Kambodżańskie cuda / Cambodian miracles


Link 07.05.2011 :: 18:26 Komentuj (0)

Mój zachodni umysł podpowiada mi, że w kraju, gdzie 80% mieszkańców zarabia mniej niż 0,5$ dziennie, życie powinno być szare i smutne, podróżowanie przygnębiające a ludzie nieufni i zamknięci w sobie. Świat mnie zaskakuje (dzięki Bogu zazwyczaj pozytywnie) – Kambodża taka nie jest. Kambodża się śmieje. W Kambodży każdy jest człowiekiem, a nie podmiotem. To niesamowite, ale im biedniejszy kraj tym ludzie wydają się szczęśliwsi – ktoś potrafi wyjaśnić mi ten fenomen?

Ten post to moje pożegnanie z Azją południowo-wschodnią. Lista rzeczy, za które powinnam podziękować jest bardzo dłuuuga ( 7 miesięcy, ehhhh…). Ale przede wszystkim chcę podziękować za uśmiechy – najpiękniejsze cuda, których doświadczałam codziennie. A teraz w poszukiwaniu podróżniczych wyzwań ruszam do Chin, by w efekcie zrealizować marzenie z dzieciństwa…

więcej zdjęć z Kambodży

i jeszcze więcej

______________________________________________________________________________________

My western way of thinking says that in the country where 80% of people earn less than 0,5$ per day life should be gray and sad, travelling dispiriting and people retiring and wary. The World surprises me (thanks God in positive way) – Cambodia is not like that. Cambodia smiles. Everyone is a human being in Cambodia, not a subject. It’s amazing, but the poorer country is, the happier people seem. Who can explain that phenomena?

This post is my farewell with Southeast Asia. The list of things I want to thank for is really long (7 months, ehhh…). What is the most important for me, I’d like to thank for smiles – the most beautiful miracles that afflicted me every day. And now I’m going to China (to look for travelers challenges) and hopefully on the end I’ll fulfill my childhood dream…

more photos from Cambodia

and more












Opuszczone miasto, którego dni są policzone / Abandoned city, which days are counted


Link 07.05.2011 :: 17:25 Komentuj (0)

Nie uwierzycie, ale znalazłam drogę w Kambodży z poboczem i bez dziur wielkości nogi słonia, po prostu cud infrastruktury. Na dodatek droga jest położona w górach. I jak łatwo się domyślić, nie została zbudowana przez Kambodżański rząd (ciężko jest cokolwiek zrobić w kraju, który jest 154 pozycji na liście 178 krajów poczynając od najmniej skorumpowanego - Corruption Perceptions Index – badanie przeprowadzone przez Amnesty International), ale przez prywatnego amerykańskiego inwestora. Tego samego, który wyburzył już opuszczoną pocztę i zamierza zbudować 5-gwizadkowy hotel i 1000 domów dla bogatych khmerskich emerytów. Plan 15-letni – po tym czasie mają zacząć spływać dolary…

Na górze Bokor, na którą wiedzie owa droga, ciągle królują kolonialne duchy, przemykając w długich sukniach po opuszczonym kasynie(pomiędzy salą balową a tarasem na 4 piętrze) i pokornie klękając w kościele na wzgórzu, który już od dawna nie ma okien. Pytanie tylko, jak długo pozostaną one w spokoju – inwestor co chwilę zmienia plany co do przyszłości starych budynków…

Górski resort Bokor został wybudowany przez Francuzów na początku lat 20. XX w. i opuszczony dwukrotnie… Po raz pierwszy przez Francuzów pod koniec lat 40. w wyniku walk pomiędzy Wietnamczykami, Khmerami i Francuzami. Gdy sytuacja się ustabilizowała, zamożni mieszkańcy przede wszystkim stolicy korzystali z resortu do 1975 r., gdy miejsce zostało zajęte przez reżim Czerwonych Khmerów i wykorzystywane jako baza operacyjna. Wietnamczycy, którzy oswobodzili (a następnie oczywiście okupowali) Kambodżę w 1979 r. jako ostatni zajmowali górę – od tego czasu miejsce zostało zapomniane. Przez lata resort był świadkiem zarówno luksusu i wojny, był miejscem kultu i walk. Dziś pozostały już tylko ruiny budynków na terenie parku narodowego, szkielety dawnych konstrukcji z dziurami po pociskach i z graffiti na ścianach.

