Śladami Gandalfa / Following Gandalf’s lead


Link 28.05.2011 :: 17:24 Komentuj (0)

Jak wieść gminna niesie, kręcono tu niektóre sceny z „Władcy Pierścieni”. Jakoś w to mi się za bardzo wierzyć nie chce, biorąc pod uwagę chińską biurokrację i brak jakiegokolwiek zaplecza turystycznego w promieniu 90 kilometrów (najbliższe w Pekinie). Nie widziałam też żadnego pomnika Legolasa ani tablicy pamiątkowej. Jednak bez wątpienia w Cuan Bai jakiś film kręcono, bo miejsce jest bardzo urokliwe. Oddalone od stolicy 2 godziny jazdy autobusem, otoczone górami senne miasteczko z wąskimi uliczkami, schodkami i małymi podwórkami. Zupełnie inne Chiny. Na dodatek niebo jest niebieskie, czego nie można powiedzieć o żadnym z chińskich miast – spaliny robią swoje…

więcej zdjęć z Chin

i jeszcze więcej

_____________________________________________________________________________________

The local myth says that the „Lord of the Ring” was shot here. I doubt it, especially taking Chinese bureaucracy and the fact, that the nearest accommodation you can get in Beijing (90 kilometers away), into consideration. I haven’t seen any Legolas’ monument or plaque. But for sure Cuan Bai is a perfect movie scenery and very charming place. The sleepy little town 2 hours ride from the capital, surrounded by mountains, with narrow alleys, staircases and small courtyards. China with totally unknown face. Additionally, the sky is blue, what doesn’t happen in Chinese cities – pollutions makes difference…


more photos from China

and more
















胡同 znaczy dusza / 胡同 means soul


Link 21.05.2011 :: 16:46 Komentuj (1)

胡同 - hutongi to dusza. Dusza Pekinu. Miasta, gdzie można znaleźć wszystko, od stadionu olimpijskiego po ślady dynastii Ming, plac Tiananmen i kult Mao na każdym kroku. Miasta, które może kiedyś było przyjazne dla rowerzystów, a teraz jest zakorkowaną metropolią, wahającą się pomiędzy zachodnimi wieżowcami i sklepami światowej sławy projektantów, a chińskim chaosem, pluciem pod nogi na ulicach i rozmowami o głośności startującego odrzutowca.

Jednak włócząc się po hutongach, tradycyjnych dzielnicach gdzie wąskie uliczki otoczone są szarymi domkami z wielkimi podwórzami, nie miałam najmniejszych wątpliwości – Pekin jest po prostu pekiński. Bogate zdobione bramy obok wysypisk śmieci, kolorowe malowidła i powybijane szyby, przejścia tak wąskie, że ledwo przeciskają się dwa rowery . A wkoło tylko para, na której gotuje się pierożki, im bliżej ulicy tym lepiej.

Hutongi dla dużej części osób zajmują tylko cenną powierzchnię w centrum miasta – co chwila jakaś dzielnica zostaje wyburzana, ludzie przesiedlani są w bardziej luksusowe i mniej tradycyjne warunki, a na miejscu szarych domków powstają drapacze chmur czy drogi szybkiego ruchu… Dla innych to po prostu dom, teren z niesamowitym potencjałem kulturalnym ( powoli powstają tutaj kawiarenki i małe galerie) czy po prostu miejsce, bez którego Pekin już nie będzie taki sam… Dusza Pekinu.

_______________________________________________________________________________

胡同 means soul. The soul of Beijing. The city, where you can find everything, from Olympic Stadium to remains of Ming dynasty, Tiananmen square and Mao’s cult everywhere. The city, that probably used to be bikes-friendly, but nowadays is just another metropolis that struggles with traffic jams and hesitates between Western style skyscrapers and boutiques of world-known designers on the one side, and Chinese chaos, splitting on streets and talks as laud as jets on the other.

