum in HCMC is a must-see. Besides these similarities, Hanoi is smaller and more peaceful, with lots of parks, lakes and small cafes. It is generally a mix of Vietnamese, Chinese and French. Saigon in 100% unique. In Polish, we use the word "saigon" to describe something that is totally without order. Only my budget stopped me from spending whole days getting massages, and I caught myself thinking "If I walk these 2 kilometers I will save $1 and be able to buy myself shrimp - yeeeah!" Both cities are also very photogenic:

HANOI:









HCMC:












Foto foto? / Photo photo?


Link 28.02.2011 :: 15:12 Komentuj (8)

Prawie 3 lata temu byłam w Indiach i od tej pory zadaję sobie pytanie: „Dlaczego ludzie sami proszą, żebym zrobiła im zdjęcie”? Rozumiem grupowe zdjęcie z bladą twarzą (może to przynosi szczęście), albo w Gudżaracie, gdzie nikt nie mówi po angielsku, ale w Dżakarcie?! No cóż, nie narzekam – poznajcie moich nowych indonezyjskich przyjaciół:

__________________________________________________________________________________

I was in India almost 3 years ago and since then I’ve kept asking myself : “Why do people sometimes ask me to take photo of them?”. I can understand group photo with paleface (maybe it brings luck), or such behavior in Gujarati, where nobody speaks English, but in Jakarta?! Well, I don’t complain – meet mu new Indonesian friends:










Moje 5 minut na uniwerytecie / My (very short) academic career.


Link 10.03.2011 :: 14:45 Komentuj (2)

„Byłaś do tej pory w Tajlandii, Wietnamie, Laosie i Indonezji, który z systemów prawnych oceniasz za najbardziej efektywny?” – to był właśnie jeden z tych momentów w życiu, kiedy musiałam lać wodę i grać mądrzejszą niż jestem… Hmmm, ale chwila – to nie jest pytanie które można usłyszeć od spotkanego autochtona czy innego podróżnika, ale na uniwersytecie… Tylko że ja do października miałam nie przekroczyć progów żadnej uczelni….

Po Dżakarcie odwiedziłam Bandung. Nie, nie znajdziecie tam żadnego powalającego na kolana zabytku, a oprócz pięknego położenia (góry wszędzie naokoło), pysznego jedzenia i niesamowitego masażu głowy nie ma żadnych innych powodów, by tu przyjechać. Aaa, zapomniałam o najważniejszym powodzie – Leni.

Leni poznałam w Chang Mai na konferencji CLE – w Bandung prowadzi zajęcia z prawa karnego porównawczego i jego członkinią zespołu kliniki prawa. W Indonezji studia magisterskie znaczą dużo, zazwyczaj kończy się edukację na licencjacie, więc moje 4 lata na Uniwerku Warszawskim i plan, by napisać magisterkę naprawdę robią wrażenie. Więc tym oto sposobem stanęłam przed grupą 40 studentów (którzy chyba nie zdawali sobie sprawy, że jestem niewiele starsza od nich i że w pośpiechu cerowałam rano moją jedyną sukienkę z zakrytymi ramionami) na wydziale prawa i dzielnie odpowiadałam na pytania. Początkowo myślałam, że nie będą mieli żadnych, ale moje obawy okazały się bezpodstawne – oprócz nieśmiertelnego „Czy masz męża?” pytali też o przemoc domową, posiadanie broni, przestępczość nieletnich, pornografię (ostatnio w głośnej sprawie w Indonezji małżeństwo zostało skazane za sam fakt filmowania siebie samych in flagranti ) i problemy sądownictwa w Polsce.

Jednak to nie zagadnienia karno porównawcze budziły najwięcej emocji, a wszystkie kwestie luźno związane z prawem rodzinnym. „Czy w Polsce można zawrzeć małżeństwo z kimś innej religii?” (w Indonezji nie można, na dodatek każdy musi mieć jakieś wyznanie, które ujawniane jest w dowodzie osobistym). „Tak? A dlaczego? Co w takim razie z religią dziecka”? I coś co mnie zwaliło z nóg „Czy w Polsce można mieszkać razem przed ślubem?”.

Żałuję że byłam tylko na jednych zajęciach – niesamowite jest to, że rzeczy które dla mnie wydają się czymś całkowicie normalnym dla innych są nie do pojęcia – i vice versa. I to, że każda podróż i konfrontacja z inną kulturą zmusza nas do stawiania sobie pytań o swoje własne „ja”. Poza tym nie powiem, ciekawie świat wygląda z drugiej strony katedry:)

_______________________________________________________________________

'You have been to Thailand, Laos, Vietnam and Indonesia so far. What do you think about their legal systems? Which is the most effective one?' - it was one of the moments in my life when I had to pretend I was more intelligent than I actually am....Hmm, but that wasn't the kind of question you usually get from a local or another traveler, it was the kind you'd get at university, and I wasn't supposed to visit any university until October...

I went to Bandung after Jakarta. You can't find any outstanding monuments there. The only reason to visit that place is its amazing location (the city is surrounded by mountains), yummy food and mind-blowing head massage. But to me the most important one is my friend - Leni.

I met Leni in Chiang Mai during a CLE conference. She teaches comparative criminal law and is a member of the CLE team. A master's degree means a lot in Indonesia, where one usually finishes education with a bachelor's, so my four years at Warsaw University and plans to write a master's thesis look impressive. So, I was invited to take part in one class at a local university where I faced a group of 40 students who probable weren't even aware that I'm only a little bit older than they and that I had mended my only dress that morning to add arm coverings. At first I thought they wouldn't have any questions, but my apprehensions appeared to be unfounded. Of course, every conversation in Indonesia includes the inevitable question "Do you have a husband?" But they also asked about domestic violence, weapon possession, juvenile crimes, pornography (not so long ago there was a case in Indonesia in which two spouses were sentenced to jail after filming themselves in flagranti) and the problems with the judiciary in Poland.

The comparative criminal issues weren't the most emotional - it was the family law. "Can you marry someone who follows a different religion from you?" You can't do this in Indonesia. What's more, everyone is obliged to have a religion, which is recorded on an ID card."Yes? Why? And what is the child's religion in that case?" And there was another question that really surprised me: "Can you live together before marriage?

I regret that I attended only one class - it is incredible how we perceive some issues as normal, but at the same time other people can't even comprehend our views. Every time we travel and confront another culture, it forces us to ask ourselves about who the "I" is. In addition, life looks interesting from lector’s perspective;)





Jezioro Toba - kraina mango i przydrożnych krzyży / Toba Lake – the land of mangos and roadsides crosses


Link 19.03.2011 :: 05:42 Komentuj (0)
Jezioro Toba to największe jezioro w południowo wschodniej Azji i zarazem największe jezioro powstałe w kraterze dawnego wulkanu. Mówi się, że wybuch wulkanu w wyniku którego powstało jezioro był największym w ciągu ostatnich 25 milionów lat. Samosir – wyspa położona na jeziorze – to największa na świecie „wyspa na wyspie” (z dnia na dzień coraz bardziej zakochuję się w Sumatrze).

Moja podstawowa znajomość Bahasa Indonesia (lingu franca prawie 600 języków używanych na prawie 18 000 wyspach wchodzących w skład Indonezji) na nic się zdała – Samosir jest zamieszkana przez ludzi z plemienia Bathak, którzy nie dość że mają własny język, mieszkają w tradycyjnych, wielorodzinnych, bogato zdobionych domach ze spiczastymi dachami, kobiety noszą koce na głowie, to jeszcze w większości są chrześcijanami. Gdyby nie pola ryżowe wkoło czułabym się jak na Podlasiu – co parę metrów można znaleźć przydrożny krzyż, kapliczkę czy grób, a w najmniejszej nawet wiosce centralne miejsce zajmuje kościół (pytanie tylko – katolicki czy protestancki).

W wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności zostałam zaproszona na wesele. Po prostu zatrzymałam się aby zobaczyć co to za dekoracje kwiatowe stoją przy drodze, zostałam zauważona przez młodą parę i nie miałam najmniejszych szans na ucieczkę (choć wcale uciekać nie chciałam;). Zasiadłam wśród weselników na ziemi pod wielkim namiotem, oglądałam tańce w papierowych czapkach a’la czarnoksiężnik, jadłam rękoma ryż i mięso (jedyne danie). Przy okazji znienawidził mnie lokalny fotograf, bo każdy chciał bym mu zrobiła zdjęcie.

„Gdzie znajdę najbliższy targ?” – to było moje pierwsze pytanie po przybyciu na wyspę. „Po co ci targ?”. „Potrzebuję mango, chyba jestem uzależniona”. „Aaa, najbliższy targ jest 5 km stąd, ale zawsze możesz sobie zebrać owoce w sadzie, ile tylko chcesz”.

Okolice jeziora Toba to jedno z tych miejsc na ziemi, gdzie życie płynie wg własnego rytmu – początek dnia wyznaczają rybacy zarzucający sieci, koniec – młodzież wyciągająca gitary i grająca do świtu. Jedyne zagrożenie – grupy lokalnych nastolatków, które są bardzo zdeterminowane w ćwiczeniu angielskiego właśnie z tobą. Czyli oprócz stracenia poczucia czasu nie grozi ci tu nic…

____________________________________________________________________________

Lake Toba is the largest lake in Southeast Asia and the largest volcanic crater lake in the world. It is believed that the eruption that created it was the largest on Earth in the last 25 million years. Samosir, which sits in the middle of the lake, is the largest island within an island. (I love Sumatra more every day).

My basic knowledge of Bahasa Indonesia (lingua franca for the 600 languages on the 18,000 Indonesian islands) was useless. Most of the people who live around Lake Toba are ethnically Batak. They have their own language, they still live in traditional houses with colorful decor and they are mostly Christian. The women wear blankets on their heads. Only the rice fields remind me that I'm not in East Poland - there are roadside crosses, shrines or tombs everywhere. The central point of each village is a church. (The question is - Is it Catholic or Protestant?).

I was really lucky to get invited to a traditional wedding. I just stopped to find out what the flower decorations were for, then I was noticed by the bride and groom. I didn't have any chance to escape (of course, I didn't want to:). I was seated among the guests on the ground under a big tent, watched dances in hats a'la wizard and ate rice and meat (the only dish served) with my hands. The local photographer began to hate me - everyone, as usual, wanted me to take a photo with them.

‘Where is the local market?’ – it was my first question after reaching the island. ‘For what?’ ‘ I need mangoes, I’m probably addicted.’ ‘The market is 5 km away, but you can just pick fruits in the orchard, as much you want’.

Lake Toba is definitely the place where life has its own pace - the beginning of every day is marked by fishermen, the end by teenagers starting to play guitars. The only threat is that big groups of local youngsters may be very determined to practice English with you. So, nothing threatens you except losing control over your time...














Nasi czerwono-włosi kuzyni / Our red-hair cousins.


Link 20.03.2011 :: 16:41 Komentuj (0)
Na co dzień nie mamy kontaktu z Naturą (przez wielkie N). Kwiaty rosną jak je posadzimy, po lesie można łatwo się przechadzać, bo wszędzie są ścieżki, a zwierzęta albo są udomowione, albo zamknięte w zoo w klatkach. Czujemy się władcami świata i nie czujemy respektu przed Naturą (chyba że ta brutalnie o sobie przypomni). Takie podejście nie działa jednak na Sumatrze.

Dżungla z perspektywy wydaje się tylko przerośniętym lasem – nic bardziej mylnego. To żywioł, który żyje własnym rytmem i naprawdę człowiek czuje się gościem, który musi uważać na każdy najmniejszy nawet ruch ręką czy nogą. Nie dość że wszędzie jest wilgotno, ślisko, wszystko się rusza i nie ma ścieżek, to na dodatek nie wiadomo co czai się w koronach drzew. Nawet w południe w niektórych miejscach jest tak ciemno, że przydałaby się latarka. I wszystko wkoło jest ogromne, tylko człowiek malutki.

Widziałam orangutany na wolności – niezapomniane przeżycie. Nie dość, że to małpy człekopodobne, uważane za najbardziej podobne do człowieka, to jeszcze mają strasznie mądre oczy. Wiecie że wyraz Orangutan jest wywodzony od malajskiego Orang Hutan oznaczającego człowiek leśny i żyją one tylko na Sumatrze i Borneo?

„Jeśli spotkamy w dżungli Minę, musimy być ostrożni, może być groźna – zaatakowała do tej pory ok. 70 osób” – te słowa padły z ust naszego przewodnika (lokalnego Casanovy, który wyglądał jakby wybrał się na spacer po parku, a nie po dżungli) na początku naszego trekkingu. Mina to orangutanica, która została jako pierwsza wypuszczona ponownie na wolność w Bukit Lawang, gdzie od 1973 działa centrum, umożliwiające orangutanom powtórną adaptację do życia na wolności . Od tego czasu wypuszczono ponad 200 orangutanów (ostatnie w 2005 r. ), wcześniej złapanych nielegalnie do pracy w cyrku czy jako atrakcje turystyczne.

Turyści w Bukit Lawang są zarazem niezbędni i niebezpieczni. Bilety wstępu do parku narodowego Gunung Leuser umożliwiają kontynuację programu, z drugiej jednak strony orangutany bardzo łatwo mogą zarazić się chorobą od człowieka i w ich przypadku nawet najmniejszy katar może być groźny. Kolejny problem „co wybrać” bez dobrego rozwiązania…

________________________________________________________________________________________

We don't have any contact with Nature in our everyday lives. Flowers only grow where we planted them, we can easily stroll in the forest because we have already made paths, animals are domesticated or locked in cages in a zoo. Man feels like being the ruler of the world and doesn't respect Nature any more (unless it preserves its power in a very brutal way). However, reality doesn't look like that on Sumatera.

The jungle mistakenly seems like a big forest from a distance. In reality, it is its own element, that lives at its own pace. Man really feels like a guest who must be aware of every move he makes. It's very humid everywhere, slippery, everything moves, paths don't exist and you never know what is in the treetops. Even at noon it's so dark in some places that a torch is essential. The surrounding world is huge, and man seems very small.

I saw orangutans in the wild - it was a breathtaking experience. Not only are they the most distantly related to humans of all the great apes, but they also have very clever eyes. Did you know that the word 'orangutan' comes from the Malay words 'orang' (man) and '(h)ytan' (forest), and they are currently found only in rainforests on the islands of Borneo and Sumatera?

'If we meet Mina in the jungle, we have to be careful - she might be dangerous, she's attacked about 70 people so far,' our guide, a local Casanova who seemed to be more prepared for a park stroll than a jungle trek, said at the beginning of our journey. Mina was the first orangutan released into the wild in Bukit Lawang, where a rehabilitation center for orangutans was founded in 1973. 200 orangutans have been released into the wild so far. The last ones were released in 2005. Before that, they were usually kept as cage animals.

Tourists in Bukit Lawang are both essential and dangerous. Entrance fees to Gunung Leuser National Park provide funds for the rehabilitation center, but on the other hand orangutans are extremely susceptible to human diseases. Another dilemma without a good solution...