Droga aż się prosi, żeby przebyć ją na motorze. Jednak zapobiegawczy inwestor postawił na wjeździe budkę ze strażnikiem i pozwala wjechać tylko zorganizowanym wycieczkom, ściśniętym jak sardynki na pace. Kolejny przykład na to, jak wielką siłę w Kambodży ma 1$...

_____________________________________________________________________

You won’t believe me, but I’ve found the road in Cambodia with roadside and without holes in the elephant’s leg size, simply infrastructural miracle. Additionally, the road is located in mountains. And you can guess easily, that it wasn’t constructed by Cambodian government (it’s really difficult to do anything in the country, that is on the 154th position among 178 countries on Corruption Perceptions Index ranking list according to Amnesty International), but by private American investor. The same one, that has already ruined the abandoned post office and plans to built 5-star hotel and 1000 houses for old, rich Khmers pensioners. 15-years-long plan – after that dollars should start to stream down…

The Bokor Mountain (where the road is built) is still inhabited but ghosts from colonial past. They wander in long dresses around abandoned casino (between the ball room and the terrace on the 4th floor) and knee down humility in the church, that lost glasses years ago… The question is “How long will they be allowed to wander in peace?”. The investor has already changed plans about old building several times…

The Bokor Hill Station was a colonial retreat, built by the French in the early 1920s and abandoned twice. The French abandoned it in the late 1940s, when fighting between the Vietnamese, French, and Khmer Issaraks forced evacuation. Affluent Khmers then used the Hill Station until the early 1970s, when it was converted into a base of operations for the Khmer Rouge. Eventually, the Vietnamese claimed the mountain and ruins when they liberated and then occupied Cambodia in the late 70s–they were its last occupants. In its history, the hill station has seen luxury and war and has been a place of sanctuary and battle. Today it stands in ruins, within the Bokor National Park, a mere skeleton of its former self, with bullet holes and graffiti on its walls.

The road seems to be perfect for the motorbike ride. But the preventive investor put the booth with the guard on the beginning and allowed entrance just for organized group, that are squeezed on the pick-up track. The next example how powerful $ is in Cambodia…












Angkor W(h)at?


Link 01.05.2011 :: 20:06 Komentuj (0)
czyli świątynie w cenie 1 $*...

Nie wiedziałam, że tyle rzeczy na świecie może kosztować jednego dolara… Przejażdżka tuk-tukiem, butelka wody, komplet 20 bransoletek z muliny czy 10 pocztówek wyglądających jak drukowane na domowej drukarce… To też chyba cena szczęścia, zmiany życia na lepsze czy cudu – każde dziecko czy ofiara miny lądowej w Siam Reap prosi o jednego dolara.

Siam Reap to trochę taka zachodnia enklawa w Kambodży. Rocznie to miasto odwiedza 2 miliony turystów (przy 128 tysiącach mieszkańców). A raczej nie odwiedza, tylko śpi i je, a zwiedza okoliczny Ankor Wat. Turyści wpadają zazwyczaj na 3 dni, aby później uciec z powrotem do bezpiecznej i sterylnie czystej (jak na azjatyckie warunki) Tajlandii. Jedzą w lokalnych knajpach z angielskim menu, wyjmują dolary w lokalnych bankomatach a wieczorami chodzą na bazary, by stargować najlepszą cenę za posążek Buddy. Chodzą po ruinach w przykusych spodenkach (bo gorąco), pomimo tego że Angkor to nadal miejsce święte dla buddystów. I dla ich dobra władze miasta zakazały wypożyczania motorów (sic!!!).

Angkor Wat to największa świątynia w Angkor – pozostałościach miasta, które uznawane jest za największe miasto na świecie sprzed rewolucji przemysłowej (jego potęga przypadła na okres od IX do XIII w. i zamieszkiwane było przez ponad milion osób). A teraz o potędze Khmerów świadczą tylko ruiny świątyń, porozrzucane na terenie 400 km2. Świątynie przytłaczające swoim ogromem (jak Angkor Wat z 3 wieżami) i ledwo widoczne pomiędzy drzewami. Te zadeptywane przez turystów i te, którymi prawie nikt się nie interesuje. Położone na wzgórzach, wyspach, w dżungli. Wszystkie bogato zdobione, przepełnione asparami – tańczącymi topless nimfami uosabiającymi kobiece piękno i nagami – wielogłowymi wężami – strażnikami. Kamienne twarze, posągi buddy, drzewa rozsadzające świątynie…

Zakochałam się w świątyni Banteay Srey, położonej 37 km od głównego kompleku. Dzięki temu można tam trochę pobyć samemu (polecam zaraz po wschodzie słońca, świątynia jest czerwona i w porannych promieniach prezentuje się jak z bajki). Szkoda tylko że pan policjant jest bardzo chętny by wpuszczać do środka świątyni, która jest w renowacji (oczywiście za dolara…).

