Sonkrang – nie masz szans by być suchy! / Sonkrang – there’s no way to stay dry!


Link 26.04.2011 :: 20:26 Komentuj (1)
Wielkanoc za nami – ręka do góry kto był mokry (podkreślam, mokry, a nie pokropiony) w Lany Poniedziałek? Uuu, nie za dużo rąk w górze… Pamiętam, jak kiedyś pojechałam na Ukrainę w czasie prawosławnej Wielkanocy i o mało co się padłam na zawał, gdy we Lwowie, niespodziewając się niczego i czekając grzecznie na zielone światło, zostałam oblana wiadrem z ciężarówki. Tak, my Polacy jesteśmy chyba z cukru…

Tajowie też mają swojego trzydniowego Śmingusa-Dyngusa – w ten sposób świętują tradycyjny Nowy Rok zwany Sonkrangiem (oczywiście data zależy od kalendarza księżycowego, w tym roku święto wypadło w dniach 13-15 kwietnia). Tylko tutaj nikt się nie pieści – jak woda to wiadrami (najlepiej prosto z miejskiej fosy w Chiang Mai albo z kostkami lodu dla ochłody) lub ze szlaucha. Pistolety na wodę można dostać w każdym kształcie i kolorze, niektóre nawet z dołączonymi zbiornikami na wodę noszonymi a’la plecak. Gdyby w Chiang Mai kradli, to ten czas byłby rajem dla kieszonkowców – wszyscy wszystko wartościowe noszą w foliowych zawieszkach na szyi. To też cudna okazja to zwołania ekipy na pick-up, włączenia 100% azjatyckiej muzyki, zabrania odpowiedniego zapasu wody i jeżdżenia samochodem-imprezą po mieście. A za oblanie farang’a (obcokrajowca) zapewnie dostaje się bonusowych 10 punktów.

Ale Sonkrang to nie tylko zabawa, to przede wszystkim pożegnanie tego co stare i otwarcie się na nowe, wszystko w buddyjskim duchu. Ludzie tłumnie odwiedzają świątynie i oddają cześć Buddzie poprzez polewanie posążków wodą z khamin sampoi (roślina uważana w regionie za świętą). Tej samej wody używa się do rytuału zwanego „rod nam dam hua rite” – młodzi polewają ręce starszym okazując szacunek i przepraszając za miniony rok, a starsi w zamian błogosławią młodym na nadchodzący czas. Tajowie przynoszą również dary dla mnichów i uwalniają sprzedawane na ulicach ptaki, węże i żółwie – wszystko to ma im zapewnić dobrą karmę.

Postaram się wybrać znowu na Sonkrang pewnego dnia – strefa sacrum miesza się z profanum, nie ma równych i równiejszych i wszyscy na 3 dni zaczynają żyć w rytmie strumieni wody i muzyki na ulicach - a wszystko to oczywiście z tajskim uśmiechem na twarzy.

więcej zdjęć z mojego drugiego krótkiego pobytu w Tajlandii

i więcej

_________________________________________________________________________

In Slavic countries Easter Monday is called Dyngus Day or Wet Monday. In Poland, Ukraine, Hungary, Slovakia and Czech Republic, early in the morning boys traditionally awaken girls by pouring a bucket of water on their head. Nowadays, it's quite common for girls to attack boys just as fiercely. But for my generation the water-pouring is probably just symbolic of a new beginning. Of course, the whole tradition is rooted in paganism. Once I was in Ukraine during Orthodox Easter, which is two weeks after the Catholic holiday. I remember how surprised I was when a bucket of water was poured on my head while I was walking down the street.

The Thais also have their own Dyngus Day, called Sonkrang, which lasts for a full three days. It is the traditional New Year, but it is based on the lunar calendar so the date changes every year. This year is was from the 13th to the 15th of April. Here nobody treats anyone with kid gloves - the best water comes from the muddy moat or is chilled with ice. You can buy water guns in every color, size and shape. In some places it is a paradise for pickpockets, but not in Chiang Mai. There, everyone can safely keep their valuables hanging from their necks in plastic sachets. It's also the perfect opportunity to take a pick-up, gather friends and a giant tub of water, turn up the speakers and travel in your party-car around the city. They probably get extra points for pouring water on farang (foreigners).

However, Sonkrang isn't just about fun, it's also about saying goodbye to the old year and welcoming the new one, including some Buddhist rituals. People visit temples and bathe Buddha images with water mixed with khamin sampoi (an herb believed to be sacred) to show their respect. The same kind of water is used for the ritual called "rod nam dam hua" - the youngsters pour water in the elder's cupped hands as an apology for any offence. The recipients then give their blessing for the coming New Year. Thai people also present food, new robes and other offerings to the monks. Vendors sell captive birds, turtles and snakes for people to release, in the traditional belief that this brings merit.

I'll do my best to come back to Thailand for at least one more Sonkrang. During this special time the sacred is mixed with the profane, everyone is equal and for three days life is marked only by pouring water and dancing to music in the streets - of course accompanied by Thai smiles.


more photos from Thailand

and more



















Jedzenie wkładam w kieszenie - odcinek 4: Food Corner / Food crawling - episode 4: Food Corner


Link 25.12.2010 :: 18:00 Komentuj (0)
Food Corner (Wat Pan On)

Ok, polecimy Wam jedno miejsce gdzie nie można dostać rachunków – Wat Pan On – zazwyczaj normalna świątynia, która w niedzielną noc zamienia się w kłębowisko straganów żywieniowych. Chyba mnisi przeprowadzają casting na wystawców, bo wszystko jest obłędnie dobre – naleśniki z owocami morza, krewetki w tempurze, kręcone ziemniaczki i oczywiście wszystkie specjały kuchni azjatyckiej jakie tylko sobie możecie wymarzyć. Co ciekawe, to chyba jedyne miejsce w Chiang Mai które stara się być ekologiczne i gdzie segreguje się śmieci.

_________________________________________________________________________

Ok, we’ll recommend you one place where you can’t get bills – Wat Pan On – usually just the normal temple, that turns into food corner on Sunday evenings. I think monks organize casting to select the best food vendors, everything is exquisite – pancakes with seafood, shrimps in tempura, twisted potatoes and every kind of Asian food you can imagine. What’s interesting, it’s probably the only eco-friendly place where rubbish are segregated.




Fair traidowa kawa ma twarz Akha Ama (matki Akha) / Fair Traid coffee has a face of Ahka Ama (Akha mother).


Link 21.12.2010 :: 17:01 Komentuj (0)

tekst:Natalia


Wiesz ile musi minąć czasu od zakwitnięcia krzaku kawy do filiżanki cudownej i aromatycznej latte? 14 miesięcy! 7 miesięcy zajmuje kwiatom przeistoczenie się w owoce kawy (w środku owocu czerwonej lub żółtej znajdziesz dwa ziarnka kawy, które nie są czarne, ale beżowe i otoczone słodką powłoką). Następnie owoce zbiera się ręcznie (tylko te soczyście kolorowe), maszyna wyłuskuje ziarna, które się płucze przez dwie doby, przez kolejne 48 godzin ziarna są suszone na słońcu, a na końcu przez kolejne 7 miesięcy przechowuje się w suchym miejscu. I dopiero takie ziarna są gotowe do prażenia. Tego wszystkiego i wielu innych rzeczy o zrównoważonym rozwoju i organicznym rolnictwie dowiedziałyśmy się przez weekend spędzony na wysokości 1500 m.n.p.m. w jednej z wiosek plemienia Akha – Maejantai.

Jednym z najważniejszych powodów, dla których podróżuję, to ludzie, których nigdy nie spotkałabym biegając między pracą a uczelnią. Ludzie inspirujący i w pewien sposób łamiący wszystkie konwenanse. Lee jest niewątpliwie jednym z nich. Pochodzi z Maejantai i jest najstarszy z 4 rodzeństwa. Skończył przyklasztorną szkołę (pomimo tego że nie jest buddystą). Wtedy właśnie, aby nauczyć się angielskiego, zagadywał turystów w popularnych watach w Chiang Mai, aby tylko z nimi porozmawiać. Jako pierwszy ze swojej wioski ukończył uniwersytet, dostał pracę w międzynarodowym NGO i… po 3 latach ją rzucił. Postanowił, że chce zrobić coś dla swojej społeczności. A że kocha kawę, właśnie tym postanowił się zająć. W ramach projektu „Akha Ama” (który powstał 8 miesięcy temu) zdołał przekonać 1/3 rodzin w wiosce, by przestawiły się na organiczne rolnictwo (rezygnacja z używania chemikaliów - następuje to stopniowo) i aby zaczęli podchodzić oni do rolnictwa w sposób zintegrowany (teraz pomiędzy krzakami kawy rosną brzoskwinie, orzeszki i papaje). Zaczął też skupować od rolników kawę po sprawiedliwej cenie (a raczej obiecywać, że za nią zapłaci, jak sprzeda ją kawiarniom w Chiang Mai i sieciom supermarketów – oczywiście słowa dotrzymuje) i założył małą kawiarenkę, gdzie kawa parzona jest z sercem.

