Ile razy dziennie można powiedzieć „nie”…/How many times per day you can say „no”…


Link 27.02.2011 :: 16:43 Komentuj (0)
...czyli dlaczego podróżowanie po Wietnamie jest proste i trudne zarazem?

Pewnego dnia w Hanoi policzyłam, ile razy powiedziałam „nie”… 72!!! Po 20 pierwszych przestaję się uśmiechać, po 20 kolejnych staję się niegrzeczna i mówię „nie” bez dodania „dziękuję”. Mogłabym przeprowadzać treningi asertywności „Jak odmawiać kierowcom motorów, sprzedawcom wachlarzy, kobietom z ananasami czy pracownikom spa wszelkiego rodzaju”.

Podróżowanie po Wietnamie może być bajecznie proste, myślę że nawet przewodnik jest zbędny. Z lotniska taksówkarz zabiera Cię na objazd po hotelach, w hotelu atakuje Cię agent turystyczny, proponując wycieczki od jednodniowych po miesięczne, w przy-restauracyjnej knajpie menu przetłumaczone jest na angielski. Można również wynająć samochód z kierowcą i kierowca zajmie się wszystkim, poczynając od miejsc gdzie warto zrobić pamiątkowe zdjęcia kończąc na odpowiadaniu na wszystkie pytania dotyczące wietnamskiej duszy i piciu piwa wieczorem (na Twój koszt). I nie martw się, nie musisz znać adresu agencji turystycznej – w większych miastach jest ich więcej niż banków, aptek i szkół razem wziętych.

Można spróbować podróżować po Wietnamie również inaczej – lokalnymi autobusami ( o ile wydostaniesz się z miasta na dworzec autobusowy położony 3 wioski dalej), pociągami (gdzie o 4 w nocy obudzi Cię współpasażer, który właśnie postanowił zapalić oczywiście przy wszystkich oknach zamkniętych), jeść w lokalnych miejscach (ale przez półgodziny musisz krzyczeć by złożyć zamówienie – inni są po prostu głośniejsi) i próbować na motorze dotrzeć tam, gdzie niekoniecznie będziesz poruszał się w tempie chińskiej wycieczki przed Tobą (ale dostaniesz kask a’la łupinka orzecha, chroniący tylko czubek głowy i nic więcej).

Mój romans z Wietnamem nie należał do łatwych – może miałam za mało czasu (23 dni)? Wbrew pozorom to olbrzymi kraj. Na pewno przeżyła szok po Laosie, gdzie ludzie są cisi, dzieci ciągle się śmieją i nikt nie patrzy na obcokrajowca jakby miał koszulkę z napisem „w portfelu mam mnóstwo $”. Wietnam też taki potrafi być, ale tylko tam gdzie dociera mniej turystów niż 10 dziennie, czyli w małej ilości miejsc, niestety…

Po raz pierwszy w czasie podróży rozpłakałam się z bezsilności. W La Cai jakiś facet wskazał mi drogę do lokalnego autobusu, później wsiadł za mną i zażądał, żebym zapłaciła mu 30$ za bilet (choć nie był kontrolerem, a cena biletu wynosiła 3$). Po chwili było już 3 kolesi próbujących wyrzucić mój plecak i krzyczących tak, jakby ktoś ich obdzierał ze skóry, a świadkami sceny był autobus pełen ludzi z kontrolerką i kierowcą włącznie. I nikt nic nie powiedział. Stanęło na 10$ i dali mi spokój, ale słyszałam też o podobnych historiach bez happy endu…

