Milesz poleca!


Link 06.05.2011 :: 20:17 Komentuj (0)
W ramach kontaktu z językiem polskim i szukania inspiracji w wolnych chwilach czytuję PERON4 . Z chęcią dodałabym ich banner z boku strony, ale to przerasta moje zdolności informatyczne;( A tak na serio - fascynujący portal podróżniczy, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. A czasami znajdziecie tam też mnie:) Miłej lektury, polecam!

N.

Pocztówka urodzinowa / Birthday postcard


Link 01.05.2011 :: 18:12 Komentuj (0)

Najgorsze załamanie nerwowe w życiu przeszłam w dniu 15 urodzin… Mój cykl rozumowania był bardzo prosty: „15 lat to połowa 30-stki, 30-stka to ostatni dzwonek na dzieci a dzieci to koniec wolności” (sama teraz się dziwię, jakimi głupotami się przejmowałam;).

Parę dni temu miałam urodziny, bez tortu i prezentów, ale za to z kolacją na plaży z moją ukochaną siostrą (która podróżujemy ze mną przez Kambodżę) i niesamowitymi ludźmi na całym świecie, którzy o mnie pamiętali. Powinnam napisać jakieś ckliwe podsumowanie swoich dotychczasowych sukcesów i porażek, ale jak dobrze wiecie zawsze więcej uwagi i czasu poświęcałam przyszłości ( szczególnie marzeniom z gatunku nierealne, np. roczna włóczęga z plecakiem;) niż przeszłości. A na dodatek w Azji z dnia na dzień staję się coraz bardziej „tu i teraz” – co było co było, co będzie to będzie, najważniejsze że mam wpływ na to, co dzieje się w danej sekundzie i to jaka ona jest zależy tylko ode mnie.

Podróżowanie to najlepszy „czasowstrzymywacz”. Świat pędzi do przodu, a człowiek w podróży sam decyduje o swoim rytmie i tempie. Jest panem czasu i jak chce, może go zatrzymać, może nawet spróbować stawić czoła upływającym minutom i dzięki temu się nie starzeć (pominę takie wspomagacze jak uśmiech, sen, zdrowe jedzenie i brak makijażu:). Ja, jeśli chodzi o wiek, czuję się dokładnie tak samo jak 7 miesięcy temu stojąc na Okęciu. Nie czuję się starsza, doroślejsza czy bardziej pomarszczona. Nie znaczy to że się nie zmieniam – zmieniam się, bo mam czas aby się zmieniać i tymi zmianami kierować, a nie dlatego że czas mnie zmienia. A więc udaje mi się nie starzeć!

Czy mogę mieć urodzinowe życzenie? Chciałabym, aby każdy z nas umiał podróżować, nawet nie opuszczając przez całe życie swojego rodzinnego miasteczka… Podróżować w znaczeniu zachwycać się światem i spotykać ludzi obok. Ja mam nadzieję podróżować do ostatniego tchnienia…

Poniżej, specjalnie dla Was dwa zdjęcia – jedno zrobione jakieś 10 dni przed moimi urodzinami, drugie zaraz po. Widzicie jakieś zmiany? Ja nie;)

_____________________________________________________________________________________

I had the worst nervous breakdown ever on the day of my 15th birthday. I thought: “Being 15 years old is a half way for turning 30, 30 years means last call for children and children = the end of my personal freedom” (yes, nowadays I’m really surprised how silly I was…).

I had my birthday few days ago, birthday without gifts and cake, but with dinner eaten on the beach with my sister (who has joined me for my Cambodian part of journey) and amazing people all over the World who remembered about me. I should write some moving words to summarize my successes and defeats, but as you know I’ve never spent too much time thinking about past (far more about future, especially dreaming about some unrealistic things as one year long journey with my backpack:). And in Asia I’m getting more and more “here and now oriented” every day – it doesn’t matter what was or will be, I can decide what is happening right now and it’s only up to me.

Travelling is the best “stop time machine” I know. The whole World speeds, and travelling you can decide about your pace and rhythm on your own. You are the master of your own time, you can even try to confront passing time and not get older any more (not mentioning assists like smiles, sleep, healthy food and no make-up:). I perceive myself exactly the same way I did 7 month ago on the Warsaw airport. I didn’t get older, more mature or more wrinkled. But it doesn’t mean I didn’t change – I did, but just because I had time to change and to control my development, not because time changed me. So, I’m not getting older!