W 8 miesięcy Lee udało się zrobić bardzo dużo – zmienił podejście niektórych mieszkańców swojej wioski. Jednak aby zrealizować jego marzenia potrzeba jeszcze sporo wysiłku i czasu – chce, aby w projekt zaangażowane były wszystkie rodziny z Maejantai. Chciałby również móc utworzyć fundusz, z które mógłby częściowo płacić rolnikom za kawę w formie zaliczek. Marzy również o eksportowaniu kawy na rynki, gdzie organiczna żywność jest bardziej popularna (np. UE and USA), ale aby to zacząć robić musi uzyskać certyfikat „fair traid”, a wbrew pozorom aplikacja sporo kosztuje…

Północna Tajlandia nie jest ojczyzną Akha, wielu z nich nie ma tajskiego obywatelstwa, część nie zna nawet języka tajskiego. W latach 40 XX wieku zostali oni zmuszeni przez sytuację polityczną do opuszczenia południa Chin i obecnie można ich znaleźć w całym regionie tzw. Złotego Trójkąta (Birma, Laos, Tajlandia) – rejonie znanego do niedawna z upraw opium. Na początku lat 90. rodzina królewska zapoczątkowała projekt, którego celem było wprowadzenie nowych roślin na miejsce opium, które też byłyby dochodowe dla rolników – tym oto sposobem zaczęli oni uprawiać kawę i herbatę.

Dopiero tutaj zobaczyłam, co to tak naprawdę sprawiedliwy handel. I jak daleka droga przed nami wszystkimi, żebyśmy mogli bez cienia wątpliwości używać przymiotnika „sprawiedliwy”. Lee skupuje ziarna kawy gotowe do prażenia po 85 bathów za kilogram (najlepsza cena w Tajlandii) – jednak nadal tyle samo kosztuje mała kawa w lokalnym Starbucs’ie…

Ludzie z plemienia Akha są uśmiechnięci, a wydawać by się mogło, że nie mają powodu. Do wioski jedzie się godzinę samochodem terenowym po takiej drodze, że czasami nie nazwałabym tego nawet bieszczadzkim szlakiem. Mieszkają w drewnianych chatach na palach, wiatr gwiżdże między deskami, a jedyne źródła energii to mała elektrownia wodna i kolektory słoneczne. Wieczorami spotykaliśmy mężczyzn wracających z polowania z ponad 2-metrowymi strzelbami (technologia sprzed 200 lat). Pomimo tego nie brakowało nam koców, pysznego jedzenia, bawiących się dzieci wkoło, a wszyscy w wiosce w niesamowity sposób szanują przyrodę i przodków (plemię Akha wyznaje wierzenia animistyczne, dlatego wioska otoczona jest ze wszystkich stron drewnianymi bramami z magicznymi symbolami, które mają uniemożliwić złym duchom przedostanie się do osady). Miałyśmy szczęście – trafiłyśmy na nowy rok. Rankiem zabito bawoła wodnego, aby każda z 32 rodzin dostała trochę mięsa z okazji święta. A na odjezdne dostaliśmy od Akha Ama (czyli mamy Lee – to ona była „modelką” przy tworzeniu logo) ciastka z lepkiego ryżu zawinięte w liście bananowca. Jestem pewna, że gdyby nawet za kawę zaczęto płacić tyle, ile tak naprawdę ludzie wkładają w jej uprawę pracy, to ich gościnność i otwartość na innych nie ulegną zmianie.

Akha Ama Coffee
Telefon: +6686 915 8600
Web: www.akhaama.com

________________________________________________________________________________

text:Natalia

Do you know how much time it takes from blossoming of the coffee bush to the cup of outstanding and aromatic latte? 14 months! Flowers need 7 months to transform into cherries (you can find two coffee beans inside a yellow or red cherry). Cherries are harvested by hand, the beans are shelled on the same day and then mucilage is removed by soaking the beans in water for 48 hours. After that beans are dried in the sun for the next two days and stored in a dry place for 7 months. And only then are the beans ready to be roasted. We discovered all this (and other interesting issues about sustainable developing and organic agriculture) during the weekend spent in hill tribe Akha village – Maejantai (1500 m below sea level).

People that I never would be able to meet running between my university and job, are one of the most important reason why I travel. Inspiring and transcending social strata. Lee is for sure one of them. He was born Maejantai and is the oldest among 4 siblings. He went to a temple school (even though he is not Buddhist) and during that time he spent hours at one of the Buddhist temples frequently visited by foreign tourists, starting conversations with them just to improve his English skills. He was the first one in his village who finished college, was employed in an international NGO and… after 3 years he quit. Lee decided that he wanted to do something to improve the situation of his local community. He loves coffee, that’s why he decided to set up “Akha Ama” project in March 2010. After 8 months he has succeeded in convincing 1/3 of the village families to adopt both organic farming techniques (replacing chemical fertilizers) and integrated farming (now you can find papaya and peach trees among coffee bushes). He started buying some of the coffee at a fair price (to be strict, he started to promise that he would pay for coffee if he succeed in selling coffee beans to Chiang Mai cafes and supermarkets – so far he is keeping his promise) and also opened a small coffee corner, where coffee is brewed with passion.

Lee was able to do a lot during the last 8 months – he changed attitudes of some people from his village. However, still lot of time and effort is needed to make his dreams come true. He wants to get all the people from Maejantai involved in the project. He is eager to pay farmers for coffee beans in advance (partially), but he needs to have some savings (in form of a fund) to do it. Lee is looking to export his coffee to places like the EU and USA, but selling coffee in foreign markets as certified organic and free-trade requires a lot of time and money.

North Thailand isn’t the homeland of the Akha hill tribe. Lots of Akha people don’t have Thai citizenship or even can’t speak Thai. They were forced to leave south China by the political situation in the 1940s. Nowadays they can be found in Burma, Laos and Thailand (collectively known as the Golden Triangle)- the region famous for its past opium plantations. In the 1990s, the Thai royal family began projects to replace the production of opium in the region with other crops – that’s why Akha people started to cultivate tea and coffee.

Maejantai was the first placed I really realized what fair trade is all about. And how long a road is still ahead beforewe could without shame use the word “fair”. Lee buys coffee beans ready to be roasted for 85 bhat per kilo (the best price in Thailand) – but still it is the value of a small cup of coffee in the local Starbucks.

Akha people keep smiling, even if it may appear that they don’t have any reason to be happy. It takes an hour long pick-up truck ride to get to the village (the road sometimes doesn’t resemble a road). They live in wooden huts on poles, the only electricity sources are solar panels and the hydroelectric power station. In the evenings we met men coming back from hunting with 2 meter long guns (technology from 200 years ago). Nevertheless, we didn’t lack blankets, delicious food, children playing around and every person in the village respected nature and ancestors in a way I’m not able to fully understand (Akha people are animists, the whole village is surrounded by wooden, simple gates that protect the settlement from bad spirits). We were very lucky – during our stay in Maejantai they celebrated New Year. In the morning the water buffalo was killed and the meat was shared among 32 families. And when we were leaving, Akha Ama (Lee’s mother – she was the model for the project logo) gave us traditional cakes made from sticky rice. I’m sure, that even if they were paid for their coffee comparable to the effort they put into planting and harvesting, their hospitality and open hearts wouldn’t change.