Indonezja – niełatwo jest mówić o uczuciach / Indonesia – it’s not easy to talk about feelings


Link 28.03.2011 :: 19:29 Komentuj (0)
Macie czasami wrażenie, że jakieś miejsce jest stworzone specjalnie dla Was, ale nie za bardzo racjonalnie umiecie wytłumaczyć dlaczego? Ja tak mam z Indonezją. I nie wiem czemu – ciężko ten kraj uznać za „naj” w jakiejkolwiek kategorii. Są kraje większe, piękniejsze, bardziej wielokulturowe, o ciekawszych tradycjach, z dłuższą historią. Ale żaden jak do tej pory nie przemówił do mnie jak Indonezja (no dobra, trochę oszukuję – Polska i Ukraina to tak samo moje miejsce na ziemi). W myślach już planuję kolejną wyprawę przez całą Indonezję (przez miesiąc udało mi się zobaczyć tylko kawałek Sumatry, Dżakartę i Bandung), od Aceh po Papuę - 5000 km. I pomyśleć, że jeszcze w lutym ten kraj kojarzył mi się tylko z wulkanami, tsunami i terrorystami…

Próbowałam spisać powody, dla których byłam w Indonezji całkowicie szczęśliwa i zachwycona każdą sekundą. Nic mądrego z tego nie wyszło, pewnie wszyscy wielcy podróżnicy i antropologowie przewracają się teraz w grobach, ale trudno, czytacie to na własną odpowiedzialność:

• Indonezja pozostanie dla mnie krajem nowych doświadczeń i to takich, o których nie zapomnę do końca życia. Pierwszy raz w dżungli, pierwsze orangutany na wolności, pierwszy zdobyty wulkan, pierwszy rekin zobaczony w trakcie nurkowania, pierwsze psie mięso na talerzu (o tym bym wolała zapomnieć;).
• Język indonezyjski nie jest językiem tonalnym, juuupi! Nawet nie wyobrażacie sobie, jaki to dramat dla totalnie a-muzykalnej osoby (czyli mnie) podróżować po Tajlandii, Wietnamie i Laosie, gdzie jestem w stanie prawidłowo powiedzieć tylko „dziękuję”…
• W Indonezji nikt nie uważa Polski za kraj afrykański/arktyczny/z księżyca i wszyscy wiedzą, że mamy flagę „same same but different”, Lato wielkim piłkarzem był a Dudek jest bramkarzem Realu Madryt ;) Poza tym spotkałam pierwszych Polaków od momentu wylotu Marty i okazało się, że nie tylko mój polski jest jak z „Pustyni i w puszczy” – Kali mieć krowa:)
• Indonezyjczycy chyba są fanami Rubensa, więc co druga osoba tytułowała mnie per „ cantik”. Tak, możecie się do mnie tak zwracać (bardzo łatwo przyzwyczajam się do tego, co miłe:)
• Każda rozmowa zaczyna się od standardowych pytań „Dokąd idziesz?” (najbezpieczniejsza odpowiedź „jalan jalan” – „tak się włóczę”) i „Czy masz męża?”, ale zaraz potem przeradza się naprawdę w interesującą konwersację.
• Nikt nie patrzy na Ciebie jakbyś miał na sobie koszulkę ze znaczkiem $ i płacisz ceny takie jak autochtoni.
• Na Sumatrze są najlepsze przekąski na świecie (oczywiście kocham te słodkie) – smażony banan (w głębokim oleju oczywiście, pewnie mniej zdrowe niż McDonald), wielkie pyzy ze słodkim ryżem i moje ukochane grube naleśniki z czarnym ryżem i kokosem, mniaaaam. A warzywa podaje się z sosem z orzeszków ziemnych (słynne gado-gado).
• Trzeba uważać na spadające mango z drzewa a sok gruszli (polska nazwa brzmi dramatycznie, po angielsku chodzi o guava) jest łatwiej dostępny niż coca-cola.
• Złapałam się na tym, że nic mnie nie denerwowało, nawet to że w minibusach ilość osób na siedzenie (łącznie z dachem) przekracza granice mojej wyobraźni, a ilość wypalanych papierosów jest większa niż chyba w pozostałej części świata razem wziętej (i oczywiście pojęcie „strefa bez papierosa” tutaj nie istnieje).
• Każdy (prawie każdy) gra tutaj na gitarze!
• Indonezyjczycy kochają jak się im robi zdjęcia.
• Po raz pierwszy w życiu siedziałam w jednym miejscu dłużej niż tydzień i nie zawędrowałam dalej niż 300 m od mojego domku i było mi z tym bardzo dobrze – po prostu Pulau Weh to raj na ziemi, nawet jak pada i po wyjściu z wody dostaje się gęsiej skórki.
• Rozczulające jest, jak każda osoba spotkana w Dżakarcie mimochodem wspomina, że Barack Obama spędził tu 4 lata młodości.
• Indonezja mogłaby być pogrążona w permanentnej wojnie domowej – ludzie są tak od siebie różni, poczynając od języka, religii, zwyczajów. A nie jest… Po prostu Bhinneka Tunggal Ika (jedność w różnorodności) i to nie na papierze, ale w codziennym życiu.
• Ktoś mi powiedział, że Indonezyjczycy nie są bogaci, więc uśmiech to ich sposób na dobroczynność. Myślę, że to hasło warte promowania „uśmiech – najpiękniejszy sposób na dobroczynność!”.

więcej zdjęć

jeszcze więcej zdjęć

_________________________________________________________________________________


Do you sometimes feel that some place was created especially for you, but you cannot reasonably explain why? This happened to me in Indonesia. I don't know why - the country isn't "the best" in any category - there are countries that are bigger, more beautiful, more multicultural, with more interesting traditions and a longer history. However, it was Indonesia that has impressed me the most so far. (Ok, I'm lying a little - Poland and Ukraine are my 'homes' as well as Indonesia). I'm already planning my next trip through the whole of Indonesia. During one month I was only able to visit some parts of Sumatra, Jakarta and Bandung. For the next trip, I want to go from Aceh to Papua - 5000 kilometers in all. Indonesia doesn't just mean volcanoes, tsunamis and terrorists for me anymore, as it did a month ago (shame on me...).

I did my best to prepare a list of reasons why I was totally overjoyed in Indonesia. The list isn't the most serious one and the greatest travelers and anthropologists would probably turn in their graves if they saw it, but it doesn't matter...

• Indonesia will remain in my memory as a country of new, unforgettable experiences. I explored the jungle for the first time, saw my first orangutan in the wild, climbed my first volcano, saw my first shark while diving, and had my first dish made with dog meat. (Actually, I would prefer to forget about the last one...)
• The Indonesian language isn't tonal, juuuupi! You can't even imagine what an ordeal it is for a musically un-gifted person like me to be in Laos, Vietnam or Thailand and only be able to say "thank you" with the proper intonation.
• Nobody in Indonesia thinks Poland is an Africa/Arctic/Lunar country and everyone knows that our flags are "same same but different." They know that Lato used to be a great football player and Dudek is a goalkeeper for Real Madrid. And I met the first Poles since I was in Chiang Mai, and it appeared that my Polish language has gotten less sophisticated.
• Indonesians probably love Rubens and every other person called me "cantik." Yes, you can also call me that:)
• Every conversation starts with standard questions like "Where are you going?" (the most convenient answer is "jalan jalan" - "walking around") and "Do you have a husband?" After that, however, it usually become quite interesting.
• Nobody looks at you as if you have a T-shirt with a $ sign printed on it, and you pay the same prices as the locals.
• The best snacks in the world are on Sumatera, like deep fried bananas (probably more unhealthy than McDonalds), big rolls with sweet rice filling and thick pancakes with black rice and coconut (my favorite). Mniaaam! And vegetables are served with peanut sauce (the famous gado-gado).
• You have to watch out because a mango can fall from a tree onto your head and guava juice is more popular than Coca-Cola.
• I noticed that nothing makes me irritated in Sumatra. I didn't mind the overcrowded minivans or the number of smokers, even though Indonesians probably smoke more cigarettes than the rest of the world put together and there are no "smoke free zones" in the whole country.
• Almost everyone plays guitar!
• Indonesians love when I take photos of them.)
• For the first time in my life I spent more than a week in one place, didn't go further than 300 meters from my bungalow, and was totally happy about it. Pulau Weh is a paradise, and even when it rains the water is still warm.
• It's cute that everyone in Jakarta mentions that Barack Obama spent 4 years of his youth there.
• IWith some many different languages, religions and customs, Indonesia might easily have been the setting for a civil war. However, it never was. Simply Bhinneka Tunggal Ika (unity in diversity).
• Somebody told me "Indonesian have no money, so smile is out charity." I think it's a slogan worth being promoted - "smile - the most beautiful charity".