Can I have one birthday wish? I wish that everyone would be able to travel, even without leaving her or his hometown. Travelling = being amazed by the World and meeting people around. I hope I’ll travel forever…

Especially for you 2 photos – the 1st taken around 10 days before my birthday, the 2nd – just after. Are you able to notice any change? I’m not;)



Wiatr zmian / Wind of changes


Link 04.01.2011 :: 16:09 Komentuj (6)

pisze:Natalia

W jednym z moich ulubionych “anty-depresyjnych” filmów, “Czekoladzie”, wiatr z zachodu zawsze przynosi jakieś zmiany. W naszym przypadku wiatr zmian nie jest wiatrem zachodnim, tylko wiatrem miłości i to aż z Meksyku. Na dodatek zawiał bardzo mocno, w efekcie czego pocztówki z duetu podróżniczego zamieniają się w singielkę, bez talentu plastycznego, ale za to ciekawą świata, uśmiechniętą i próbującą uchwycić to, co ją zachwyca, przy pomocy fotografii.

Sama nie do końca chyba potrafię nazwać swoje uczucia, potrzebuję czasu, a jak będę umiała je nazwać to znaczy że nie ma już o czym rozmawiać:) Mam tylko nadzieję, że wystarczy mi otwartości na świat i pokory, by podróżować samej (ale nigdy samotnie!). I że jak do tej pory będę spotykać samych dobrych ludzi na swojej drodze…

Pozostaje mi zaprosić Was do śledzenia pocztówek. Pierwszy przystanek – Laos!

________________________________________________________________________________________

writes:Natalia

One of my favorite „anti-depression” movie is „The chocolate” – in the story the wind from the west always causes changes. In our case wind of changes wasn’t from the west, but it was wind of love from Mexico. And what is more, it blew very strongly and the consequence is that postcards from travel duo turns into the single, without art gift, but curious about the World, smiling and trying to depict what makes her delighted through photos.

I can’t describe how do I personally feel, I need some time… And finally when I will be able to name my feelings it’ll mean that there is nothing to talk about:) I hope that I’ll be open and humble enough to travel on my own (but never lonely!). And I’ll keep meeting only good people on my path.

So, I can just encourage you to follow postcards. First stop – Laos!


I'm dreaming of a white Christmas ***


Link 28.12.2010 :: 12:50 Komentuj (0)
Cokolwiek bym napisała o Bożym Narodzeniu na uchodźctwie zabrzmi pompatycznie, więc za dużo pisać nie będę. Było miło – z jednej strony opłatek, Wigilia, pasterka i kluski z makiem, z drugiej kręgle, jedzenie birmańskie, pływanie w rzece i wyprawa motorowa…

*** Marzę o białych Świętach

______________________________________________________________________

It doesn’t matter what I’ll write about Christmas spent in exile – it’ll always sound pompous, so I won’t write to much. It was nice time – the wafer, Christmas Eve dinner, midnight mass and home-made noodles, on the other hand bowling, Burmese food, swimming in a river and a motorbike trip…






Ser / We are not cheesy.


Link 14.12.2010 :: 17:06 Komentuj (0)
(Marta)

Z Tajlandią jest taki problem, że można tu znaleźć wszystko prócz sera. To znaczy można go znaleźć, w supermarkecie dla bogatych Amerykanów, w cenie miesięcznego wyżywienia pięcioosobowej rodziny z prowincji. Cierpimy więc, a najbardziej cierpi nasza holenderska współwolontariuszka, Rachel. Niech jej dzisiejszy mail będzie ilustracją palącej kwestii sera:

"Stepan (my boyfriend) sent me some cheese and Dutch ingredients for the Dutch dinner called “Stamp pot”. Tomorrow I am going to Bangkok until Saturday. If this package arrive can somebody put this in the fridge? Many thanks for this. Please don’t eat the cheese. I will share everything when I am back."