Akha Ama Coffee
Phone: +6686 915 8600
Web: www.akhaama.com
















Jedzenie wkładam w kieszenie - odcinek 3: PunPun / Food crawling - episode 3: PunPun


Link 18.12.2010 :: 18:00 Komentuj (0)
Text: Natalia

Pun Pun
Mój świat zawalił się, gdy pewnego dnia przyszłam do Pun Puna (http://www.punpunthailand.org/) i usłyszałam, że nie ma dla mnie stolika. Jak na knajpę schowaną za świątynią (naszym Wat Suan Dok) w nieturystycznej dzielnicy to dosyć nietypowe. Ale nic dziwnego – pyszne wegetariańskie jedzenie na które czeka się wieki, stoliki pod drzewem bodhi (pod takim samym Budda doznał oświecenia) i sok z marchewki jak mojej mamy są niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Niestety, nie mogę wziąć udziału w ich szkole gotowania (kurs trwa 3 dni), ale jako stała klientka zamierzam przed wyjazdem poprosić o książkę kucharską z autografami:)

My world’s collapsed when it’s occurred that once in Pun Pun (http://www.punpunthailand.org/) there hasn’t been any free table for us! It the restaurant hidden behind the temple (our Wat Suan Dok) in tourists free area, so that situation was really unique. But it’s not surprising – delicious veggie food, tables under Boddhi (the sacred tree under which the Buddha found enlightenment) and carrot juice (similar to my Mummy’s) are inimitable and one in a million. Unfortunately, I’m not able to attend its cooking course (it lasts 3 days), but I’d ask about Pun Pun’s cooking book (hopefully as a loyal client I’ll be given one :)





Tajlandia pachnąca limonką kaffir / Thailand smells like kaffir lime


Link 13.12.2010 :: 04:11 Komentuj (1)

pisze:Natalia


„W Tajlandii wszystko kręci się wokół jedzenia. Tajowie jedząc śniadanie planują co zjedzą na lunch, podczas lunchu już myślą o kolacji. Jedzą wszędzie – w teatrach, szpitalach, centrach handlowych”. Te słowa znalazłam ostatnio w jednym z menu i są bardzo, bardzo prawdziwe. Co gorsza, stajemy się z dnia na dzień bardziej tajskie i same zaczynamy funkcjonować według tego schematu, nic więc dziwnego że na naszym blogu wątek żywieniowy przewija się stosunkowo często… Poza tym jedna moja znajoma ostatnio stwierdziła: „To, co będę jadła na następny posiłek, to jedyne moje zmartwienie w Tajlandii”.

Udało mi się zrobić kolejną z listy rzeczy, które zawsze odkładałam na później – poszłam na kurs gotowania. Nie żebym startowała w konkursie „żona doskonała”, po prostu miałam problem z nazywaniem tajskich smaków i rzeczy na bazarach, poza tym już planuję kolacje w Książenicach dla moich przyjaciół po powrocie i zamierzam ich ugościć w iście tajskim stylu – pad thai, curry, ciastka rybne oraz połączenie kurczaka z orzechami nerkowca i pomidorów z ananasem a na deser ryż z mango. Chyba muszę przed wyjazdem wysłać do Polski wielką paczkę żywieniową, nie wiem czy można u nas znaleźć groszek bakłażanowy czy galangal (prawie imbir, ale prawie robi wielką różnicę) . A na pewno zamierzam wysłać trochę nasion ziół i wypróbować polską glebę po powrocie (hmmm, właśnie zaczęłam się zastanawiać czy takie przesyłki są legalne:)

Po dwóch miesiącach tutaj, milionie spożytych kalorii (gdyby nie siłka to już na pewno z Martą musiałybyśmy wymieniać całą naszą garderobę…), paru samodzielnie ugotowanych daniach (pod okiem naszej gosposi bądź mojej współlokatorki, ja za to nauczyłam je robić ciasto marchewkowe i placki z jabłkami) i wielu wyprawach na bazary różnego rodzaju wydaje mi się, że odkryłam tajniki kuchni tajskiej. Dokładniej mówiąc – 3 rzeczy, które sprawiają że tajska kuchnia jest niezwykła i wszystko zawsze jest udane:)

1. Nie ma czegoś takiego jak uniwersalna przyprawa do wszystkiego – zapomnijcie o soli czy co gorsza o jarzynce. Chcesz dodać bazylii? Ok, pytanie jakiej – świętą, słodką, królewską czy cytrynową ? Papryczki chilli różnią się smakiem i ostrością, a cukier biały to nie to samo co cukier trzcinowy czy palmowy. Nie bój się mieszać smaków – ja już nie wyobrażam sobie pad thai (takie trochę spaghetti:) bez dodania zarówno cukru jak i chilli.

2. Dobre, bo proste – przygotowanie najbardziej skomplikowanego dania zajmuje może … 15 minut. I zazwyczaj wszystko robi się na jednej patelni, bez zawijania, paru etapów gotowania, czekania. A wszystko wygląda bardzo efektownie dzięki kolorom i sposobowi podania, ot cały sekret.

3. Lepiej smakuje to, czym się dzielisz – własny talerz i osobne danie dla każdego przy stole to typowo zachodni wynalazek – tutaj każdy ma swój mały talerz, własną porcję ryżu i miseczkę na zupę, a dania zamawia się wspólnie. Dzięki temu możesz zarówno mieć rybę, mięso, warzywa, kiełki, coś z jajkiem i oczywiście owoce morza i nadal ruszać się po posiłku:)

p.s. zjadłam pierwszego robaka w życiu i … był smaczny:) Drugi gatunek który spróbowałam zaraz po pierwszym był jeszcze lepszy!

_______________________________________________________________________________

writes:Natalia

“Food is the most important thing in Thailand – Thai people think about lunch during breakfast and plan their dinner during lunch. They eat everywhere – in theatres, hospitals, malls.” – I found that statement in a menu one day and it’s very, very true. And each day we become more and more Thai and we start to act according to that schema, nothing surprising that food issues become very popular topic on our blog… In addition, one of my friend has said: “What should I eat for lunch? This is one thing that I must think about every day... tough”.

I’ve succeed in doing next thing from my private “to do list” – I’ve participate in the cooking course. Of course I don’t want to take part in “perfect wife to be” competition, simply I had problems with naming Thai tastes and vegetables I can buy on any market. What’s more, I’m already planning the dinner for my friends after my coming back and I want to prepare real Thai-style food – pad thai, curry, fish cookies, chicken mixed with cashew nuts and pineapple mixed with tomatoes and of course for dessert sticky rice with mango . I should send back a big parcel full of food, I have no idea if I can get eggplant bean or galangal in Poland. And for sure I’ll send some herbs seeds and I’ll try to cultivate them in Polish climate (hmmm, I’ve just started to wonder, if such parcel is legal:).

After two months in Chiang Mai, millions of calories (thanks God we exercise at the gym, in other case for sure we have already had to change our whole wardrobe), few dishes made on my own (I have been supervised by our housekeeper or my roommate, I’ve repaid them with teaching how to make polish “placki” with apples and carrot cake) and lots of market visits I’m pretty sure that I’ve learnt the lingo of Thai cuisine. To be more specific – 3 things that make Thai dishes remarkable and always perfect;)

1. “All-purpose condiment” doesn’t exist! Do you want to add basil? Ok, the question is what kind of basil you need – royal, holly, lemon or sweet? Chilies vary with taste and hotness, and white sugar isn’t the same as brown sugar or palm sugar. Don’t be scary of taste mixing – I can’t imagine myself pad thai ( let’s call it Thai spaghetti :) without both sugar and chili!

2. The easier the better! Preparing of the most complicated dish lasts about… 15 minutes. One frying pan, without steps, waiting etc. And everything looks very attractive because of colors and the way of serving – quite easy:)

3. Never eat alone! Your own plate and separate dish for everyone is a Western invention. In Thailand everyone has own small plate, rice and ball for soup and all dishes are shared. I like that idea – you can eat seafood, fish, meat, something with egg during the same meal and still be able to move:)

p.s. I’ve eaten first worm in my life and it was… quite tasty:) The second species was even more delicious!





Jedzenie wkładam w kieszenie - odcinek 2: iBerry / Food crawling - episode 2: iBerry


Link 10.12.2010 :: 18:00 Komentuj (0)
Kiedy nigdzie nas nie ma to wiadomo gdzie jesteśmy. Niesamowity sernik z orzechami macadamia, bardzo przyzwoita kawa i niestety mnóstwo innych strasznie kalorycznych rzeczy, którymi iBerry wodzi nas na pokuszenie i którymi leczymy kryzysy. Trudno je znaleźć, bo jest głęboko schowane w ogrodzie przy jednym z soi'ow Nimmanhaemin Road, jak większość bardzo elo miejsc dla bananowej tajskiej młodzieży. Właściciel, znany komik Udom Note (który swój kapitał medialny zbudował na wielkim nosie, serio)* zadbał o stosowny wystrój, wiec iBerry wygląda jak połączenie choinki, burdelu, Love Parade i przedszkola. Lampy na drzewach, ogromna figura żółtego psa z ludzka (prawdopodobnie Udoma) twarzą i trochę mniejszy, ogrodowy gipsowy przewodniczący Mao. Na samym środku lokalu - pralka, oprócz tego żyrandole z plastikowych przezroczystych kubków, różowy tron i klamki w kształcie pistoletów na wodę. Plus bardzo dobra muzyka. Mam pewne opory przed ujawnieniem adresu, bo niedługo może się okazać, że nie możemy znaleźć stolika, ale niech tam:

iBerry Garden
Nimmanhemin Soi 17,
tel. 053-895-181
Otwarte codziennie 10:30-22:00

* Tak, umarłabym gdybym tego nie powiedziała: poznaliśmy się w iBerry i jesteśmy na 'ty' :-)