more photos

and more























KL- jak dla mnie niekwestionowana stolica południowo-wschodniej Azji / KL – the undisputed capital of Southeast Asia


Link 01.04.2011 :: 16:10 Komentuj (0)
Czy wiecie może o jakimś stypendium na studia podyplomowe w Kuala Lumpur? Ja, wielbicielka gór, ciszy i wiosek po prostu zakochałam się w tym mieście. Oczywiście częściowo dzięki temu, że mieszkałam u Asnidy, która nie dość że pracuje na uczelni (a więc znowu moja noga przekroczyła progi uniwersytetu:), to jeszcze zna wszystkie miejsca, w których warto jeść (ale o jedzeniu w Malezji napiszę jeszcze coś więcej). Poza tym, to miasto sprawia wrażenie przemyślanego, zadbanego i stworzonego dla ludzi.

W KL w idealny sposób wyważone są relacje między azjatyckim chaosem i zachodnim ładem. Z jednej strony można wydać fortunę kupując podróbki-prawie-jak-oryginały w chińskiej dzielnicy; pić lassi i zrobić sobie tatuaż henną w hinduskiej części i odwiedzić Masjid Negara - meczet narodowy. Z drugiej człowiekowi dosłownie szczęka opada, gdy staje przed Petronas Tower, metalowo-szklanych najwyższych na świecie bliźniaczych wieżach (452 m.), które robią wrażenie nawet na architektonicznych laikach takich jak ja;)

Wszyscy tu mówią po angielsku, drogi są szerokie (chodniki za to wąskie) wszędzie da się dojechać lokalnym transportem (na dodatek mają przedziały tylko dla kobiet, całe w różowych znakach), mnóstwo zielonych terenów, park ptasi gdzie można poczuć się znowu dzieckiem i karmić papugi i najwyższy na szczycie maszt flagowy na placu Niepodległości ( Merdeka Square). Po raz pierwszy od kiedy zarzuciłam plecak na plecy moja obecność nie wywoływała euforii/zdziwienia/ciekawości wśród autochtonów ( hmmm, muszę się przyznać że to dość dziwne uczucie, czułam się prawie jak niewidzialna). Gdy dodać to tego loty Air Asia, dzięki którym da się dolecieć tanio i prawie wszędzie (teraz nawet łącznie z Europą), powstaje nam miasto idealne.

____________________________________________________________________________

Do you know about any scholarships for post-graduate study in Kuala Lumpur? Even though I'm a lover of mountains, silence and villages, I have fallen totally in love with that city. Part of the reason was that I was hosted by Asnida, who is not only a tutor (which means I visited a university again) but also knows every place you should eat (I promise to write more about food in Malaysia soon.) Besides that, the city seems to be well-planned, well-kept and people-oriented.

In KL, both Asian chaos and western order are perfectly combined. You can spend a fortune on convincingly fake goods in Chinatown, drink lassi or get a henna tattoo in Little India or visit Masjid Negara - the National Mosque. Petronas Towers, the tallest twin towers in the world (452m.) are really jaw-dropping, even for architecture layman like me;)

Everyone speaks English, the roads are wide (but sidewalks narrow), you can go everywhere by public transportation (women can use special female-only carriages with pink signs), there are plenty of green areas, there is a free-flying bird park where you can feel like a child again and feed parrots, and the tallest flag pole in the world at Merdeka (Independence) Square. For the first time since I started traveling, my presence hasn't caused astonishment or curiosity among the locals. To be honest, sometimes I felt like an invisible woman. Another attractive thing si that KL is the hub for Air Asia airlines, so you can go almost everywhere, even to Europe, very cheaply.








Malaka – historia Malezji w kolorze łososiowym/ Malacca – Malaysian history in salmon-pink


Link 05.04.2011 :: 18:23 Komentuj (0)
Malaka to jedno z tych miast, które jest senne i spokojne w ciągu tygodnia (jedno z gatunku „przyjechałam na 2 dni a zostałam tydzień, a po 3 dniach mogłabym zacząć zarabiać jako przewodniczka…”), a w weekend zadeptywane jest przez rzesze turystów, przebywających na nocny market na Joksan Street i zakupy z pobliskiego Singapuru. Pewne rzeczy jednak nigdy się nie zmieniają. Kierowcy najbarwniejszych na świecie rowerowych riksz (przystrojonych przy pomocy sztucznych kwiatów, wiatraczków i lalek Barbie) puszczają Backstreet Boys na Placu Portugalskim (wszystkie budynki wkoło są łososiowe). Ludzie, bez różnicy czy Malaje, Hindusi, Chińczycy stoją w kolejce w porze lunchu po najlepsze w mieście ryżowe kulki z kurczakiem. Codziennie na ulicy można spotkać uśmiechniętego Chińczyka, właściciela największej kolekcji znaczków w Malezji. Charles Cham nadal z sukcesem zwraca uwagę na ważne społecznie kwestie (na czele z ochroną orangutanów) za pomocą sztuki - http://www.absolutearts.com/charlescham/ . W zapomnianych przez świat uliczkach nadal można znaleźć tradycyjne warsztaty kaligrafii czy kowalstwa.

Na podstawie historii Malaki można prześledzić historię Malezji. W dużym skrócie - początkowo mała rybacka wioska pod rządami Sułtanatu Malaki stała się jednym z ważniejszych portów regionu (gdziekolwiek się nie pójdzie, można odczuć swoistą tęsknotę za tym okresem). Na początku XVI wieku region został podbity przez Portugalczyków, a pod koniec XVII wieku ich miejsce zajęli Holendrzy, którzy to w 1824 przekazali ziemię pod kontrolę Brytyjczyków i taki stan rzeczy trwał do 1957, kiedy to Malezja ogłosiła niepodległość. Nic więc dziwnego, że w Malezji czasami czuję się prawie jak w Europie, jedząc brytyjskie scones z widokiem na wieże katolickich kościołów….

_____________________________________________________________________________

Malacca is the perfect example of the city that is sleepy and calm during weekdays ( one of ‘I wanted to spend here 2 days but I stayed for a week and after 3 days I was able to work as a tour-guide), but during weekends is full of tourists coming for the Friday and Saturday Jonker Walk Night Market and people shopping-addicted from nearby Singapore. After all some things never change. The drivers of the most colorful bicycle rickshaws on the Earth (decorated with artificial flowers, little fans and Barbie dolls) play Backstreet Boys on the Portuguese Square (all buildings around are salmon pink). People (Malay, Chinese and Indus) queue up during lunch time for the best Chinese chicken rice balls. You can meet every smiling Chinese man (the owner of the biggest stamp collection in Malaysia) every day in the same spot. Charles Cham is still successful in drawing people attention for crucial issues (like orangutans’ protection) using his art - http://www.absolutearts.com/charlescham/. There are traditional calligraphy or blacksmith workshops in obscure streets.