When I was walking around hutongs (narrow alleys formed by lines of traditional courtyard residences), I didn’t have any doubts – Beijing is just Beijing-styled. Reach decorated gates next to a landfill, colorful wall paintings and broken windows, alleys so narrow that two bikes have problems with passing over. And everything is covered by steam, used for dumplings cooking.

Hutongs, according to some, just waste priceless areas in the city center – hutongs are still demolished, people are resettled into more luxurious and less traditional conditions, and new skyscrapers ore highways are built… For others, hutongs mean simply home, the area with amazing cultural potential (still new cafes and galleries are set up) or the place, that cause Beijing is BEIJING… The soul of the city.


















Lepsze miasto, lepsze życie* / Better city, better life*


Link 14.05.2011 :: 18:31 Komentuj (0)
Oglądaliście „Szanghaj Ekspres” ? Jeśli nie to najwyższa pora i najlepiej zaraz potem kupcie bilet lotniczy do Chin. A ja ze swojej strony mogę obiecać, że już nigdy nie powiem że nie lubię dużych miast. Po prostu nie kręcą mnie „małe duże” miasta (takie poniżej 20 milionów mieszkańców:), bo Szanghaj (zdjęcie # 1) mnie oczarował.

Rok w Szanghaju to mało, a doba to tyle co nic, jednak poniżej znajdziecie moją propozycję na intensywne, tanie i różnorodne 24 godziny w największym mieście na świecie. Ale ostrzegam – to wersja tylko dla tych, co mają wygodne buty i budzik, aby rano wstać:)

Dzień warto zacząć spacerem po Francuskiej Dzielnicy, gdzie pomiędzy europejsko wyglądającymi kamieniczkami (#2) bez względu na porę dnia rozwieszone jest pranie, a obcokrajowcy w idealnie skrojonych garniturach prężnym krokiem zmierzają do pracy w międzynarodowych korporacjach. Dla tych co niekoniecznie muszą jeść muesli na śniadanie proponuję chińską odmianę wrap’a od pani z przewoźnym straganem (#3) i mleczną herbatę z żelowymi perełkami na dnie (#4 - moje nowe chińskie uzależnienie, bez niej dzień uważam na stracony). A że posiłek można wziąć w garść możemy spacerować dalej, odkrywając ciągle wieczny komunizm (# 5) i małe szykowne butiki z cenami iście zachodnimi (#6). A na deser proponuję mój ukochany Fuxing Park, gdzie staruszkowie aktywnie spędzają czas (#7) i kwitną wszelkie rodzaje róż…

Kiedyś nazywano Szanghaj „Paryżem Wschodu”, ale mimo wszystko to bardzo chińskie miasto – zapraszam więc na starówkę(#8). Na targu zwierzęco-rybnym możecie kupić dosłownie wszystko, łącznie ze świerszczami na szczęście (#9), a po paru godzinach spacerowania niezapomniany lunch – krewetki na ostro oczywiście również ze straganu dostaniecie na ulicy Shouning (#10).

Następny przystanek – Plac Ludowy (# 11 - każde szanujące się miasto komunistyczne powinno posiadać imponujące miejsce zgromadzeń i parad, czyż nie?). Zazwyczaj omijam szerokim łukiem azjatyckie muzea, ale na Szanghajską Wystawę Planowania Przestrzeni Miejskiej niewątpliwie warto się wybrać – makieta miasta jest wielkości boiska do siatkówki (#12)! Z placu w stronę rzeki udajemy się ulicą Nanjing – na pewno znajdziecie tam mnóstwo sklepów, dziwnych pomników (#13), a może nawet zostaniecie zaproszeni przez żwawego chińskiego staruszka do walca na środku ulicy (#14:).