____________________________________________________________________________________
If we are not around, it's pretty clear where are we. An awesome macadamia cheesecake, decent coffee and unfortunately plenty of other terribly caloric things, which iBerry leads us into temptation and which we are healing our crisis'. It's difficult to find, because its hidden in a garden on one of Nimmanhaemin Road sois, as many fancy places for posh tai youth. The owner, a stand-up comedian Udom Note* (who has built his media fund on his big nose - i'm serious)* took care about a proper decor, so iBerry looks like a combination of christmas tree, brothel, Love Parade and nursery school. Lamps on trees, huge figure of yellow human-face (probably Udom's face) dog and smaller, gypseous gartenzwerg depicting Chairman Mao. In the middle of a shop there is a washing machine, and chandelliers made of colorful transparents mugs are hanging from the celiling. There is a pink throne and doorhandles shaped like waterguns. Plus very good music. I'm not very eager to release the address, because soon it may turn out that there is no table for us left... okay, here you go:

iBerry Garden
Nimmanhemin Soi 17,
tel. 053-895-181
open daily 10:30-22:00

*Oh, I'd die if i didn't write it: we met in iBerry and we call eachother by name :-)








Król Phrabat Somdej Phra Paramindra Maha Bhumibol Adulyadej Mahitaladhibet Ramadhibodi Chakrinarubodindara Sayamindaradhiraj Boromanatbophit* kupił


Link 05.12.2010 :: 04:30 Komentuj (1)
... królowej Sikrit korale koloru koralowego.

Pisze: Marta

Poszłyśmy z Mileszem na pocztę. Bardzo znudzona pani z okienka wydała nam znaczki i wróciła do rozwiązywania sudoku.
- Z czym masz? - spytał Milesz, kiedy kończyłam doklejać drugi znaczek. W dziewięciu na dziesięć przypadków znaczki są tu z królem, więc odpowiedź nie była specjalnie zaskakująca.
- To może nie liż tak bardzo... - siostrzana troska Milesza była jak najbardziej na miejscu, bo kiedy przybiłam na kopercie stempel AIR MAIL, pani z okienka zmroziła mnie wzrokiem. Jasne. Podstemplowałam króla. Na szczęście nie liczy się to raczej jako lèse majesté, i dobrze, bo za lèse majesté można tu zarobić 15 lat więzienia.

Król jest wszędzie.
Na billboardach przy większych skrzyżowaniach, zachęcając motocyklistów do noszenia kasku.
Na medalikach noszonych przez poddanych.
Na kalendarzach we wszystkich domach, zakładach fryzjerskich, biednych restauracyjkach, szwalniach, pralniach, przechowalniach.
Na naszej siłowni - portret króla na łonie natury. Na koszarach kawalerii - banner, a na bannerze król na koniu.
W kinie, kiedy przed każdą projekcją pokazuje się pięciominutowy film o tym jaka nasza tajska monarchia jest wspaniała. (Widzowie chłoną tę wspaniałość stojąc na baczność jak do hymnu)

Bo kiedy rządy powstają i upadają, na ulicach demonstrują Czerwone Koszule, Żółte Koszule i cała gama kolorystyczna pomniejszych partii, premier Thaksin raz rządzi a innym razem jest ścigany za terroryzm, Bhumibol Adulyadej trwa, od 64 lat, niewzruszony jak góra Inanthon, ogarniający swoją ojcowską troską wszystkich poddanych - od gór Tannen Taunggyi po plaże Phuket. I właśnie dlatego w dzień urodzin króla, 5 grudnia, Tajowie obchodzą Dzień Ojca: wręczają ojcom i dziadkom kwiaty paciorecznika i noszą się na żółto - w kolorze monarchii.

* "Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona"

___________________________________________________________________________________________

Writes: Marta
Milesz and I went to the post office. A very bored lady handed us over stamps and got back to her sudoku.
'What do you have?' Milesz asked, when I had finished sticking the second stamp. In 9 per 10 cases, you'd find king's portrait on the stamps here, so the answer wasn't very surprising.
'I wouldn't lick it that much then.' - Milesz's sisterly concern was fully justifiable, when I stamped my letter with 'AIR MAIL', the post lady stopped me cold with her gaze. Right. I stamped the king. Luckily it doesn't count as a lèse majesté, because for a lèse majesté, you can earn 15 years in a jail.

The King is everywhere.
On billboards at the major intersections, encouraging motorcyclists to wear helmets.
On medallions, worn by people.
On callendars hanging in every restaurant, hairdresser's, grocery, supermarket, pharmacy and school
In our gym - poster of the king enjoying nature. On cavalry's barracks - banner with king's equestrian portrait.
In a cinema, when before every movie there are 5 minutes for a short film, displaying how great is our Thai monarchy (audience is absorbing this grandiosity standing at attention, as when the national anthem is being played)

When governments are being estabilished and toppled, Red Shirts, Yellow Shirts and the whole colour range of minor political groups is demonstrating on the streets, prime minister Thaksin sometimes is in the saddle and sometimes is being chased as a terrorist while Bhumibol Adulyadey endures. For 64 years, as steady as Mt. Inanthon, His Majesty The King is enfolding with his fatherly concern all the nation - from Tannen Taunggyi mountains to Phuket's beaches. That's why, on his birthday, on 5th December, Thais are celebrating Father's Day - wearing yellow - the colour of the monarchy and presenting canna flowers to fathers and grandfathers.



Duchy są wszędzie / Spirits are everywhere


Link 02.12.2010 :: 17:19 Komentuj (3)

Pisze:Natalia
Musicie wybaczyć mi moje antropologiczne wstawki – gdyby nie prawo to pewnie teraz badałabym postsowieckie wioski na Białorusi. Poza tym moja siostra ostatnio zapytała się, co to za śmieszne małe domki widać czasami na zdjęciach, więc śpieszę z wyjaśnieniem – to po prostu San Phra Phum, czyli domy dla duchów. Tajlandia to bez wątpienia kraj buddyjski, jednak szczególnie na północy nadal żywe są animistyczne wierzenia, np. takie, że każda ziemia zamieszkana jest przez duchy (zdaniem mojego znajomego można nawet nie wierzyć w duchy, ale nie zmienia faktu że trzeba im okazywać cześć). Dlatego też, zanim rozpocznie się jakąkolwiek budowę na nowym terenie, należy postawić dom dla duchów (w formie małej świątyni na podwyższeniu), aby nie były bezdomne. Im większa inwestycja, tym okazalszy powinien być dom dla duchów.

Oczywiście duchy się szanuje, dlatego też nasza gosposia codziennie zanosi im kwiaty i zapala kadzidła. Ale duchy nie stronią też od używek (przed pobliską myjnią samochodową w domu dla duchów zawsze można znaleźć papierosy owinięte w folię, aby nie zamokły) czy współczesnych wynalazków takich jak coca-cola.

Duchy są wszędzie… Napomknęłam raz o chodzeniu nago po pokoju i zostałam zbesztana, że to nie przystoi, bo duchy patrzą. Na szczęście dowiedziałam się też, że są na tyle kulturalne, że do łazienki na wchodzą…

***

writes:Natalia
Dear readers, you should be patient about my anthropological digressions. If I didn’t study law, I would for sure make research in post soviet villages in Belarus. Besides it, my sister’s asked me, what funny houses she can notice on pictures are. The answer is easy – they’re San Phra Phum – the Spirit House. Thailand is a Buddhist country, but still Animism is present, especially in the North. Thais believe that every piece of land is inhabited by spirits (my friend claims, that you are not obliged to believe in spirits, but you have to respect them). That’s why if you start new building, first you have to built Spirit House(usually in the shape of small temples raised above the ground on a pillar), in other case Spirits will be homeless. The bigger investment is, the more stately Spirit House should be.

Of course Thai people pay a respect to Spirits, our housekeeper every day offers them fresh flowers and incense sticks. But Spirits also like stimulants (you can find offered cigarettes packed in foil in the Spirit House next to nearby car wash) or present-day coca-cola.