History of Malacca is perfect depiction of Malaysian one. Without going into details – the small fishing village during Malacca Sultanate became one of the most important port of Southeast Asia (you can feel a longing for that period wherever you go). After Malacca was attacked by the Portuguese in 1511, the invader missionaries strove to implant Catholicism within the state and Malacca’s popularity dwindled as Muslim merchants began to steer clear of the port. Malacca’s reputation increased again in 1641 when it passed into Dutch hands for 150 years and later the British assumed control for a short time, further lending to its hodgepodge of cultural influences. Nothing surprising, that I feel sometimes in Malaysia like in Europe, especially eating British scones looking at towers of catholic churches….










Cameron Highlights –truskawkowa herbata / Cameron Highlights – strawberry tea


Link 09.04.2011 :: 20:16 Komentuj (0)
Reklamy kłamią ( no dobra, nie odkryłam Ameryki)! Liście herbaty nie są zbierane przez uśmiechnięte kobiety w promieniach słońca, ale przez nielegalnych imigrantów z Bangladeszu w strugach deszczu. I nikt nie robi tego ręcznie, tylko przy pomocy wielkich, plastikowych nożyc. I co najgorsze, krzaki herbaty w ogóle nie pachną (czasami sobie myślę, że jestem bardzo naiwna – najgorsze wspomnienie z mojej wyprawy do Izraela to brak osiołka z Jezusem na czele procesji w Niedzielę Palmową ;)

Jednak Cameron Highlights to nie tylko plantacje herbaty (pierwsza została założona w 1929 r.). Obok plantacji truskawek (które nie są słodkie a przy okazji płaci się za nie jak za złoto), farm motyli, miejsc gdzie mieszczuchy mogą zobaczyć jak wygląda ul i kawiarni z prawie-brytyjskimi scones mnóstwo tu jest szlaków przez dżunglę. Oczywiście jak wszędzie ludzie z recepcji hostelu doradzają wzięcie przewodnika, ale jak tylko ma się z kim iść spokojnie można wybrać się samemu (najwyższy szczyt w okolicy ma 2031 m.n.p.m.).

Przypomniałam sobie, jak bardzo uwielbiam podróżować autostopem (nawet jak kierowca ciężarówki mówi mi, że zatrzymał się tylko dlatego że poczuł litość, bo wyglądałam jak zmokła kura). I złamałam swoją odwieczną zasadę „nie wsiadaj, jak nie łapiesz stopa a sam ktoś ci proponuje podwózkę” – najwyraźniej żałośnie musiałam wyglądać chowając się pod drzewem w trakcie ulewy na drodze donikąd. Ale gdy tylko w każdej chwili można napić się ciepłej herbaty (albo milo – lokalne kakao uwielbiane przez wszystkich, które sprawia że znowu czuję się jak mała dziewczynka) żaden deszcz jest niestraszny:)

więcej zdjęć z Malezji

i jeszcze więcej

____________________________________________________________________________________

Commercial lie (ok, it’s nothing new)! Tea leafs aren’t harvested by smiling women in the rays of sun, but by illegal immigrants from Bangladesh in pouring rain. And it’s not manual process - big plastic scissors are used. And what is the worst – tea bushes don’t smell at all (I think sometimes that I’m very naïve – my worst memory from Israel is absence of Jesus riding on a donkey at the head of procession on Palm Sunday).

Cameron Highlights aren’t all about tea plantations (the first one was established in 1929). There are strawberry farms (which aren’t sweet at all and are really pricy), butterflies farms, places where town-dwellers can see what a beehive is, cafes with almost-British scones and lots of jungle treks opportunities. Of course people working in hostels advise having a guide, but if you have a companion you can do it easily on your own (the highest peak is 2031 above sea level).

I reminded myself how much I enjoy hitchhiking (even if a truck driver claims that he stopped just because I looked like a drowned rat). And I didn’t obey my perennial rule ‘don’t get into the car if you aren’t hitchhiking and the driver stopped on his own’ – probably I looked really pathetic trying to hide from rain under the tree on the nowhere-end road. But if I can get hot tee (or milo – Malaysian variation about cocoa that makes me feel like being a child again) I really don’t care about rain;)

more photos from Malaysia

and more














Malezja – tu życie kręci się wokół jedzenia / Malaysia – it’s all about food


Link 16.04.2011 :: 16:42 Komentuj (0)

Scenka nr 1… Spotkałam jeszcze w Indonezji Anglika, który przyjechał prosto z Kuala Lumpur, więc chciałam się od niego dowiedzieć, co warto zobaczyć w Malezji. Jego odpowiedź wcale mi nie pomogła: „Nieważne gdzie pojedziesz, wszędzie jedzenie jest nieziemskie, jedz 5 razy dziennie a zakochasz się w tym kraju”.

Scenka nr 2… Rozmawiałam pewnego dnia z Asnidą (moją super gospodynią z Kuala Lumpur) na temat źródeł konfliktów między 3 głównymi grupami narodowościowymi w Malezji: Malajami, Hindusami i Chińczykami. Jednak nasza konkluzja była bardzo optymistyczna: „Nieważne co jedni mają przeciwko drugim, wszyscy kochają jedzenie”.

Scenka nr 3… Pojechałam ze studentami kliniki prawa Uniwersytetu Malaya na warsztaty do męskiego zakładu poprawczego, jakieś 200 kilometrów od Kuala Lumpur. I uwierzcie mi, nigdy nie spotkałam się z tak częstymi i regularnymi przystankami żywieniowymi:)

A więc jak sami widzicie, w Malezji wszystko kręci się wokół jedzenia (i słusznie;). Oto moja „ lista przebojów kulinarnych”, bez spróbowania których pobyt w Malezji się nie liczy:

• roti canai - coś w stylu a’la naleśnik, tylko trochę grubszy, specjał w Malezji, idealny do curry jeśli ma się dość ryżu
• popiah - świeża, ogromna spring-roll nadziana marchewką, krewetkami, chili, czosnkiem, cukrem palmowym i innymi cudami, w zależności od humoru sprzedawcy
• cendol – pokruszony lód z galaretką, syropem i mleczkiem kokosowym (najprawdopodobniej najkaloryczniejszy deser na świecie)
• nasi lemak – danie narodowe I dziedzictwo Malezji, ryż gotowany na parze z mleczkiem kokosowym z różnymi dodatkami
• laksa – lokalna zupa z kluskami, można rozróżnić dwa główne typy curry laksa (moja ulubiona to nyonya laksa z Malaki, je się ją I płacze w tym samym czasie;) i asam laks. Curry laksa to zupa na bazie curry kokosowego, a asam laksa to kwaśna zupa z ryby.
• nonya tarty ananasowe – najlepsze prosto z pieca
• ryżowe kulki z kurczakiem – gotowany kurczak I kulki ryżowe (ryż wcześniej gotowany jest w rosole z kurczaka) – bardzo proste i pyszne
• satay celup – surowe bądź na wpół gotowane owoce morza, mięso i warzywa na wykałaczkach gotuje się we wspólnym garnku i je zanurzając w różnego rodzaju sosach
• teh tarik – czarna herbata ze skondensowanym mlekiem, mieszankę przelewa się z jednego naczynia do drugiego z dużej wysokości I bardzo szybko, parę razy
• kurczak tandoori – marynowany w jogurcie i pikantnych ziołach, pieczony w tradycyjnym glinianym piecu tandoor i podawany z jogurtem I przyprawami, prawie tak pyszny jak w Indiach

_______________________________________________________________________

The sketch #1… I met Englishman in Indonesia. He’s just arrived from Kuala Lumpur, so I wanted to learn what interesting places are in Malaysia. His answer didn’t help me at all: ‘It really doesn’t matter where you go, the food is amazing everywhere, just eat 5 times a day and you will for sure fall in love with Malaysia’.