O ile nie dodałam Wietnamu do listy miejsc, do których chcę wrócić podróżując z plecakiem, to o dziwo mogłabym zamieszkać w Hanoi bądź w Sajgonie (Ho Chi Minh City). Trudno mi tylko zdecydować, które z nich wolę – trudno znaleźć dwa tak różne od siebie miasta. W obu na pewno bycie pieszym grozi śmiercią, liczba motorów przewyższa liczbę mieszkańców i miło można przemieszczać się z miejsca na miejsce przy pomocy rikszy rowerowej. Żadne z nich nie ma również zapierający dech w piersi zabytków ani miejsc, które raz w życiu należy odwiedzić. W obu na swój sposób czci się Ho Chi Minh’a (mam wrażenie że władza nie miałaby ni przeciwko, gdyby oba miasta nazywały się tak samo na cześć wodza) i upamiętnia się Wojnę Wietnamską (niestety czasami w bardzo propagandowy sposób, jednak Muzeum Pozostałości Wojennych - War Remnants Museum w HCMC było miłym zaskoczeniem). Poza tym Hanoi jest pełne jezior, parków, małych kawiarni, uliczek noszących nazwę od rodzaju kupców, urzędującego na niej (np. Złotniczka, Szewska, Okularowa). Stolica jest mniejsza, spokojniejsza, wietnamsko-chińsko-francuska. Sajgon jest jedyny w swoim rodzaju (nie bez przyczyny mówimy czasami „sajgon” na coś bez ładu i składu), nie raz zgubiłam się w urokliwych uliczkach, gdyby nie mój budżet to całe dnie mogłabym spędzić na masażach różnego rodzaju i złapałam się na myśleniu „jak przejdę 2 km piechotą i zaoszczędzę 1$ to będę mogła sobie kupić krewetki – jeee:)” (tak, Sajgon to prawdziwy raj żywieniowy). Ale oba miasta są tak samo fotogeniczne:

_________________________________________________________________________________

...or why travelling in Vietnam is both easy and challenging.

I counted how many times I said "no" in Hanoi in just one day... 72!!! After twenty I stopped smiling, after forty I became rude and said "no" without adding "thanks." I've organized an "assertiveness" workshop, so I know how to refuse motorbike drivers, vendors, pineapple-ladies and various spa employees.

Traveling in Vietnam can be so easy that I think even a guidebook isn't necessary. A taxi driver picks you up from the airport and shows you accommodation options, a tourist agent finds you in the hotel and suggests tours from one day to one month long, and there is an English menu in the restaurant next to your hotel. You can also hire a driver who will deal with everything, tell you where you should take photos, answer your questions about the Vietnamese soul, and drink beer (if you buy it for him). Don't worry about the travel agency's address - there are more travel agencies around than pharmacies, schools and banks altogether.

You can also try to travel in Vietnam in some totally different ways. You can travel by public bus, if you manage to reach the bus station which is usually far far away from the city center. You can travel by train, but you may be woken up at 4 AM because the man next to you has decided to smoke without opening the window. You can drive a motorbike (you'll be given a nutshell-shaped helmet) to visit places on your own, so you won't have to walk at Chinese-group-pace.

My affair with Vietnam wasn't the easiest one. Maybe I decided to stay for too short a time (23 days)? Appearances can be deceptive - it's a huge country. I was surely shocked after being in Laos, where people are quiet, children smile, and nobody treats foreigners like they're wearing t-shirts that say "I have $$$." Vietnam can also be like that, but only in places where there are fewer than 10 tourists per day, which is unfortunately not very many places.

I cried for the first time during my journey - I felt so powerless. One guy showed me the way to the local bus in La Cai and after that followed me, got on the bus and demanded $30 for the ticket, even though he wasn't the ticket collector. After a while there were 3 guys shouting at me and trying to throw my backpack out of the bus. Of course, everything was being patiently observed by the other passengers, the driver and the ticket collector. Finally I gave them $10 and they let me go, but I also heard about similar stories without a happy ending.

Though I haven't added Vietnam to the list of places I want to revisit with my backpack, I surprisingly feel like I could live in Hanoi or Saigon (Ho Chi Minh City). I have difficulty deciding which of them I like more - it isn't easy to find such unique cities. Both aren't pedestrian-friendly, both probably have more motorbikes than people, and both are nice to travel around by cyclo. You won't find breathtaking or must-see sights in either Hanoi or HCMC. Ho Chi Minh is worshiped in both cities, and I feel like the authorities wouldn't mind if both cities were named after the great chief. Both commemorate the Vietnam War (of the 'American War,' as they call it), with heavy amounts of propaganda. The War Remnants Museum in HCMC is a must-see. Besides these similarities, Hanoi is smaller and more peaceful, with lots of parks, lakes and small cafes. It is generally a mix of Vietnamese, Chinese and French. Saigon in 100% unique. In Polish, we use the word "saigon" to describe something that is totally without order. Only my budget stopped me from spending whole days getting massages, and I caught myself thinking "If I walk these 2 kilometers I will save $1 and be able to buy myself shrimp - yeeeah!" Both cities are also very photogenic:

HANOI:









HCMC:












Mekong


Link 24.02.2011 :: 15:34 Komentuj (5)
Lekcja geografii, na ścianie wisi mapa świata, koleżanka wylicza największe rzeki świata: Nil, Amazonka, Jangcy i na 8.miejscu Mekong – wskazuje niebieską linię od Tybetu po Wietnam. Pierwsze spotkanie z Mekongiem twarzą w twarz? Jeszcze w październiku, w Huay Xai, gdzie znajduje się przejście graniczne między Tajlandią a Laosem. W przeciwieństwie do Nong Khai (gdzie w styczniu przekroczyłam granicę), nie ma tam żadnego mostu, rzekę pokonać można tylko łodzią i mam wrażenie, że najwięcej przewozi się z Laosu jajek (pełno ich było na przygranicznym bazarze).

W Laosie spłynęłam tzw. „wolną łodzią” (długą i z małym silnikiem, w porównaniu do małych łódek płynących bardzo szybko) z Luang Prabang do Pakbeng – spodziewałam się turystycznej atrakcji, jednak na łodzi było pół na pół turystów i autochtonów (w sumie z 80 osób), z tym że Laotańczycy przewozili ze sobą bagaż nieporównywalnie większy od mojego plecaka – worki z ryżem, motory, zakupy na najbliższy miesiąc – często rzeka to jedyny sposób by dotrzeć do zapomnianych przez świat wiosek. Na dziobie każdego statku znajduje się mały ołtarzyk, na którym przed wyruszeniem w trasę składane są ofiary (kadzidła, kwiaty, jedzenie).

Mekong to nie tylko droga transportu, miejsce zabaw, źródło wody potrzebnej do upraw czy czy zagrożenie, ale wśród wielu ludzi, którzy są animistami i nadal czczą przodków Mekong to potężna siła natury, traktowana jak bóstwo – jak ktoś utonie, wioska składa ofiary na przebłaganie rzeki.

Piszę notkę na lotniku w HCMC, czekając na lot do Jakarty – zostawiam Mekong za sobą. Dotarcie do źródeł tej rzeki dodałam do listy „miejsc, o których śnię” (obok Birmy, Nowej Zelandii, Kamczatki i Nepalu). Ostatnie dni w Wietnamie spędziłam w Delcie Mekongu, przemierzając ją łodzią i na motorze (często musiałam korzystać z lokalnych promów) – cała kraina poprzecinana jest siecią mniejszych i większych rzek i kanałów, tak że podróżowanie łodzią jest najwygodniejsze. I na wodzie nie tylko buduje się domy, ale również organizuje bazary – rano kupcy przypływają łodziami załadowanymi towarem, a potencjalni klienci na swoich łodziach poruszają się od jednego stoiska do drugiego, próbując stargować jak najlepszą cenę. Oczywiście w Azji Południowo-Wschodniej żaden bazar nie może mieć miejsca bez działu żywieniowego, dlatego też bez problemu możesz dostać kawę (tak, jestem uzależniona, w Polsce w ogóle kawy nie piłam, a tu czasami aż 3 dziennie – jest niesamowita – mocna, słodka, z dodatkiem skondensowanego mleka i pokruszonego lodu), pho (zupę z kluskami), bagietkę z pasztetem czy cha gio (spring rolls). Delta Mekongu to również miejsce, gdzie Wietnam wygląda idyllicznie jak z pocztówek sprzed wojny wietnamskiej – wszędzie pola ryżowe w idealnie zielonym kolorze, wszyscy noszą non la (trójkątne kapelusz), kobiety ubrane są w tradycyjne białe ao dai (tunika rozcięta po bokach i spodnie), ulubionym środkiem transportu nadal są rowery, w wolnych chwilach wszyscy robią kwiaty, świerszcze i inne cuda z liści kokosa wodnego, stragany uginają się pod ciężarem tropikalnych owoców, a uśmiechnięte dzieci jedzą kokosowe cukierki.