Spirits are everywhere. Once I’ve mentioned about walking naked around my private room I was told off – Spirits are watching! Fortunately, I was also told, that Spirits are good mannered and they don’t enter the rest-room…





Jedzenie wkładam w kieszenie, i w czapkę i w sandały.../Naaah, we should stop using polish literature gems quotes as titles of our posts :-)


Link 26.11.2010 :: 18:08 Komentuj (0)
Natalia i Marta

Wszyscy pytają nas, co jemy w Tajlandii:) A że chyba każdy kto podróżuje marzył o pracy dla przewodników Michelina, postanowiłyśmy pokazać Wam najpierw nie co, ale gdzie. Warunek – muszą wystawiać rachunki (inaczej nasz donor nie będzie usatysfakcjonowany). Panie i panowie, w związku z tym zaczynamy rajd po knajpach - w odcinkach. Odcinek pierwszy: Free Bird Cafe. (Dzięki Bogu, jesteśmy tutaj tylko przez trzy miesiące, inaczej mogłybyśmy prześcignąć "Modę na sukces")

Everyone keeps asking us what we eat in Thailand:) We dream about being employed by Michelin’s guidebooks (probably we are not an exception among travelers), so we’ve decided to not to show you not what, but where to eat. Our condition is that restaurant has to issue bills (in other case our donor won’t be satisfied). Ladies and gentlemen, we start our food crawling serie. Firs episode: Free Bird Cafe (Thanks God we are here for three months only, otherwise we could compete with "The Bold and the Beautiful")

Free Bird Cafe
Najlepsze miejsce na spotkania z Team’em Chiang Mai, spokojną pracę przy odgłosach świątynnych czy leniwe leżenie na podłodze i czytanie książki. Najciekawsze koktajle pod słońcem i możliwość zjedzenia jajecznicy na śniadanie. Wystrój przedszkolny, dzięki czemu czujesz się jak w domu. I co najważniejsze, przychodząc tam wspierasz szczytny cel. Free Bird Cafe (http://www.thaifreedomhouse.org/) zamyka się o 16.00 i zamienia się w szkołę, gdzie wolontariusze uczą Birmańskich uchodźców i ludzi z górskich plemion przede wszystkim angielskiego, ale również animują zajęcia artystyczne. Nikt nie jest tam przypadkowo - wolontariusze muszą zdecydować się na minimum 6 tygodniową współpracę z organizacją – jednym słowem – profesjonalny NGO i pomysłowi założy ciele. Polecamy!

The best place to have meeting with Team Chiang Mai, to work (and listen temple noise in the same time) or just to lie on the floor and read a book. The most interesting cocktails ever and scrambled eggs for breakfast. Décor a’la kindergarten, so you can feel there like at home. And what is the most important – you support good cause. Free Bird Cafe closes at 4 p.m. and changes into a school, where volunteers teach Burmese refugees not only English, but they also facilitate art workshops. Nobody is there by chance – volunteers have to decide to cooperate with organization for at least 6 weeks. All in all – professional NGO and inventive founders. Highly recommended!

Free Bird Cafe:
Moon Mueang, Soi 7, next to Wat Lamchang
+66 8 1028 5383
9am-4pm
http://www.thaifreedomhouse.org/




Sabai Dee Loi Kratong!


Link 23.11.2010 :: 04:55 Komentuj (2)

możecie znaleźć więcej zdjęć/ you can see more photos w naszym albumie/in our gallery


Pisze: Marta
Komentuje: Natalia

Problem z tutejszymi świętami, polega na tym, że nikt nie wie czego właściwie dotyczą. A jak wie to nie powie. Bo nie wie jak albo się wstydzi. Więc musimy dochodzić do tego same. Ustaliłyśmy, że w tym roku zbiegły się w czasie dwa święta: Loi Kratong i lannajskie Yi Peng. Loi Kratong to w skrócie oddawanie czci bogini wody. Yi Peng to święto świateł, podczas którego buddyści mogą sobie doładować karmę. Kiedy się je do siebie doda, wychodzi gruba impreza. Impreza z wybieraniem miss festiwalu, ustawianiem wielkich świecących smoków w fosie otaczającej miasto, paradami (które trwają wieczność!), obłędnymi ilościami fajerwerków (a raczej petard, chyba ogłuchłam po weekendzie), światełkami na ulicach (nasza ulubiona Nimmanhemin Rd wygląda prawie jak Krakowskie Przedmieście!), zapalaniem świec na granicach posesji, pełnią księżyca i – co najbardziej widowiskowe – wypuszczaniem w niebo wielkich lampionów. Wszyscy gromadzą się wzdłuż rzek, kanałów i strumyków, aby puścić na wodę krathong - świeczkę i kadzidła w misternych konstrukcjach z liści bananowca i lotosów. A co bardziej zaangażowani uwalniają zwierzęta jak znak oswobodzenia i wolności. Oczywiście nikt nie zostawia swojego Burka, wszędzie można kupić rybki i ptaszki specjalnie złapane na tę okazję. Zastanawia mnie tylko, jakim cudem byłam świadkiem wypuszczania również węży i żółwi…

Lampiony widać było na niebie od dwóch tygodni, ale Właściwy Moment nadszedł w piątek. My zdecydowałyśmy się zobaczyć jak będzie on wyglądał w Mae Jo, buddyjskim sanktuarium 20 km na północ od Chiang Mai (warte podkreślenia jest, że byłyśmy chyba jedynymi szalonymi, które dotarły tam przy pomocy siły własnych mięśni i pedałów;). Wyglądało bajkowo. Magicznie. Jak w filmie. Mało powiedziane – to jedno z najcudowniejszych wydarzeń w jakich do tej pory brałam udział, nic innego się nie liczy, tylko lampiony i niesamowite poczucie tworzenia czegoś pięknego razem. Na tyle widowiskowo, że sądząc po ilości zdjęć robionych podczas całego rytuału odpalania lampionów przez rodziny, przyjaciół i migdalące się pary, facebook powinien zainwestować w nowe serwery.

Śliczne święto. Wczoraj, (jako że Chiang Mai jest jak system naczyń połączonych i żeby komuś świecił w fosie smok, ktoś inny musi siedzieć przy świeczkach) wyłączono prąd północno – zachodniej części Starego Miasta. Wracałam tamtędy rowerem. Ciemne miasto, wielkie, głębokie niebo i lampiony. Bezcenne.

_____________________________________________________________________________________________________
Text: Marta
Comments: Natalia

The problem with Thai festivals is, that no one actually knows what are they all about. Even if there is someone who knows, he/she won't tell us because he/she's shy or doesn't speak English. We have to find everything out on our own. So far we've found out, that this year two festivals are coinciding: Loi Kratong and Lanna Yi Peng. Briefly, Loi Krathong is about worshipping the goddess of water. Yi Peng is a festival of lights, that enables buddhist to charge their karma. If you mix it, you get an awesome party. The party that includes electing miss of the festival, building big gleaming dragons in the moat encircling the Old Town, parades (that are endless!) insane amount of fireworks (to be exact, mostly firecrackers, I became deaf after the weekend), lights on streets (our fav Nimmanhemin Rd looks almost like Krakowskie Przedmieście St.), lighting candles at the borders of premises, full moon and – what's the most picturesque – releasing to the sky huge paper lanterns. Everyone gathers along rivers, canals and streams to launch their krathongs (lotus-shaped receptacle made from banana leaves with candle and incenses inside). The most involved ones also releases animals as a symbol of freedom and liberation. Of course nobody lets his/her pet go free, you can buy everywhere fishes and birds caught specially for that occasion. But still I wonder how it happened that I noticed the ritual of release of snakes and turtles…

Single lanterns were being seen in the sky for two weeks, but the Right Moment came on Friday. We decided to observe it in Mae Jo, Buddhist sanctuary, situated 20 km north from Chiang Mai (it’s worth emphasizing that we were probably the only crazy ones who got there using their muscles’ power and pedals:) . It was looking fairy-talish. Magical. Movie-like. It was one of the most beautiful events I’ve ever participated in, nothing was important except lanterns and amazing feeling of creating together something beautiful. So great, that (considering number of photos taken by families, groups of friends and snuggling couples during a ritual of blasting the lanterns off), facebook should think about new servers.

Lovely festival. Yesterday there was a blackout in north-western part of the Old Town (because Chiang Mai is a connected vessels system, and if someone enjoys gleaming dragon in the moth, someone else has to enjoy romantic candle-light evening). I was there at this time, cycling back home. There was a dark city and huge, deep night sky full of lanterns. Priceless.

















Demotywatory / Demotivators


Link 22.11.2010 :: 23:00 Komentuj (1)
Dzis wrzucimy na bloga cos ladnego, a w tak zwanym miedzyczasie dzisiejsza prasowka. Bangkok Post, wtorek, 23.11.2010, strona 6, miedzy brytyjskimi problemami z sluzba zdrowia a jakas awantura w NATO. Najwiekszy pomnikj Aragorna na swiecie.

We are going to upload something nice today, but in the meantime: here you are - today's press brief. Bangkok Post, Tuesday, 23.11.2010, page 6, between British health service problems and sort of an issue in NATO. The world's biggest Aragorn monument.



(Click to enlarge / kliknij zeby powiekszyc)

Listopad = kino pod chmurką i bieganie bladym świtem / November = open air cinema and first light running.