The sketch # 2… Once I talked with Asnida (my super host in Kuala Lumpur) about sources of conflicts among 3 main Malaysia national group: Malays, Hindus and Chinese. Our conclusion was very optimistic: ‘It doesn’t matter why one group doesn’t like the other, they all love eating’.

The sketch # 3… I went with legal clinic students from University Malaya for workshops for Male juvenile detention center, about 200 km from Kuala Lumpur. And believe me, I’ve never had so regular and often food stops:)

So, as you can notice, Malaysia is all about food (good for them:). I’ve chosen my ’top 10’ dishes. Stay in Malaysia doesn’t count without trying them:

• roti canai – a type of flatbread specific for Malaysia, perfect as addition for curries if you are bored with rice
• popiah – a fresh uber-spring roll stuffed with carrots, prawns, chili, garlic, palm sugar and more (depends on a vendor’s mood)
• cendol – a shaved ice monstrosity with jellies, syrup and coconut milk (probably the most caloric dessert ever)
• nasi lemak - a national dish and a national heritage of Malaysia, rice steamed with coconut milk with different additions
• laksa – local noodle soup, there are two basic types of laksa: curry laksa (my favorite one is nyonya laksa from Malaca, you’re eating and crying in the same time:) and asam laksa. Curry laksa is a coconut curry soup with noodles, while asam laksa is a sour fish soup with noodles
• nonya pineapple tarts – the best freshly from the oven
• chicken rice ball – boiled chicken with rice ball (but rice is boiled in the chicken stock) – very simple but delicious
• satay celup - an assortment of raw and semi-cooked seafood, meat (including raw meat) and vegetables on skewers are dunked into a boiling pot of water and eaten with sauces
• teh tarik – black tea with condense milk – the mixture is poured back and forth repeatedly between two vessels from a height
• tandoori chicken - marinated in curd and seasoned with tandoori masala, traditionally cooked at high temperatures in a tandoor (clay oven), served with herbs and curd, almost as perfect as in India








Sonkrang – nie masz szans by być suchy! / Sonkrang – there’s no way to stay dry!


Link 26.04.2011 :: 20:26 Komentuj (1)
Wielkanoc za nami – ręka do góry kto był mokry (podkreślam, mokry, a nie pokropiony) w Lany Poniedziałek? Uuu, nie za dużo rąk w górze… Pamiętam, jak kiedyś pojechałam na Ukrainę w czasie prawosławnej Wielkanocy i o mało co się padłam na zawał, gdy we Lwowie, niespodziewając się niczego i czekając grzecznie na zielone światło, zostałam oblana wiadrem z ciężarówki. Tak, my Polacy jesteśmy chyba z cukru…

Tajowie też mają swojego trzydniowego Śmingusa-Dyngusa – w ten sposób świętują tradycyjny Nowy Rok zwany Sonkrangiem (oczywiście data zależy od kalendarza księżycowego, w tym roku święto wypadło w dniach 13-15 kwietnia). Tylko tutaj nikt się nie pieści – jak woda to wiadrami (najlepiej prosto z miejskiej fosy w Chiang Mai albo z kostkami lodu dla ochłody) lub ze szlaucha. Pistolety na wodę można dostać w każdym kształcie i kolorze, niektóre nawet z dołączonymi zbiornikami na wodę noszonymi a’la plecak. Gdyby w Chiang Mai kradli, to ten czas byłby rajem dla kieszonkowców – wszyscy wszystko wartościowe noszą w foliowych zawieszkach na szyi. To też cudna okazja to zwołania ekipy na pick-up, włączenia 100% azjatyckiej muzyki, zabrania odpowiedniego zapasu wody i jeżdżenia samochodem-imprezą po mieście. A za oblanie farang’a (obcokrajowca) zapewnie dostaje się bonusowych 10 punktów.

Ale Sonkrang to nie tylko zabawa, to przede wszystkim pożegnanie tego co stare i otwarcie się na nowe, wszystko w buddyjskim duchu. Ludzie tłumnie odwiedzają świątynie i oddają cześć Buddzie poprzez polewanie posążków wodą z khamin sampoi (roślina uważana w regionie za świętą). Tej samej wody używa się do rytuału zwanego „rod nam dam hua rite” – młodzi polewają ręce starszym okazując szacunek i przepraszając za miniony rok, a starsi w zamian błogosławią młodym na nadchodzący czas. Tajowie przynoszą również dary dla mnichów i uwalniają sprzedawane na ulicach ptaki, węże i żółwie – wszystko to ma im zapewnić dobrą karmę.

Postaram się wybrać znowu na Sonkrang pewnego dnia – strefa sacrum miesza się z profanum, nie ma równych i równiejszych i wszyscy na 3 dni zaczynają żyć w rytmie strumieni wody i muzyki na ulicach - a wszystko to oczywiście z tajskim uśmiechem na twarzy.

więcej zdjęć z mojego drugiego krótkiego pobytu w Tajlandii

i więcej

_________________________________________________________________________

In Slavic countries Easter Monday is called Dyngus Day or Wet Monday. In Poland, Ukraine, Hungary, Slovakia and Czech Republic, early in the morning boys traditionally awaken girls by pouring a bucket of water on their head. Nowadays, it's quite common for girls to attack boys just as fiercely. But for my generation the water-pouring is probably just symbolic of a new beginning. Of course, the whole tradition is rooted in paganism. Once I was in Ukraine during Orthodox Easter, which is two weeks after the Catholic holiday. I remember how surprised I was when a bucket of water was poured on my head while I was walking down the street.

The Thais also have their own Dyngus Day, called Sonkrang, which lasts for a full three days. It is the traditional New Year, but it is based on the lunar calendar so the date changes every year. This year is was from the 13th to the 15th of April. Here nobody treats anyone with kid gloves - the best water comes from the muddy moat or is chilled with ice. You can buy water guns in every color, size and shape. In some places it is a paradise for pickpockets, but not in Chiang Mai. There, everyone can safely keep their valuables hanging from their necks in plastic sachets. It's also the perfect opportunity to take a pick-up, gather friends and a giant tub of water, turn up the speakers and travel in your party-car around the city. They probably get extra points for pouring water on farang (foreigners).

However, Sonkrang isn't just about fun, it's also about saying goodbye to the old year and welcoming the new one, including some Buddhist rituals. People visit temples and bathe Buddha images with water mixed with khamin sampoi (an herb believed to be sacred) to show their respect. The same kind of water is used for the ritual called "rod nam dam hua" - the youngsters pour water in the elder's cupped hands as an apology for any offence. The recipients then give their blessing for the coming New Year. Thai people also present food, new robes and other offerings to the monks. Vendors sell captive birds, turtles and snakes for people to release, in the traditional belief that this brings merit.

I'll do my best to come back to Thailand for at least one more Sonkrang. During this special time the sacred is mixed with the profane, everyone is equal and for three days life is marked only by pouring water and dancing to music in the streets - of course accompanied by Thai smiles.


more photos from Thailand

and more



















Wioski, które zmieniają adres / Villages that change address


Link 26.04.2011 :: 20:53 Komentuj (0)
Do tej pory wiedziałam o istnieniu wiosek bez nazw, za małych by ktoś ważny się potrudził by nadać im nazwę, zapomnianych przez świat i żyjących trochę własnym życiem. A w Kambodży odkryłam wioski, które zmieniają miejsce, w zależności od ilości wody w rzece. Wioski pływające, gdzie wszystko – szkoła, świątynia, sklep i każdy dom unosi się na wodzi i trochę niezależnie od nikogo zmienia adres. Wioski, w których listonosz dzielnie wiosłuje, by dostarczyć listy a dzieci podwożone są do szkół łódkami, a jedyny sposób by się do nich dostać to przeładowana łódź, gdzie najmilej siedzi się na dachu.