________________________________________________________________________________

It's a flash-back from geography lesson - a map of the world hanging on the wall, a friend is listing the biggest rivers: Nile, Amazon, Yangtze, and Mekong - the 8th - is a blue line from Tibet to Vietnam. My first in-person experience with the Mekong? In October, in Xuay Xai, where there is a border crossing between Thailand and Laos. Unlike in Nong Khai (where I crossed the border at the beginning of January) there is only one possible way to get to the other river bank - by boat. I got the impression that the goods smuggled most of all are eggs - there were plenty of them in the border market.

I took a slow boat (a long, wooden boat with a small engine) from Luang Prabang to Pakbeng in Laos. I was expecting a very touristy place but I was pleasantly surprised - there were about half farangs and half locals (around 80 people altogether). However, Lao people carry baggage much bigger than my backpack - sacks of rice, motorbikes, all their shopping for the next month - and sometimes the river is the only way to get to a village. There is a little altar on the bow of each boat where offerings are given before every voyage, so you feel pretty safe.

The Mekong is not only a transport route, it is also a playground for children, a necessary source of water for the crops, and a home of deities as well. Lots of people are animists. They worship their ancestors and the river is the symbol of nature's power. If somebody drowns, they will make a sacrifice to propitiate the Mekong.

I'm writing this post at HCMC airport, waiting for my flight to Jakarta. I'm leaving the Mekong behind. I've added the river's source to the list of places I'm dreaming about (next to Burma, New Zealand, Kamchatka and Nepal). I spent my last days in Vietnam in the Mekong Delta, traveling both by boat and motorbike. The whole land is criss-crossed by countless rivers and canals, and without a doubt the boat is the most convenient means of transportation. You can not only find houses constructed on the water, but floating markets as well. Every morning, merchants come to a specific point on the river to sell their merchandise from boats and the consumers paddle from stall to stall in their own boats.Of course there is no market without food in Southeast Asia, so you can easily get coffee, pho (noodle soup) or a baguette with pate. The coffee here is amazing and I'm addicted! I never drank it in Poland, but in Vietnam sometimes I had 3 cups of the strong, sweet coffee with condensed milk and ice. The Mekong Delta looks like postcards from the time before the Vietnam war. The rice paddies are perfectly green, everyone wears the non (conical hat) and women wear traditional white ao dai (a tight-fitting silk tunic worn with silk pants). Bikes are still the most popular means of transportation. In their free time, people make roses, crickets and other shapes from the leaves of water coconut trees, and smiling children eat candies made from every kind of tropical fruit you can imagine.








Magia pogranicza / Magic of borderlands


Link 18.02.2011 :: 12:21 Komentuj (3)
Nie ważne w jakim zakątku świata, pogranicza zawsze mają w sobie coś magicznego. Szczególnie, gdy są stosunkowo biedne i zapomniane (patrz np. region nadbużański w Polsce). I jak na razie górzyste pogranicze wietnamsko-chiński jest moim ulubionym regionem w kraju motorów i kultu Ho Chi Min.

Pociąg z Hanoi kończy trasę w miejscowości Lao Cai, skąd większość osób udaje się do Sapy (najwyżej położona miejscowość wypoczynkowa w Wietnamie mająca początki w czasach kolonialnych). Ja w związku z moją z moją post- Ha Long traumą postanowiłam udać się na wschód, do Bac Ha.