Link 18.11.2010 :: 17:17 Komentuj (5)

Pisze: Natalia
Komentuje: Marta


Dużo się u nas dzieje ostatnio, większość zachowamy dla siebie, ale żebyście byli na bieżąco, to koniecznie muszę opisać dwa ostatnie międzynarodowe wydarzenia, które miały miejsce w Chiang Mai :) (ekskluzywny live-chat dostępny na skajpie i fejsie)


Co prawda nie udało nam się powiesić polskiej flagi 11.11, ale za to na tyłach Wat Suan Dok odbył się wieczór polski. Goście z Tajlandii, Birmy, Australii, USA, Francji, Laosu i Holandii zajadali przysmaki polskiej kuchni (placki z jabłkami, ziemniaczane i pomidorówkę) przygotowane przez światowej klasy kucharki (czytaj nas:). W tle leciała „kapela ze wsi Warszawa”, a oprócz filmu animowanego Bagińskiego wszyscy zobaczyli również zdjęcia Dody (długa historia:). Na koniec wszyscy obejrzeli „U pana Boga za piecem”, co było dobrym wyborem – wszyscy posnęli jak dzieci pod gołym niebem listopadową nocą…Okazało się że pełna wersja jest mniej ocenzurowana niż telewizyjna i zawiera miedzy innymi rożne uwagi o żydach, rozbudowany watek o murzynie co mu zimno w Polsce i ukazuje kobiety jako obiekty seksualne ze scena seksu na biurku włącznie.


Nie zdążyłyśmy odpocząć po czwartku, a tu już niedziela i Trio For Justice – impreza sportowa z półmaratonem, wyścigiem 10 km i zawodami rowerowymi, organizowana przez naszą organizację. Bardzo chciałyśmy biec, ale niestety obowiązki służbowe (od 5.30 rano!) nam to uniemożliwiły. Co najważniejsze – wszyscy dobiegli, szkole w Sankampeang zostały przekazane rowery, widoki były przecudne i o 12 mogłyśmy wrócić do łóżka/ pójść się opalać nad basenem:)


_______________________________________________________________________________


Text: Natalia
Comments: Marta


So, many things is going on in our life, we want to keep mum on most of them, but on the other hand we want you to be updated. That’s why I have to describe two international events, that were held in Chiang Mai (exclusive live-chat available on skype and facebook)


We weren’t succeed in displaying Polish flag on 11th November (Polish Independence Day - http://en.wikipedia.org/wiki/Polish_Independence_Day), but Polish evening took place at the rear of Wat Suan Dok. Guests from Thailand, Burma, Australia, USA, France, Laos and Netherlands were gorging themselves on polish dishes (“placki” with apples and another made from potatoes and tomato soup) that were prepared by word top standards cooks (us;). Music of “Warsaw Village Band” was played (http://www.youtube.com/watch?v=QqGN23fn6j0) and Baginski’s short animation about Polish history was presented (http://www.youtube.com/watch?v=2DrXgj1NwN8). At the end “In Heaven as it is on Earth” was shown and it occurred to be a perfect choice – everyone felt asleep like babies…It turned out, that full version is surprisingly less censored than television one and contains e.g. some remarks about jews, Africans who feel cold in Poland and shows women as sexual objects, including desk-sex scene.


We weren’t event able even to rest after Thursday and we didn’t notice when Sunday had came – Trio For Justice (sport event – half-marathon, 10K run and fun bike ride – organized by our organization). Of course, we were really eager to run, but our vocational duties ( from 5.30 a.m.!) didn’t let us to. All in all – everyone finished the run, school in Sankampeang was donated bikes, views were spectacular and at noon we were back in bed/ sunbathing by the swimming pool:)


























"Kazdy chlopak chce byc jak Che Guevara na motocyklu a kazda dziewczyna chce moc siedziec za nim" / "Every bloke wants to be like Che Guevara...


Link 08.11.2010 :: 17:14 Komentuj (5)
...on a motorbike, and every girl wants to sit behind him"*



There is one thing that puzzles me since I've started to participate in Thai traffic: how is it possible, that those girls are not loosing their flipflops on sharp curves?


*Cytat z klasyka, Macku Krasniewski, tesknimy za Toba / Quotation of a classic, Maciek Krasniewski, we miss you

Dzień, na który Birma czekała 20 lat?/ The day Burma has been waiting for 20 years?


Link 07.11.2010 :: 12:10 Komentuj (2)

pisze:Natalia

Zadziwiające, jak zmienia się nasza globalna perspektywa postrzegania świata w zależności od tego, gdzie mieszkamy – oczywiście, staram się być na bieżąco z wydarzeniami w Polsce, śledziłam strajki we Francji i ostatnie wybory w USA, ale w sposób naturalny wiem teraz o wiele więcej o Chinach, Malezji i Indonezji, a przy okazji o wszelkiego rodzaju kataklizmach… I o Birmie, gdzie dziś po raz pierwszy od 20 lat odbywają się wybory. Napiszę tylko „wybory”, przymiotnik wolny pominę.

20 lat temu wygrała partia Aung San Suun Kyi ( w 1991 otrzymała ona Pokojową Nagrodę Nobla) – Liga Na Rzecz Demokracji, jednak junta nie uznała wyników wyborów i do dziś trwa stan izolacji kraju, rządów wojskowych, łamania podstawowych praw człowieka. Wiecie, że w Birmie przeznacza się mniej niż 3% budżetu na ochronę zdrowia, a 40% na armię? Obecnie Aung Sa Suun Syi przetrzymywana jest w kolejnym areszcie domowym, który skończy się dosłownie parę dni po wyborach. Poza tym nie byłaby dopuszczona do wyborów, bo nowe prawo zabrania kandydowania osobom kiedykolwiek skazanym, więc bardzo sprytnie władza wyeliminowała swoich przeciwników, którzy byli więzieni za działalność opozycyjną. Liga Na Rzecz Demokracji wybory zbojkotowała i żadna licząca się siła opozycyjna tak naprawdę w wyborach nie startuje.

Wśród publicystów trwa spór, jak postrzegać dzisiejsze wybory. Jedni mówią, że to krok w stronę demokratyzacji kraju, drudzy że władza wojskowa chce tylko otrzymać legitymizację swoich rządów i wybory będą sfałszowane. Odpowiedzi na to pytanie nie poznamy na pewno dziś, ale chyba wybory, gdzie 25% miejsc w każdej izbie parlamentarnej zagwarantowanych jest dla wojskowych, w których prawie 1,5 miliona obywateli zostało pozbawionych prawa wyborczego (tylko dlatego, że zorganizowanie punktów wyborczych na niektórych terenach władza uznała za niebezpieczne), a obserwatorzy i zagraniczni dziennikarze nie są wpuszczeni do kraju, trudno nazwać „wolnymi”.

________________________________________________________________________

writes:Natalia

It was really surprising for me, how my perspective of perceiving the World changed accordingly to place where I’m living. Of course, I’m trying to be updated with events in Poland, I was monitoring protests in France and the election in US, but I am also learning much about China, Malaysia and Indonesia and unfortunately about natural disasters. And also about Burma, where the election is taking place for the first time for 20 years. I’ve just written “election”, I’ve skipped over “free”.

Burmese voters last got a chance to cast their ballots in 1990, when they overwhelmingly backed Aung San Suu Kyi's National League for Democracy (NLD). But the ruling generals never allowed the NLD to take power. And isolation of country, ruling of army regime and violations of basic human rights began. Do you know, that less than 3% of national budget going towards healthcare, while 40% goes towards military expenses. Nowadays, Aung San Suu Kyi is under house arrest (which is to finish just after the election). The NLD has been forcibly disbanded after it decided to boycott the polls. It could have taken part if it expelled Ms Suu Kyi, who like many other key pro-democracy figures was banned under election laws from participating because of convictions linked to her activism.

Western publicists dispute, how they should evaluate today election. Some hope the elections constitute a beginning towards Burma’s democratization, some have expressed the gravest possible doubts over the credibility of the polls. The facts are, that 25% of seats in all chambers are reserved for the military. And in some areas polling will not take place because Burmese authorities say it is too dangerous. More than 1.5 million ethic voters have been disenfranchised by this ruling. What is more, international observers and foreign journalists will not be allowed into the country for the polls. So it is really difficult to call that election “free”.




Na straganie w dzień targowy…/ sorry, another subtle allusion to Polish literature treasures – generally, it's about bazaars


Link 05.11.2010 :: 02:37 Komentuj (2)

pisze:Natalia

Do pewnego momentu w życiu słowo „bazar” kojarzyło mi się wyłącznie ze Stadionem X-lecia lub przygranicznym bazarem pełnym alkoholu ze Wschodu w mieście, gdzie mieszka moja babcia. Później „bazar” oznaczał kłębowisko przekrzykujących się handlarzy, którzy bardzo chętnie dawali mi wszystko do spróbowania, nawet jeśli połowy rzeczy nie umiałam nazwać:) Jednak w Chiang Mai bazar to nie tylko miejsce, to raczej styl życia, a na pewno już ulubiona rozrywka Tajów i niektórych cudzoziemców.