____________________________________________________________________________________

Up until now I've seen many villages without names, too small to be known by someone important, forgotten by the world, living at their own pace. In Cambodia I even discovered villages that change place, depending on the amount of water in the river. Everything in these floating villages - the school, temple, shops and houses - float on water and change address frequently. In these villages, the postman has to paddle and the children are given a lift to school on a boat. The most enjoyable way to reach these villages is sitting on the roof of an overloaded boat.















Pocztówka urodzinowa / Birthday postcard


Link 01.05.2011 :: 18:12 Komentuj (0)

Najgorsze załamanie nerwowe w życiu przeszłam w dniu 15 urodzin… Mój cykl rozumowania był bardzo prosty: „15 lat to połowa 30-stki, 30-stka to ostatni dzwonek na dzieci a dzieci to koniec wolności” (sama teraz się dziwię, jakimi głupotami się przejmowałam;).

Parę dni temu miałam urodziny, bez tortu i prezentów, ale za to z kolacją na plaży z moją ukochaną siostrą (która podróżujemy ze mną przez Kambodżę) i niesamowitymi ludźmi na całym świecie, którzy o mnie pamiętali. Powinnam napisać jakieś ckliwe podsumowanie swoich dotychczasowych sukcesów i porażek, ale jak dobrze wiecie zawsze więcej uwagi i czasu poświęcałam przyszłości ( szczególnie marzeniom z gatunku nierealne, np. roczna włóczęga z plecakiem;) niż przeszłości. A na dodatek w Azji z dnia na dzień staję się coraz bardziej „tu i teraz” – co było co było, co będzie to będzie, najważniejsze że mam wpływ na to, co dzieje się w danej sekundzie i to jaka ona jest zależy tylko ode mnie.

Podróżowanie to najlepszy „czasowstrzymywacz”. Świat pędzi do przodu, a człowiek w podróży sam decyduje o swoim rytmie i tempie. Jest panem czasu i jak chce, może go zatrzymać, może nawet spróbować stawić czoła upływającym minutom i dzięki temu się nie starzeć (pominę takie wspomagacze jak uśmiech, sen, zdrowe jedzenie i brak makijażu:). Ja, jeśli chodzi o wiek, czuję się dokładnie tak samo jak 7 miesięcy temu stojąc na Okęciu. Nie czuję się starsza, doroślejsza czy bardziej pomarszczona. Nie znaczy to że się nie zmieniam – zmieniam się, bo mam czas aby się zmieniać i tymi zmianami kierować, a nie dlatego że czas mnie zmienia. A więc udaje mi się nie starzeć!

Czy mogę mieć urodzinowe życzenie? Chciałabym, aby każdy z nas umiał podróżować, nawet nie opuszczając przez całe życie swojego rodzinnego miasteczka… Podróżować w znaczeniu zachwycać się światem i spotykać ludzi obok. Ja mam nadzieję podróżować do ostatniego tchnienia…

Poniżej, specjalnie dla Was dwa zdjęcia – jedno zrobione jakieś 10 dni przed moimi urodzinami, drugie zaraz po. Widzicie jakieś zmiany? Ja nie;)

_____________________________________________________________________________________

I had the worst nervous breakdown ever on the day of my 15th birthday. I thought: “Being 15 years old is a half way for turning 30, 30 years means last call for children and children = the end of my personal freedom” (yes, nowadays I’m really surprised how silly I was…).

I had my birthday few days ago, birthday without gifts and cake, but with dinner eaten on the beach with my sister (who has joined me for my Cambodian part of journey) and amazing people all over the World who remembered about me. I should write some moving words to summarize my successes and defeats, but as you know I’ve never spent too much time thinking about past (far more about future, especially dreaming about some unrealistic things as one year long journey with my backpack:). And in Asia I’m getting more and more “here and now oriented” every day – it doesn’t matter what was or will be, I can decide what is happening right now and it’s only up to me.

Travelling is the best “stop time machine” I know. The whole World speeds, and travelling you can decide about your pace and rhythm on your own. You are the master of your own time, you can even try to confront passing time and not get older any more (not mentioning assists like smiles, sleep, healthy food and no make-up:). I perceive myself exactly the same way I did 7 month ago on the Warsaw airport. I didn’t get older, more mature or more wrinkled. But it doesn’t mean I didn’t change – I did, but just because I had time to change and to control my development, not because time changed me. So, I’m not getting older!

Can I have one birthday wish? I wish that everyone would be able to travel, even without leaving her or his hometown. Travelling = being amazed by the World and meeting people around. I hope I’ll travel forever…

Especially for you 2 photos – the 1st taken around 10 days before my birthday, the 2nd – just after. Are you able to notice any change? I’m not;)



Angkor W(h)at?


Link 01.05.2011 :: 20:06 Komentuj (0)
czyli świątynie w cenie 1 $*...

Nie wiedziałam, że tyle rzeczy na świecie może kosztować jednego dolara… Przejażdżka tuk-tukiem, butelka wody, komplet 20 bransoletek z muliny czy 10 pocztówek wyglądających jak drukowane na domowej drukarce… To też chyba cena szczęścia, zmiany życia na lepsze czy cudu – każde dziecko czy ofiara miny lądowej w Siam Reap prosi o jednego dolara.

Siam Reap to trochę taka zachodnia enklawa w Kambodży. Rocznie to miasto odwiedza 2 miliony turystów (przy 128 tysiącach mieszkańców). A raczej nie odwiedza, tylko śpi i je, a zwiedza okoliczny Ankor Wat. Turyści wpadają zazwyczaj na 3 dni, aby później uciec z powrotem do bezpiecznej i sterylnie czystej (jak na azjatyckie warunki) Tajlandii. Jedzą w lokalnych knajpach z angielskim menu, wyjmują dolary w lokalnych bankomatach a wieczorami chodzą na bazary, by stargować najlepszą cenę za posążek Buddy. Chodzą po ruinach w przykusych spodenkach (bo gorąco), pomimo tego że Angkor to nadal miejsce święte dla buddystów. I dla ich dobra władze miasta zakazały wypożyczania motorów (sic!!!).

Angkor Wat to największa świątynia w Angkor – pozostałościach miasta, które uznawane jest za największe miasto na świecie sprzed rewolucji przemysłowej (jego potęga przypadła na okres od IX do XIII w. i zamieszkiwane było przez ponad milion osób). A teraz o potędze Khmerów świadczą tylko ruiny świątyń, porozrzucane na terenie 400 km2. Świątynie przytłaczające swoim ogromem (jak Angkor Wat z 3 wieżami) i ledwo widoczne pomiędzy drzewami. Te zadeptywane przez turystów i te, którymi prawie nikt się nie interesuje. Położone na wzgórzach, wyspach, w dżungli. Wszystkie bogato zdobione, przepełnione asparami – tańczącymi topless nimfami uosabiającymi kobiece piękno i nagami – wielogłowymi wężami – strażnikami. Kamienne twarze, posągi buddy, drzewa rozsadzające świątynie…

Zakochałam się w świątyni Banteay Srey, położonej 37 km od głównego kompleku. Dzięki temu można tam trochę pobyć samemu (polecam zaraz po wschodzie słońca, świątynia jest czerwona i w porannych promieniach prezentuje się jak z bajki). Szkoda tylko że pan policjant jest bardzo chętny by wpuszczać do środka świątyni, która jest w renowacji (oczywiście za dolara…).