Angkor Wat warto odwiedzić, bez dwóch zdań. Ale przede wszystkim warto pojechać do Kambodży, przejechać się motorem po wioskach, pograć z dziećmi na plaży, spróbować soku z trzciny cukrowej, przeżyć slalom autobusem pomiędzy dziurami na autostradzie i zostawić Lonely Planet w domu (w tym kraju jak w żadnym innym). Bo Siam Reap to nie Kambodża…

*Prawie wszystko w Siam Reap kosztuje 1$, oprócz biletu wstępu do kompleksu świątynnego – ta cena jest bardzo zachodnia…

__________________________________________________________________________________

or a tempe that costs 1$*...

I haven’t known that so many thinks cost 1$... A tuk-tuk ride, bottle of water, 20 bracelets made from colorful strings or 10 postcards looking like printed on home printer. It seems that 1$ is also the price of happiness, life change or miracle – every single kid of land mine casualty beg for 1$.

Siam Reap is a Western enclave in Cambodia. It’s visited by 2 million tourists every year (and it has just 128 000 inhabitants). Ups, shouldn’t have written “visited”, they just come to eat and sleep here, but actually they visit nearby Angkor Wat. Tourists usually come just for 3 days, and after that return to safe and sterile (for Asian standards) Thailand. They eat in local restaurants with English menu, use local ATM to get dollars and spend evening on markets, barging for the best price for a Buddha statue. They walk around ruins in skimpy shorts (it so hot), even if it still holly place for Buddhists. And the authorities have banned motorbike rental (for the sake of foreigners).

Angkor Wat is the biggest temple in Angkor – the remains of the city, which flourished from approximately the 9th to 13th centuries and was inhabited by more than million people (that makes Angkor the biggest city ever before industrial revolution). Nowadays, the only vestiges of Khmer power are ruins of temples, spread over surface of 400 km2. Temples so big, that overwhelming, like Angkor Wat with its 3 towers and so small, that is very difficult to notice them among trees. Temples trampled by tourists and the ones, that nobody cares about. Located on the hills, islands, in the jungle. All of them are richly decorated and full of Asparas (celestial nymphs, always bare-breasted and usually dancing, representing an ideal of female beauty)and Nagas (many-headed mythical serpent). Stone faces, Buddha statues, trees destroying temples…

I fall in love with Banteay Srey, the red colored temple located 37 km north of Angkor Wat red colored temple. Not so many tourists come here and it’s possible to enjoy the quite. But it’s a pity, that the policeman is really eager to let you go inside the temple, that is under renovation (of course for 1$).

There is no doubt that Angkor Wat is a must-see place. But the most important is to go to Cambodia – ride a motorbike through villages, play with children on the beach, drink some sugar cane juice, survive bus ride among road holes on the highway and leave Lonely Planet home (here it’s even more important than in other countries). Because Siam Reap is not Cambodia…


*almost everything in Siam Reap cost 1$, except passes – their price is very western…



















Wioski, które zmieniają adres / Villages that change address


Link 26.04.2011 :: 20:53 Komentuj (0)
Do tej pory wiedziałam o istnieniu wiosek bez nazw, za małych by ktoś ważny się potrudził by nadać im nazwę, zapomnianych przez świat i żyjących trochę własnym życiem. A w Kambodży odkryłam wioski, które zmieniają miejsce, w zależności od ilości wody w rzece. Wioski pływające, gdzie wszystko – szkoła, świątynia, sklep i każdy dom unosi się na wodzi i trochę niezależnie od nikogo zmienia adres. Wioski, w których listonosz dzielnie wiosłuje, by dostarczyć listy a dzieci podwożone są do szkół łódkami, a jedyny sposób by się do nich dostać to przeładowana łódź, gdzie najmilej siedzi się na dachu.

____________________________________________________________________________________

Up until now I've seen many villages without names, too small to be known by someone important, forgotten by the world, living at their own pace. In Cambodia I even discovered villages that change place, depending on the amount of water in the river. Everything in these floating villages - the school, temple, shops and houses - float on water and change address frequently. In these villages, the postman has to paddle and the children are given a lift to school on a boat. The most enjoyable way to reach these villages is sitting on the roof of an overloaded boat.