Jak w każdym szanującym się mieście tajskim, w Chiang Mai znajdziecie bazar nocny, z trwałą infrastrukturą targową, jednak bardzo już skomercjalizowany i nastawiony na pieniądze, a nie na rozrywkę dla wszystkich. Zgodnie z zasadą „ulotne jest lepsze” ulubionym miejscem na spędzanie weekendowych wieczór przez Tajów są bazary „jednonocne” – ok. południa policja zamyka ulice (różne w sobotę i niedzielę) i po dwóch stronach ustawiają się handlarze ze swoimi budami, a po środku ulicy artyści różnej klasy. Dzięki temu powstaje dwukierunkowa droga, a najszybszy sposób na przemieszczanie się to pod prąd (dobrze że nie rozumiemy tajskiego:)

O 17.00 zaczynają gromadzić się ludzie, którzy chodzą wkoło, niewiele kupują (nic dziwnego, połowa rzeczy wygląda jak chińskie podróbki niepotrzebnych nikomu przedmiotów i oczywiście prawie wszystko, jak w całej Północnej Tajlandii, jest zrobione przez „górskie plemiona”), podziwiają i jedzą (tak, jedzenie to niewątpliwy stały punkt programu każdego gościa bazarowego, mogłybyśmy napisać o tym epopeję, ale na razie ograniczymy się do kolejnego wpisu). Oczywiście życie kulturalne kwitnie – gdy ma się szczęście ( jak my w Chiang Rai, gdzie również znana jest instytucja „jednonocnego” bazaru) to oprócz muzyków wszelkiego rodzaju, dzieci kręcących hula-hop, kuglarzy i magików w wydania azjatyckim i nieśmiertelnych przedstawicieli sztuki Lanny (dawne królestwo położone na terenie obecnej północnej Tajlandii, istniejące od XIII do XVIII w.) można natrafić na imprezę taneczną dla małych i dużych:)


____________________________________________________________________________________

writes:Natalia

Before I started travelling, word „bazaar” had reminded me just of 10th-Anniversary Stadium in Warsaw (after 1989 it was used mainly as a bazaar called Jarmark Europa, becoming famous as the place to buy a whole range of illegal goods, most notably pirated software and media) or border bazaar, full of alcohol from eastern neighbor countries, in the town where my grandma lives. Afterwards, bazaar’s became synonym of the place full of vendors, who were shouting all the time and were offering me food to try, even if I wasn’t able to name those products. But in Chiang Mai bazaar isn’t only the place, it is more way of living, and without doubts the most favorite entertainment among Thai and some foreigners.

You can find everynight night bazaar in Chiang Mai, with permanent infrastructure, but is has been already commercialized and the main goal of vendors is to earn money, not to entertain. So, following the rule “ transiting is better”, Saturday/Sunday Walking Street Market are favorite place for Thai to hang out during weekend’s evenings . At noon, police close certain streets (different on Saturday and Sunday), vendors arrange their stalls and street arts take the center of the street . In that way two-directions route is created and you can move the fastest upstream ( thanks God we don’t understand Thai language).

At 7 p.m. people start gathering, they buy almost nothing (not surprisingly, half of items look like Chinese fakes of useless things and of course almost everything was made by hill tribes), admire and eat ( yes, eating is for sure the most important event for all of guests of bazaars, we can write an epopee about it, but you have to wait for next post). Cultural life flourishes. If you are lucky enough (as we were in Chiang Rai, where there is another Saturday Walking Street Market), except from all kinds of musicians, children with hula hoops, Asian-style magicians and immortal followers of Lanna art (The Kingdom of Lanna was a state in what is now northern Thailand from the 13th to 18th centuries), you can also find dancing event for everyone, no maters how old they are:)

















pierwszy miesiąc za nami…/the first month’s already passed...


Link 01.11.2010 :: 09:01 Komentuj (5)


Podczas weekendów staramy się podróżować – zobaczcie sami gdzie w północnej Tajlandii udało nam się dotrzeć i co odkryć


We try to travel during our weekends off, so have a look where in the Northern Thailand we’ve been and what we’ve discovered.


możecie znaleźć więcej/ you can see more w naszym albumie/in our gallery


CHIANG DAO – jaskinie ze stalaktytami w kształcie lotosów i posągami buddy, po których oprowadza przewodnik z górskich plemion i gdzie lampy naftowe są wciąż w użyciu.

Caves with lotus-shaped stalactites and Buddha’s status. We were guided by a woman from a hill tribes – she was using a paraffin lamp!











PAI – trochę za bardzo hippisowskie miasto dla nas, ale okolica z kanionami i „zbyt gorącymi” gorącymi źródłami wynagradzała wszystko.



The Town is a little bit too hippie for us, but surroundings (with „too hot” hot springs and canyons) rewarded us everything.











Spływ od THA TON (z największym jak do tej pory posągiem Buddy) do CHIANG RAI (leniwe miasto z niesamowitym nocnym bazarem) i wizyta w CHIANG SEAN, gdzie na rzece Mekong jest granica laotańsko – tajska i można ją przekroczyć tylko przy pomocy łodzi.

The boat trip between Tha Ton (the most impressive Buddha statue so far) and Chiang Rai (chilled out town with awesome night bazaar) and Chiang Sean where is the border between Thailand and Laos and the only way to cross the border is to swim across Mekong river.























W świątyni i w puszczy / I would translate the title but anyway, you won't understand this subtle allusion to Polish literature treasures.


Link 20.10.2010 :: 11:28 Komentuj (7)
Pisze: Marta
Komentuje: Natalia

więcej zdjęć


Jeśli powiemy, że jednym z naszych obowiązków służbowych w godzinach pracy jest trekking do złotego klasztoru na wzgórzu nieopodal, to pewnie przestaniecie nas lubić*. Trudno. Mimo wczesnej jak na tutejsze standardy godziny spotkania (olaboga, 6.30!), naszym dzielnym współwolontariuszom udało się spóźnić jedynie 20 minut. Tze, który był koordynatorem wycieczki wymyślił trasę pod ostrą górkę przez dżunglę. Z lianami, komarami, wilgocią, wodospadami i krzakami bambusów. I linią wysokiego napięcia wzdłuż co bardziej cywilizowanych odcinków, wiszącą na wysokości 1,20. Sam klasztor Doi Suthep był mega, szczegóły na zdjęciach. Doi Sethup można porównać trochę do Częstochowy – oprócz turystów przyjeżdża tam wielu Tajów, aby 3-krotnie (z lotosami i kadzidłami, które później zostaną złożone w ofierze) obejść złotą padogę, w której przechowywane są relikwie Buddy. Kompleks datowany jest na XIV i tak jak wszędzie indziej jest mnóstwo legend na temat jego powstania. Jedna z nich opowiada o tym, jak wybrano miejsce na budowę świątyni – relikwie Buddy złożono na białym słoniu i postanowiono rozpocząć budowę tam, gdzie słoń się zatrzyma.


*Bylebyście nas nie z dislajkowali na facebooku, jak dobijemy do setki to uczcimy to najlepszym na świecie sernikiem z orzechami macadamia.

_________________________________________________________________

Text: Marta
Comments: Natalia

more photos

If we write, that one of our duties is going for a trekking to a golden monastery on a hill nearby, you won't like us anymore*. Well, shit happens. In spite of early, as for local standards, time of meeting (6.30 am!), our brave co-volunteers managed to be just 20 minutes late. Tze, who was our trip coordinator, chosen uphill route through the jungle. With lianas, mosquitoes, humidity, waterfalls and bamboo bush. And high voltage cords hanging at the height of 1,20 m along some of more civilized stretches. Doi Suthep monastery was pretty cool, as you can see on our photos. Doi Suthep can be compared to Polish Częstochowa – tourists visit that place as well as Thai people, who want to walk around (with lotuses and incenses as an offering) the giant Chedi, covered with gold. Of course, many legends exist about that complex – one of them explains, how the place to build temple was chosen. When the Temple was being planned, about 600 years ago, the Buddha relics, to put inside the Chedi of the Temple, were put on the back of a white elephant. At the spot where this elephant would stop, the Temple was going to be built.


*As long as you still like us on facebook, everything is ok. We are going to celebrate one hundred likes with the best macadamia nuts cheesecake ever.