Bund ( nadrzeczna promenada) to serce miasta z cudownym ( i bardzo słynnym) widokiem na dzielnicę finansową – Pudong (#15) – naprawdę człowiek czuje się tutaj jak władca świata albo co najmniej aktor występujący w jakiejś reklamie;) Siedząc na murku możemy na kolację zjeść pierożki, do wyboru na parze, podsmażane lub gotowane (#16 - wspominałam Wam, że Chiny to pierożkowy raj?:).
Wieczorem pora na coś dla ducha – proponuję multimedialno-muzyczny pokaz akrobatyczny „Era” – ponadczasowa historia miłosna bez użycia ani jednego słowa po chińsku, gdzie emocje są przekazywane tylko przy pomocy ciał – coś tak pięknego, że po raz pierwszy od dłuższego czasu nie mogłam zasnąć… A jeśli komuś ciągle brak wrażeń, to co powiecie na przejażdżkę na lotnisko nocą najszybszym pociągiem na świecie (Maglev, osiąga prędkość 431 km/h)?

Szanghaj – miasto, gdzie tradycja łączy się z nowoczesnością (#17), pełne urokliwych zaułków (#18) i Chińczyków (#19 i 20). I jak to go nie kochać?

*Temat Expo 2010, które odbyło się w Szanghaju.

_____________________________________________________________________

Have you ever watched ‘Shanghai Express’. If not, you should do it and buy the air-ticket to China after that. And I promise not to claim any more that I don’t like big cities. The issue is that I don’t fancy “small big cities” (population less than 20 millions) - Shanghai (photo #2) has enchanted me.

One year in Shanghai is definitely too short time, not even mentioning one day. But here you can find my proposition of intensive, cheap and various 24 hours in the biggest city in the World (just for people with comfortable shoes and the alarm clock, that will help them to wake up early:)
The best idea to start a day is to walk around French Concession, where laundry is hanged between European-style houses (#2) and ex-pacts in perfectly sewed suits hurry to work in international corporations. If you can survive not-muesli breakfast, I can recommend Asian version of a wrap form the food stall (#3) and of course bubble milk tea ( it’s my new Chinese addiction, without it life has no taste). We can take-away our meal, so walking around we will find communism still alive (#5) and small chic boutiques with really Western prices (#6). And definitely the must do is a visit in my favorite Fuxing Park, where not only the elders spend time actively (#7), but also roses of any kind you can imagine flourish.

Shanghai was called „Paris of East”, but it’s first of all Chinese city, so it’s time for the Old City. Visiting pets & fishes market you can find everything, including crickets (#9), which bring luck. Additionally, Shouning road is the best place for lunch – spicy shrimps(#10).

Our next stop – the People’s Square (#11 – every communistic city should has impressive gathering place, shouldn’t it?). Usually I don’t go to Asian museums, but Shanghai Urban Planning Exhibition Hall is an exception – the model of the city is of the size of volleyball field (#12)! Towards river direction you can walk down the Nanjing street – full of shops, weird monuments(#13) and maybe even some old Chinese man will ask you to dance waltz just on the street (#14).

The Bund is the city heart with amazing (and very famous) view on the financial district – Pudong (#15). I felt there like the master of the World, or at least actress from a commercial:) Sitting and admiring the surrounding you can eat dinner – dumplings (#16 – have I mentioned that China is a dumplings paradise?:).

The evening is perfect time for some artistic experience – I went to see multimedia acrobatic show “Era” – timeless love story without any Chinese word – the emotions were showed just by bodies. It was so beautifully, that for the first time for the very long time I had problems with falling asleep that night – I was so moved… And if you don’t have enough attraction for one day, maybe think about night trip to the airport by the fastest train in the World (Maglev with the speed of 431 km/h).

Shanghai – the city where tradition mix with modernity (#17), full of charming views (#18) and Chinese people (#19 & 20). So how can you not love it?

*The topic of Expo 2010, that took place in Shanghai.
































Moja pierwsza chińska misja (nie)możliwa… / My first Chinese mission (im)possibile…


Link 10.05.2011 :: 17:25 Komentuj (1)

czyli czego można się nauczyć przez pierwsze 5 godzin w Chinach.