Bac Ha jest pełna turystów tylko w niedzielę, kiedy ma miejsce największy bazar w regionie (można kupić osła, lokalne stroje, biżuterię, alkohol sprzedawany w kanistrach, warzywa, kalosze i naturalne lekarstwa od lokalnego szamana). A w tygodniu nie dzieje się tu nic i ludzie z grupy etnicznej Hmong (którzy przez Francuzów byli nazywani Montagnards – górale, a w przewodnikach określa się ich jako ludzi-kwiaty) mogą pić kawę, handlować, pracować w polu a wszystko w rytmie rosnącego ryżu…

Nareszcie Wietnam pokazał mi swoją ludzką twarz – trafiłam do hotelu, który okazał się rodzinnym biznesem. Płaciłam 25% ceny za apartament iście dla nowożeńców (5$), rano jeden z synów przynosił mi herbatę a wieczorem jadłam kolację ze wszystkimi pracownikami (nie wnikam co to było:). I gdy prawie popłakałam się w sklepie że umrę przez 4 dni bez jogurtu (nie wiem do tej pory jak przeżyłam w Laosie) to następnego dnia sklepikarz zostawił mi wiadomość na recepcji, że jogurty już są:)

___________________________________________________________________________________

There is always something magical about borderlands, no matter where they are. Especially when they are comparatively poor and forgotten by the world. So far, the mountainous Vietnamese-Chinese borderland has been my favorite part of this country full of motorbikes and the cult of Ho Chi Minh.

The last station on the train from Hanoi towards the north is Lao Cai. The majority of tourists decide to go to Sapa (the highest-elevated resort with a colonial history). Due to my post-Ha Long Bay trauma, I decided to head east to Bac Ha.

Bac Ha is only full of tourists on Sundays, when the biggest ethnic market in Lao Cai province takes place. There you will find buffaloes, horses, traditional clothes, jewelry, alcohol sold in jerrycans(what's this?), vegetables, gumboots and traditional medicines from local shamans. During the week it's the most peaceful place on earth and the Hmong people (the French colonists of Vietnam gave them the name Montagnards, or "mountain people." The guides call them "flower Hmong.") can enjoy their coffee and trade, and live at the pace that rice grows.

At length, Vietnam has showed me its human face. I stayed in a family-run hotel, where I not only paid 1/4 of the price of the honey-moon apartment ($5), but every morning the son also brought me tea and I spent the evenings eating dinner with all the staff members. I prefer not to be aware of what I ate:) When I almost started to cry in a local shop that I wouldn't survive four days without yogurt (I don't know how I was able to spend a month in Laos...), the very next day the shop owner left me a message at the reception desk, saying that the yogurt was waiting for me :)















Smoki, perły i turysto-wstręt / Dragons, pearls and tourists aversion


Link 16.02.2011 :: 17:01 Komentuj (0)
W zamierzchłych czasach, gdy Wietnamczycy walczyli z najeźdźcą, bogowie zesłali rodzinę smoków, aby pomóc w obronie kraju. Były to magiczne smoki – pluły perłami, które po zetknięciu z wodą zamieniały się w wapienne skały, tworząc mur. Oczywiście wróg został odparty, a smoki postanowiły zostać na ziemi. Miejsce, w którym wylądowała matka smoków zostało nazwane Ha Long Bay (Zatoka Lądującego Smoka).

Popełniłam życiowy błąd – pod wpływem legendy, zachęt innych podróżników i zdjęć ( zatoka z prawie 2000 wapiennymi monolitycznymi wysypkami przeróżnych kształtów i rozmiarów wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości ) wybrałam się do zatoki Ha Long. Co gorsze postanowiłam zaryzykować i wykupiłam wycieczkę w hostelu (obiecuję, pierwszy i ostatni raz)…

Dramat rozpoczął się już na trasie – co drugi pojazd jest busem wiozącym tłum turystów w tym samym kierunku. Wszyscy mają postój w tym samym miejscu – turystycznym centrum handlowo-żywieniowym wybudowanym pomiędzy tarasami ryżowymi. Po dotarciu na miejsce każdy wsiada na odpowiedni (w zależności od ceny biletu) statek – do wyboru jest wszystko co możecie sobie wymarzyć, od marnej imitacji Titanica po szalupę ratunkową. Na każdym statku zagwarantowane są te same wietnamskie posiłki w wersji dla turystów i rozrywka w postaci karaoke. Wszyscy zwiedzają tę samą jaskinię, która została zamieniona w Disneyland dzięki podświetleniu jej fioletowymi, różowymi i niebieskimi światłami. Pomiędzy statkami dzielnie pływają kobiety w łódkach zapakowanych po brzegi pringels’ami i winem. I każdy statek ma własny perłową babcię, która próbuje sprzedać plastikowe podróbki. I niestety jakoś nie udało mi się dostrzec piękna zatoki. Jeśli się tam kiedyś wybieracie, to polecam rozważenia opcji „kajak” (ale wtedy zapewne stratuje Was jakiś tankowiec).