Chiang Mai kulturalnie / Chiang Mai's cultural life


Link 16.10.2010 :: 14:25 Komentuj (1)
Pisze: Natalia
Komentuje: Marta

Marta ma kryzys w związku z życiem w małym mieście (przypominam, że Chiang Mai to drugie co do wielkości miasto w Tajlandii. Co nie zmienia faktu że jest wciąż małe. Gdzie się mieści ten milion ludzi!?) a ja po prostu lubię sztukę i dlatego też wybrałyśmy się dzisiaj na wystawę „Współczesna sztuka Birmy” do Centrum Sztuki Uniwersytetu Chiang Mai (CMU - największa uczelnia w Tajlandii). Właśnie – oprócz świątyni z mnichami bardzo chętnymi do pogaduszek (dziś zostałam zagadana przez jednego na ulicy! Nie powinni, a wygląda na to, że robią to częściej), braku turystów czy taniego tajskiego masażu, nasza dzielnica posiada jeszcze jedną niewątpliwą zaletę – tuż obok znajduje się kampus CMU.
Myślę, że mój mikrokryzys został wywołany przez wszystko, a brak chodników był tą jedną rzeczą za dużo (chociaż dobra kawa, europejska muzyka i manicure wystarczą żeby go pokonać)

Oczywiście przed oczyma miałyśmy ty miałaś obraz centrum sztuki urządzonego w jednym pomieszczeniu w wielkości naszej łazienki (na dodatek znajdującego się w podziemiach) i obrazów, na które nie wiadomo z której strony patrzeć (przynajmniej ja nie wiem, jakoś Jean Dubuffet do mnie nie przemawia) albo co najmniej sztuki politycznej rodem z Korei Północnej . Na szczęście spotkała nas miła niespodzianka – jasna, przestronna galeria składająca się z kilku pomieszczeń, obrazy które można by starać się przyporządkować do różnych stylów (pytanie tylko po co) i sklep muzealny na poziomie Smithsonian a nie Zamku Królewskiego. Uwielbiam sklepy muzealne i jako ekspert mogę powiedzieć, że ten był całkiem niezły, 7/10. Galeria była niespodzianką, to znaczy wiecie, spodziewałam się czegoś w stylu: dziewczęta w strojach ludowych, złoty Budda, słonie, Budda, tygrys w krzakach i może jeszcze jeden Budda. A ponieważ znawczynią sztuki nie jestem (ale miłośniczką tak:) więc lepiej skończę pisać i dam Wam szansę by obejrzeć kilka zdjęć:

_______________________________________________________________________________________

Text: Natalia
Comments: Marta

Marta has depression due to our stay in little town ( Chiang Mai is the 2nd largest city in Thailand it doesn't change the fact that it's still small, where this one million people fits!?) and I am simply fond of art, that’s why we decided to go to „Myanmar Contemporary Art Exhibition” in Art Centrum of Chiang Mai University (the biggest university in Thailand). Aside from temple with very talkative monks (today one of them started to chatting with me on the street! They are not supposed to, but it seems they do it more often...), lack of tourists and cheap Thai massage, our district has one more undoubted advantage – it’s nearby CMU.
Hmmm... I think my microcrisis was caused by everything, and lack of pavements was this one little thing that was a one too much. (But c'mon, good coffee, european music and manicure is enough to defeat such blue mood).

Of course we YOU envisioned that Art Centrum as one room (of the same size as our restroom) in a basement and we won’t be able to decide from which side we should look at paintings (for sure Jean Dubuffet isn’t my favourite artist. At least it's figurative art. Sometimes) or at least art will be political focused as in North Korea. Fortunately, we were very nicely surprised – the gallery consists of some light rooms, paintings might be connected to different art styles (the question is – what for?) and museum shop is more similar to Smithsonian’s than Warsaw Royal Castle’s one. I love museum shops, and as an expert I can say that this one was pretty good. 7/10. Gallery itself was surprising, I was expecting something more, you know, girls in traditional costumes, golden Buddhas, elephants, Buddhas, tigers in a bush and maybe one more Buddha. I’m not an art expert (but art lover for sure), so better you have a look at some pictures:







Suan Dok


Link 13.10.2010 :: 18:37 Komentuj (0)
Pisze: Marta
Komentuje: Natalia

Okej, musicie wiedzieć, że nasza dzielnica jest nazywana Suan Dok ze względu na jeden z największych i najstarszych watów w mieście (o ile nie największy i najstarszy z nich), który jest bijącym sercem okolicy. Nasza nowa, druga (katolicka jest bardzo daleko i jedyne co ją różni od parafii w Książenicach to msza po angielsku o 11 i to, że niektórzy zdejmują buty podczas nabożeństwa), tętniąca życiem parafia (btw: wczoraj mieliśmy bardzo malowniczy pogrzeb). Któregoś dnia szłyśmy skrótem przez wat i w pewnym momencie zauważyłyśmy przez otwarte drzwi orkiestrę ćwiczącą w jednym z budynków. Chciałyśmy tylko ich trochę podejrzeć, ale człowiek który wyglądał na dyrygenta zaprosił nas do środka, wręczył instrumenty nazywane saw-u plus dwa smyczki, zagrał gamę i powiedział, że możemy z nimi grać. A potem dodał coś w stylu „Przecież to proste, zupełnie jak skrzypce”. Taaa... bo każdy Europejczyk gra na skrzypcach... próbowałyśmy męczyć kotka tak cicho jak się dało, podczas gdy reszta orkiestry osiągała absolutną harmonię. Ja dodatkowo zafascynowałam się zapisem nutowym, w swojej niewiedzy byłam przekonana, że cały świat zapisuje nuty jak Chopin na pięciolinii, a oni każdy dźwięk (chyba) zapisują w osobnym kwadracie.

Dla tych wszystkich którzy czują potrzebę dostąpienia oświecenia, albo po prostu chcą pogadać, Suan Dok przewidział tak zwany monk chat (pogawędki z mnichem). Codziennie między 17 a 19 jeden z anglojęzycznych mnichów ma dyżur i można wpaść i spytać o zagadnienia związane z buddyzmem. Można też wejść samej do świątyni (oczywiście bez butów) , wtedy sami zagadują (co wg naszych znajomych studentów nie powinno mieć miejsca). I muszę powiedzieć, że mają nawet cięte poczucie humoru:).

Tak czy siak najlepszym miejscem jest schowana za budynkiem monk chat knajpa, gdzie zwykle zamawiamy sajgonki i sałatkę z kwiatów bananowca (40 Bh, czyli cztery złote i taaakie żarcie!). Tze powiedział nam, że codziennie rano, jak nakazuje buddyjska tradycja, mnisi chodzą od domu do domu i proszą o jedzenie (w zamian modlą się za zmarłych. Wszystko wynika z tego, że mnichom nie wolno nic kupować). Nie udało nam się ich jeszcze złapać, ale to chyba dlatego że za późno wstajemy... Mów za siebie ;) Kto rano na siłownię wstaje, temu Bozia daje, więc ja dziś widziałam mnichów z miskami o 6.20.

Z najnowszych wieści: chyba coś umarło w naszej wspaniałej AC. Śmierdzi.

_____________________________________________________________________________________________________
Text: Marta
Comments: Natalia

Okay, you must know that our district is called Suan Dok because one of the biggest and oldest wats (if not the biggest and oldest one) in the city, that is beating heart of this area. Our new parish (second one, the fist - Catholic is very far away and doesn’t really differ from our parishes in Poland). Very lively parish, lets add (btw: yesterday we had here really picturesque funeral). One day we were using a shortcut trough the wat area and we heard people playing music in one of buildings. We just wanted to watch them, but they invited us to join their orchestra. Man, who seemed to be a conductor, gave us two instruments, called saw-u and two bows, played an example of some sounds and said „Now, play someting with us, come on, it's simple, just like violin”. Yeah... of course every European plays violin... we were trying to kill a kitten as silently as we could, when the rest of our parish orchestra was cooperating in a perfect harmony. I was also fascinated by the way they note down notes. I had thought that people all around world use the same system as Chopin did – stave, but Thai people put each sound (I think so) in separate square.

For all those who feel need of reaching an enlightment (or just need to talk to someone), wat Suan Dok offers so called monk chat. Every day, between 5 pm and 7 pm one of English-speaking monks has a shift, so you can go and ask him some questions. You can also just come into the temple (of course barefoot) and then monks start chatting to you (what shouldn’t have happened according to our Thai friends). And frankly speaking, they have a great sense of humor;)

Anyway, the best place of this wat is hidden just behind monk chat building. It's awesome bar, where we used order banana flower salad and spring rolls (40 Bh both and its just perfect). Tze told us that every day in the morning monks are coming and collecting food, according to Buddhist tradition. We didn't manage to catch them yet, I suppose it's just because we should wake up earlier... Speak for yourself! I noticed some of them when I was going to the gym today at 6.20.

Breaking news: we suppose that something died in our awesome AC. It stinks.









Chiang Mai w obiektywie/ snapshots of Chiang Mai


Link 10.10.2010 :: 16:40 Komentuj (4)
możecie znaleźć więcej/ you can see more w naszym albumie/in our gallery