Angkor Wat warto odwiedzić, bez dwóch zdań. Ale przede wszystkim warto pojechać do Kambodży, przejechać się motorem po wioskach, pograć z dziećmi na plaży, spróbować soku z trzciny cukrowej, przeżyć slalom autobusem pomiędzy dziurami na autostradzie i zostawić Lonely Planet w domu (w tym kraju jak w żadnym innym). Bo Siam Reap to nie Kambodża…

*Prawie wszystko w Siam Reap kosztuje 1$, oprócz biletu wstępu do kompleksu świątynnego – ta cena jest bardzo zachodnia…

__________________________________________________________________________________

or a tempe that costs 1$*...

I haven’t known that so many thinks cost 1$... A tuk-tuk ride, bottle of water, 20 bracelets made from colorful strings or 10 postcards looking like printed on home printer. It seems that 1$ is also the price of happiness, life change or miracle – every single kid of land mine casualty beg for 1$.

Siam Reap is a Western enclave in Cambodia. It’s visited by 2 million tourists every year (and it has just 128 000 inhabitants). Ups, shouldn’t have written “visited”, they just come to eat and sleep here, but actually they visit nearby Angkor Wat. Tourists usually come just for 3 days, and after that return to safe and sterile (for Asian standards) Thailand. They eat in local restaurants with English menu, use local ATM to get dollars and spend evening on markets, barging for the best price for a Buddha statue. They walk around ruins in skimpy shorts (it so hot), even if it still holly place for Buddhists. And the authorities have banned motorbike rental (for the sake of foreigners).

Angkor Wat is the biggest temple in Angkor – the remains of the city, which flourished from approximately the 9th to 13th centuries and was inhabited by more than million people (that makes Angkor the biggest city ever before industrial revolution). Nowadays, the only vestiges of Khmer power are ruins of temples, spread over surface of 400 km2. Temples so big, that overwhelming, like Angkor Wat with its 3 towers and so small, that is very difficult to notice them among trees. Temples trampled by tourists and the ones, that nobody cares about. Located on the hills, islands, in the jungle. All of them are richly decorated and full of Asparas (celestial nymphs, always bare-breasted and usually dancing, representing an ideal of female beauty)and Nagas (many-headed mythical serpent). Stone faces, Buddha statues, trees destroying temples…

I fall in love with Banteay Srey, the red colored temple located 37 km north of Angkor Wat red colored temple. Not so many tourists come here and it’s possible to enjoy the quite. But it’s a pity, that the policeman is really eager to let you go inside the temple, that is under renovation (of course for 1$).

There is no doubt that Angkor Wat is a must-see place. But the most important is to go to Cambodia – ride a motorbike through villages, play with children on the beach, drink some sugar cane juice, survive bus ride among road holes on the highway and leave Lonely Planet home (here it’s even more important than in other countries). Because Siam Reap is not Cambodia…


*almost everything in Siam Reap cost 1$, except passes – their price is very western…



















Milesz poleca!


Link 06.05.2011 :: 20:17 Komentuj (0)
W ramach kontaktu z językiem polskim i szukania inspiracji w wolnych chwilach czytuję PERON4 . Z chęcią dodałabym ich banner z boku strony, ale to przerasta moje zdolności informatyczne;( A tak na serio - fascynujący portal podróżniczy, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. A czasami znajdziecie tam też mnie:) Miłej lektury, polecam!

N.

Opuszczone miasto, którego dni są policzone / Abandoned city, which days are counted


Link 07.05.2011 :: 17:25 Komentuj (0)

Nie uwierzycie, ale znalazłam drogę w Kambodży z poboczem i bez dziur wielkości nogi słonia, po prostu cud infrastruktury. Na dodatek droga jest położona w górach. I jak łatwo się domyślić, nie została zbudowana przez Kambodżański rząd (ciężko jest cokolwiek zrobić w kraju, który jest 154 pozycji na liście 178 krajów poczynając od najmniej skorumpowanego - Corruption Perceptions Index – badanie przeprowadzone przez Amnesty International), ale przez prywatnego amerykańskiego inwestora. Tego samego, który wyburzył już opuszczoną pocztę i zamierza zbudować 5-gwizadkowy hotel i 1000 domów dla bogatych khmerskich emerytów. Plan 15-letni – po tym czasie mają zacząć spływać dolary…

Na górze Bokor, na którą wiedzie owa droga, ciągle królują kolonialne duchy, przemykając w długich sukniach po opuszczonym kasynie(pomiędzy salą balową a tarasem na 4 piętrze) i pokornie klękając w kościele na wzgórzu, który już od dawna nie ma okien. Pytanie tylko, jak długo pozostaną one w spokoju – inwestor co chwilę zmienia plany co do przyszłości starych budynków…

Górski resort Bokor został wybudowany przez Francuzów na początku lat 20. XX w. i opuszczony dwukrotnie… Po raz pierwszy przez Francuzów pod koniec lat 40. w wyniku walk pomiędzy Wietnamczykami, Khmerami i Francuzami. Gdy sytuacja się ustabilizowała, zamożni mieszkańcy przede wszystkim stolicy korzystali z resortu do 1975 r., gdy miejsce zostało zajęte przez reżim Czerwonych Khmerów i wykorzystywane jako baza operacyjna. Wietnamczycy, którzy oswobodzili (a następnie oczywiście okupowali) Kambodżę w 1979 r. jako ostatni zajmowali górę – od tego czasu miejsce zostało zapomniane. Przez lata resort był świadkiem zarówno luksusu i wojny, był miejscem kultu i walk. Dziś pozostały już tylko ruiny budynków na terenie parku narodowego, szkielety dawnych konstrukcji z dziurami po pociskach i z graffiti na ścianach.

Droga aż się prosi, żeby przebyć ją na motorze. Jednak zapobiegawczy inwestor postawił na wjeździe budkę ze strażnikiem i pozwala wjechać tylko zorganizowanym wycieczkom, ściśniętym jak sardynki na pace. Kolejny przykład na to, jak wielką siłę w Kambodży ma 1$...

_____________________________________________________________________

You won’t believe me, but I’ve found the road in Cambodia with roadside and without holes in the elephant’s leg size, simply infrastructural miracle. Additionally, the road is located in mountains. And you can guess easily, that it wasn’t constructed by Cambodian government (it’s really difficult to do anything in the country, that is on the 154th position among 178 countries on Corruption Perceptions Index ranking list according to Amnesty International), but by private American investor. The same one, that has already ruined the abandoned post office and plans to built 5-star hotel and 1000 houses for old, rich Khmers pensioners. 15-years-long plan – after that dollars should start to stream down…

The Bokor Mountain (where the road is built) is still inhabited but ghosts from colonial past. They wander in long dresses around abandoned casino (between the ball room and the terrace on the 4th floor) and knee down humility in the church, that lost glasses years ago… The question is “How long will they be allowed to wander in peace?”. The investor has already changed plans about old building several times…

The Bokor Hill Station was a colonial retreat, built by the French in the early 1920s and abandoned twice. The French abandoned it in the late 1940s, when fighting between the Vietnamese, French, and Khmer Issaraks forced evacuation. Affluent Khmers then used the Hill Station until the early 1970s, when it was converted into a base of operations for the Khmer Rouge. Eventually, the Vietnamese claimed the mountain and ruins when they liberated and then occupied Cambodia in the late 70s–they were its last occupants. In its history, the hill station has seen luxury and war and has been a place of sanctuary and battle. Today it stands in ruins, within the Bokor National Park, a mere skeleton of its former self, with bullet holes and graffiti on its walls.

The road seems to be perfect for the motorbike ride. But the preventive investor put the booth with the guard on the beginning and allowed entrance just for organized group, that are squeezed on the pick-up track. The next example how powerful $ is in Cambodia…