W związku z traumą turystyczną postanowiłam zaszyć się w górach w miasteczku, gdzie nie można dostać nawet jogurtów. I wyszło mi na dobre, ale o tym później:)

_____________________________________________________________________________________

A long, long time ago, when the Vietnamese people were fighting foreign invaders, the gods sent a family of dragons to help defend their land. Those dragons were magical, and were spitting out pearls. Upon hitting the sea, these jewels turned into the various islands and islets dotting the seascape and formed a formidable fortress against the invaders. The dragon family decided to remain on the earth. The mother dragon lies on what is now Ha Long Bay (Descending Dragon Bay).

I made a mistake and decided to visit Ha Long Bay. It's a UNESCO World Heritage Site, with thousands of limestone karsts and isles in various shapes and sizes. Even worse, I bought a tour package from my hostel. After that, I promised myself it was the first and last time I would do it.

The drama began during the minibus trip - every other vehicle on the road was full of tourists heading in the same direction. All of the buses stopped in the same touristy food centers built in the middle of the rice fields. After reaching the bay, everyone got into their ship according to their ticket price - you could choose everything from a model of Titanic to a lifeboat. The same tourist-edition 'Vietnamese' cuisine was served everywhere, and you could enjoy karaoke all night long. The most popular caved resembles Disneyland - it is brightened by pink, purple and blue lights. Small boat-shops laden with Pringles and wine weave among bigger ships trying to sell things. In every ship you can find a 'pearl grandma' trying to sell plastic jewelry. Unfortunately, I wasn't even able to notice how stunning the bay was. If you think about visiting Ha Long Bay, I would highly recommend taking a kayak, though you might be overrun by some tanker ship.

After the touristic trauma I've decided to spend some time in the mountains in the village, where you can't even get yogurt. It's the perfect choice, but be patient in waiting for the next post;)

















Kobiece rozmyślania z Hoi An / Feminine contemplations from Hoi An


Link 07.02.2011 :: 15:25 Komentuj (10)
Nie lubię określenia backpacker (plecakowicz). Mój plecak to najsłabsze ogniwo mojej podróży. Jest ciężki, nie dopina się, mam wrażenie że jak dołożę do niego chociaż chusteczki to mnie przeważy i się przewrócę. Poza tym ciągle muszę kombinować, jak tu się ubrać mając te same 6 koszulek, 2 sukienki i 0 butów na wysokim obcasie. Sytuację ratuje tusz do rzęs i kolczyki (lekkie i zajmują mało miejsca).

Do tej pory zawartość mojego plecaka mi nie przeszkadzała. W Tajlandii celowo odpuściłam sobie jakiekolwiek zakupy ubraniowe – moja figura nijak się ma do tajskiego kanonu piękna, więc po co się frustrować? Sytuacja jednak zupełnie inaczej wygląda w Hoi An – w każdym zaułku można znaleźć zakład krawiecki, gdzie w przeciągu 3 godzin azjatycka krawcowa za grosze uszyje Ci wszystko, co sobie zamarzysz – od suknie wieczorowej, poprzez płaszcz, do kimona… I prosto spod igły możesz wybrać się do szewca, który również za grosze zrobi parę butów na wymiar, jak dla Kopciuszka (mam jedno snobistyczne marzenie – czarne szpilki z czerwoną podeszwą – takie buty na zamówienie to byłoby coś…). Szkoda że mój plecak (i budżet) nie są z gumy…

Oczywiście to nie zakłady krawieckie i szewskie są powodem, dla którego Hoi An zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Miasto wygląda jakby czas się zatrzymał tu 150 lat temu i tylko czekać, jak zza rogu wyjdą kupcy z Chin, Japonii i Europy. Oczywiście, stare miasto jest najbardziej popularną częścią Hoi An, jednak pozostałe dzielnice są równie urokliwe, z wąskimi ulicami, kolorowymi domami, ogrodami na dachach i małymi świątyniami.