Moje pierwsze zadanie w Chinach było całkiem proste – przejechać z lotniska w Szanghaju (tak, macie rację – to to największe pod względem populacji miasto na świecie – bagatela 23 miliony osób, ponad połowa obywateli Polski...) do Wuxi, małego miasteczka ( „tylko” 4 miliony mieszkańców, a wśród nich Sally – moja znajoma Amerykanka, którą poznałam w Chiang Mai) – w sumie jakaś godzina jazdy pociągiem. Wyglądało na proste, ale przyjechałam do Chin po wyzwania, więc tak łatwo nie było….

10. minuta – po opuszczeniu samolotu udałam się do łazienki, stoję grzecznie w kolejce, zmęczona i już tęskniąca za Tajlandią, a tu jakaś kobiecina zaatakowała mnie z biodra i wepchnęła się przede mnie, nie wyglądając nawet odrobinę na skruszoną . Lekcja nr 1 – Chińczyków jest baaaardzo dużo, więc życie to walka o przetrwanie w dosłownym tego słowa znaczeniu i pojęcie „kolejka” to dla nich pojęcie obce… To nie śmieszne, ale po paru dniach tutaj zauważyłam u siebie wzrost poziomu agresji, na szczęście mogę go wyładowywać na ulicach…

20. minuta – odprawa paszportowa, nie wpisałam gdzie zamierzam się zatrzymać (nie będę im donosić na Sally:) i tłumaczę, że znajdę sobie jakiś hostel. Pani mi tłumaczy, że tak być nie może, więc wpisuję „Shanghai guest house” – oczywiście coś takiego nie istnieje, ale zadowolona Chinka puszcza mnie dalej. Lekcja nr 2 – biurokracja to rzecz święta (pominę fakt, że nie zameldowałam nigdzie swojego pobytu, bo nikt w Wuxi nie chciał tego zrobić, więc zapewne nie wypuszczą mnie z kraju:)

22. minuta – idę po bagaż i znajduję go na karuzeli nr… 37! Duże miasto, duże lotnisko. Lekcja nr 3 – w Chinach wszystko jest duże (oprócz mnie – ja się czuję tu malutka).

27. minuta – wychodzę z lotniska i zagaduje mnie jakiś pan w garniturze (łamaną angielszczyzną jednoczasową). Mówię mu, że chcę dojechać na dworzec kolejowy, a on na to że muszę wziąć taksówkę, bo daleko, most zerwany, autobusy już nie kursuję a na ulicach Szanghaju trwają zamieszki – mogłam się domyślić – oczywiście okazał się taksówkowym naganiaczem… Lekcja nr 4 – gdy ktoś zaczyna do Ciebie mówić w Chinach pierwszy to znaczy, że zapewne coś chce.

Po opuszczeniu pana bez problemu znalazłam autobus nr 5, który zawiózł mnie wprost na dworzec. Jazda autobusem (1,5 godziny) przebiegła bez żadnych rewelacji, zjadłam ciasteczka Oreo – ostatni łącznik z Azją południowo-wschodnią i czytałam Murakami’ego (powinnam sobie zorganizować coś z literatury chińskiej by wprawić się w klimat). Wspominałam że podróżuję po Chinach bez przewodnika?:)

100.minuta – Docieram na dworzec, przechodzę przez kontrolę (w Chinach sami terroryści) i szukam kasy. Znalazłam poczekalnię, sklepy, toalety i punkty z wrzącą wodą (bo przecież trzeba czymś zalać zupkę chińską), a kas ani śladu. Lekcja nr 5 – kasy nie są na dworcu (Chińczyków nie wpuszczają na dworzec bez biletu, obcokrajowców tak – za dużo zachodu by wytłumaczyć im że chce się zobaczyć ich bilet) tylko obok.