("Stepan, mój chłopak, wysłał mi trochę sera i holenderskich składników do holenderskiego dania "Stamp pot". Jutro jadę do Bangkoku i zostanę tam do soboty. Jeśli paczka przyjdzie, czy ktoś może wstawić ją do lodówki? Wielkie dzięki. Proszę, nie jedzcie sera. Podzielę wszystko jak wrócę.")

____________________________________________________________________________________________
The problem with Thailand is, that you can find here every food except cheese. Actually you can find it, in a supermarket for rich Americans for a price that would cover monthly food expences of five-person family from a countryside. We are suffering, and the one who suffers the most is our Dutch co-volunteer, Rachel. May her todays e-mail be an illustration of a burning cheese issue:

"Stepan (my boyfriend) sent me some cheese and Dutch ingredients for the Dutch dinner called “Stamp pot”. Tomorrow I am going to Bangkok until Saturday. If this package arrive can somebody put this in the fridge? Many thanks for this. Please don’t eat the cheese. I will share everything when I am back."


Poznajcie Wina / Have you met Win?*


Link 29.10.2010 :: 11:21 Komentuj (5)
Oto Win. Win ma zamiar ozenic sie dopiero wtedy kiedy bedzie zarabial 200 tys. bhatow, z takim podejsciem na duze szanse.

This is Win. Win is going to get married after he starts to earn 200 000 Bh per month. With this attitude there is a big chance for it.



- Where are we going?
- We gonna sell you for organs
- Do you have any idea about the price?
- Not yet, but it will be a bargain sale: buy one, get one free.

* Yes, that's a symptom of too much "How I met your mother"

wielkie odliczanie - 6 dni...


Link 25.09.2010 :: 23:24 Komentuj (2)
Jakby ktoś pół roku temu mnie zapytał, jak będzie wyglądał mój dzień na tydzień przed wyjazdem, nakreśliłabym w odpowiedzi wizję istnego Armagedonu. Siedzenie na walizkach. Niespanie po nocach z powodu lektury przewodników. Płacz na widok każdego dziecka niemającego skośnych oczu. I na pewno wieczny niedoczas…



Jednak nic bardziej mylnego i to mnie chyba trochę stresuje – o czy mogłam zapomnieć? Mam czas na gotowanie makaronu z dynią, makiem i kurkami, przyjmowanie gości, długie spacery. Nie jestem spakowana i pewnie do czwartkowej nocy nie będę. Nie mam dziekanki i pewnie wcześniej niż w październiku jej nie dostanę, o ile w ogóle… Nie spisałam testamentu i nie zamierzam. Nie kupuję noża, gazu pieprzowego i nie byłam na kursie samoobrony. Kupiłam tylko jedną paczkę malarone, chyba trochę mało jak na 9 miesięcy.



O Tajlandii i samym Chiang Mai też wiem stosunkowo niewiele (jadąc do Indii naczytałam się tyle, że byłam bliska ucieczki z lotniska) – na chwilę obecną Chiang Mai to dla mnie nic więcej niż drugie co do wielkości miasto w Tajlandii, w środku dżungli przy granicy z Birmą. A co do samego stylu życia Tajów to o moją edukację dba R., podsyłając mi linki do artykułów z wyborczej „Tajowie chowają penisy” albo smsy jak śpię: „Właśnie przeczytałem - w Tajlandii i krajach tego regionu za przemyt narkotyków często dają czapę. Złota też raczej nie przemycaj”.



U Marty sytuacja podobna, może trochę bardziej naukowo, ale mamy czas na zastanawianie się, jakie książki Kapuścińskiego zabieramy ze sobą i czy dla BABSEA kupujemy kalendarz z widokami Polski czy samej Warszawy.



Obiecuję, że sytuacja ulegnie zmianie w piątek o 12.45 z momentem naszego wkroczenia na pokład samolotu do Moskwy (później będziemy wkraczać na pokład jeszcze dwa razy – z Moskwy lecimy do Bangkoku, a ze stolicy już do samego Chiang Mai). Zastanawiam się tylko, czy w samolotach Aeroflotu na początku grają hymn rosyjski (mój ulubiony wers „Широкий простор для мечты и для жизни” - rozległą przestrzeń dla marzeń i dla życia).