Ostatnio pomyślałam sobie jak w reklamie : „dzięki Bogu że jestem kobietą”. Zasiedziałam się w Tad Lo i dopiero 31.01 dotarłam do Savannakhek, żeby odebrać wietnamską wizę. Zajechałam pod konsulat, a tam kartka „zamknięte przez tydzień z powodu Nowego Roku” (pominę fakt, że przy składaniu papierów powiedziano mi, że mogę odebrać wizę dowolnego dnia, byle jeszcze w styczniu). Strażnik nie wyglądał na zbyt przejętego mym losem (on mówił po laotańsku, ja po angielsku – nic dziwnego:). Pomyślałam więc „co mi szkodzi” i nie zważając na protesty strażnika zadzwoniłam dzwonkiem do domu konsula, przybrałam pozę bezbronnej istoty i czekałam, aż ktoś wyjdzie. Nie wiem kto pojawił się po minucie (konsul?), najważniejsze jest to, że przejął się moim losem i zrozumiał moją chęć spędzenia Tet w Wietnamie, otworzył konsulat i życząc szczęśliwego Nowego Roku wręczył mi wizę. Później mój znajomy Austriak powiedział, że na moim miejscu zmienił by plany, nie licząc nawet na zrozumienie i szczęście…

_______________________________________________________________________________

I don't like the term "backpacker." My backpack is the worst part of my journey - it's heavy, I have difficulties packing it, and if I put even one more pack of tissues in it will overpower me and I'll lose my balance. And I have to constantly think how to dress with just 6 shirts, 2 dresses and no high-heels. The mascara and earrings (light and small) help a little...

So far I haven't paid any attention to my backpack's content. In Thailand I didn't even try to buy myself anything, especially because my figure doesn't meet the Thai conception of beauty at all. But the situation is different in Hoi An, where there are tailor shops on every corner and in only 3 hours you can have whatever you want made - dresses, coats or even kimonos. After that you can visit a shoemaker and get a pair of shoes made for dirt-cheap, like in the Cinderella story (I have a snob dream - black stilettos with red soles, ehhh). It's a pity that my backpack (and budget as well) can't stretch like rubber...

Of course, tailor shops and shoemakers aren't the reasons why Hoi An is on the list of UNESCO World Heritage Sites. The city looks like it is over 150 years old and you feel like at any moment you could meet traders from China, Japan and Europe. The old city is of course the most popular part of Hoi An, but the other quarters are also charming - with their narrow streets, colorful houses, rooftop gardens and small temples.

Lately I have thought about the ad: "Thank God I'm a woman." I spent more time than I had planned in Tad Lo and I arrived in Savannakhet to pick up my Vietnamese visa on 31st January. When I applied I was told that I could come to pick it up any day. However, when I arrived at the consulate I noticed a big sign that said "closed for next week because of Lunar New Year." The guard didn't look like he would understand me... So I thought I had nothing to lose, so despite the guard's protest I rang the bell at the consul's house and tried to look defenseless and harmless. After a minute somebody came. He understood my drama and desire to celebrate Tet in Vietnam, so he opened the consulate, issued my visa and wished me a happy new year. After that my friend from Austria told me that if he had been in that situation he would have changed his travel plans, instead of counting on understanding and luck.







To będzie wyjątkowy rok… / It’ll be an exceptional year…


Link 02.02.2011 :: 18:00 Komentuj (1)
Bez wątpienia, to będzie wyjątkowy rok. Pytanie tylko – który? 2105? Początek tego świętowałam w pierwszych dniach grudnia wraz z ludźmi z grupy etnicznej Shan – tańce, śpiewy, pyszne jedzenie i opowieści starszych jeszcze z okresu przed opuszczeniem Birmy i przeniesieniem się do Chiang Mai. W połowie grudnia w Maejantai byłam świadkiem jak wspólnota plemienia Akha zabiła bawoła wodnego, aby później z okazji nowego roku podzielić mięso między wszystkie rodziny (w nocy nie można było spać, bo wszyscy bawili się przy ognisku przy dźwiękach bębnów, zagryzając placki ryżowe). Chiang Mai powitało 1 stycznia 2011 wspaniałym pokazem sztucznych ogni na cześć króla. A teraz jest początek lutego, jestem już w Wietnamie, na nowo uczę się targować, a wszyscy wkoło świętują Tet – księżycowy nowy rok – kota (w Chinach – królika).

Wietnamczycy umieją świętować – Tet oznacza paraliż kraju trwający tydzień. Tylko co trzeci sklep jest otwarty, ciężko się podróżuje (to bardzo rodzinny czas – wszyscy wracają do domów), zabytki pozamykane, nie wspominając o wszystkiego typu instytucjach publicznych. I wszyscy dekorują domy żółtymi chryzantemami w wielkich donicach i drzewkami kumquatu, dlatego też główne place każdego miasta zamieniły się w kwiatowe giełdy.

Na znak porzucenia smutków starego roku i wejścia w nowy z nadzieją pali się wszystko to, co niepotrzebne, brzydkie i bezużyteczne. A co zrobić gdy takich rzeczy w domu brak? Nie martw się – zawsze możesz kupić zestaw „spal to sam” – tekturową koszulę, kapelusz i parasol… Przed każdym domem wystawiane są ołtarze z darami dla przodków – jedzeniem i kadzidłami. Dzieci, ubrane w nowe ubrania radośnie pokazują czerwone koperty z pieniędzmi, ofiarowanymi im przez starszych. I niech nikt nie waży się zamiatać – symbolizuje to wymiatanie szczęścia z życia. Szczególnie jak ruszy się proszek cytrynowy, który rozsypuje się po domu aby przegonić zło.

Sylwestra spędziłam na imprezie plenerowej w Hoi An (Sylwester z Polsatem to przy tym naprawdę niegroźna rozrywka). O północy odśpiewano „Happy New Year” Abby, a zaraz po życzeniach „zdrowego, bogatego i pełnego sukcesów nowego roku” przypomniano, że dziś również świętujemy 81. rocznicę powstania Komunistycznej Partii Wietnamu…

______________________________________________________________________________________

Without any doubt, it will be an exceptional year. The only question is "What year is it?" 2105? I celebrated the beginning of that year in early December with people of the Shan ethnic group. We danced, sang, ate delicious food and heard stories from the elders about the time before they left Burma and moved to Chiang Mai. In the middle of December, in Maejantai, I saw a water buffalo killed by the Akha hill tribe community, and the meat was shared among the families to celebrate the new year. It was very difficult to fall asleep after dancing around the bonfire to drumbeats and consuming rice cakes all night. Chiang Mai welcomed 1st January 2011 with a firework show to honor the King. And now it's the beginning of February and I'm in Vietnam (I have to remind myself how to bargain.) and everybody around is celebrating Tet - Vietnamese Lunar New Year - the Year of the Cat (in China - the Year of the Rabbit).

The Vietnamese people know how to celebrate - Tet means a one-week-long paralysis of the whole country. Only about one in three shops are open, it's difficult to travel (everyone tries to get home to celebrate with their families), sightseeing places are closed, as well as public institutions. All the houses are decorated with yellow chrysanthemums in big flowerpots and kumquat trees, and the main squares transform into floral markets.

In an effort to forget about the trouble of the past year and hope for a better upcoming year, people burn everything that is old, needless, ugly and useless. Don't you have such things? Don't worry - you can buy a "burn it yourself" set, consisting of a shirt, hat and umbrella made from cardboard. Children, dressed in new clothes, receive red envelopes containing money from their elders. No one dares to sweep the house, which would mean sweeping out good luck. It could also sweep away the lime powder, which is sprinkled around the house to expel evil.

I spent New Year's Eve at an open-air party in Hoi An. At midnight, "Happy New Year" by Abba was played. Just after that, we were wished a "healthy, wealthy and successful New Year," and were also reminded that it was the 81st anniversary of the Communist Party of Vietnam...