110. minuta – kasy okazują się być automatami, z radością naciskam przycisk „opcja angielska”, ale piekielna maszyna nie chce znaleźć mi żadnego pociągu do Wuxi…. Pierwsza maszyna, druga, trzecia i tak do piętnastej… Podchodzę do jakiegoś pana, pytam się w języku Szekspira czy może mi pomóc, bo coś jest nie tak, a on na to odpowiada mi w języku Mao i mówi przez dobre 2 minuty, pomimo moich wyraźnych protestów że go nie rozumiem. Taka sama sytuacja z 3 kolejnymi osobami, a 10 następnych po prostu ucieka. Lekcja nr 6 – w Chinach wszyscy mówią po chińsku (nic dziwnego) i zakładają, że ja też jesteś Chinką.

130. minuta –ze łzami w oczach i gotowa spędzić noc na dworcu zagaduję do Chinki (jak się później okazuje nauczycielki sportu w podstawówce), która pokazała, że umie mówić „ciut ciut” po angielsku i każe mi podążać za sobą. Po 10 minutach docieramy do jakiegoś podejrzanego miejsca, które okazuje się być normalnym holem kasowym, kupujemy bilet do Wuxi (20 juan, Sally mówiła że będzie 50, ale myślę sobie że zapewne dostałam zniżkę) i moja Chinka odprowadza mnie na peron. Lekcja nr 7 – niektórzy Chińczycy są pomocni, a w automatach można kupić bilety tylko na super szybkie pociągi, które wieczorami nie kursują.

170. minuta – wsiadam do pociągu. Według Sally miał być „ładny, czysty i komfortowy”, mi bardziej przypomina pociąg na Ukrainie i to podmiejski – każdy pasażer ma więcej siat niż ja, na początku musiałam przegonić Chińczyka ze swojego miejsca a w międzyczasie można kupić zestaw do paznokci lub wycieraczkę, do pełni szczęścia brakuje kur w koszykach. Wszyscy się na mnie patrzą… Ja też się patrzę, ale to silniejsze ode mnie, bo chłopak który siedzi naprzeciwko mnie swoją fryzurę układał chyba przez 2 godziny. Lekcja nr 8 – jeśli ktoś Ci mówi, że Wuxi to 8. najpopularniejsze miasto na turystycznej mapie Chin to ma na myśli chińskich turystów – nie widziałam w drodze żadnego obcokrajowca, w ogóle jedyni jakich tu spotkałam to nauczyciele angielskiego na kampusie.

280 minuta – jakimś cudem dotarłam na kampus, na którym mieszka Sally i stoję pod bramą (ktoś w pociągu znał angielski, złapał dla mnie taksówkę i wytłumaczył kierowcy, gdzie ma mnie zawieść). Stoję, czekam i marznę… Lekcja nr 9 – studenci chińscy mówią po angielsku, a przynajmniej opanowali dialogi z amerykańskich filmów – zostałam zaproszona żeby z nimi „przenocować”…

300 minuta – nadjeżdża Sally, na kradzionym (pożyczonym) rowerze. Lekcja nr 10 – kampus Jiagnan ma dwie bramy, jedną w stylu chińskim drugą w greckim (???), oddalone od siebie jakieś dobre 1,5 km i ja oczywiście miałam być przy tej drugiej…

Zasłużona nagroda –mieszkanie z kuchnią i łazienka z kabiną prysznicową (śmiejcie się śmiejcie, nie widziałam tego wynalazku od ponad 7 miesięcy!). Chyba jednak polubię Chiny:)

p.s. czy polecałam Wam już bloga Sally? – Jest naprawdę niesamowity – www.unbravegirl.com

______________________________________________________________________________

or what you can learn during your first five hours in China.

My first mission in China seemed to be pretty easy – to get from Shanghai airport (yes, you’re right – it’s the most populated city on the World – 23 millions of people, more than half of Polish population) to Wuxi (small city, “just” 4 millions of inhabitants and Sally – my American friend who I met in Chiang Mai) – one hour by train. It looked like easy one, but I came to China looking for challenges, so it wasn’t so easy…

The 10th minute – after leaving the airplane I went to the rest-room, I was tired and missing Thailand… And suddenly, the old lady attacked me using her hip and shoved herself in front of me. The lesson # 1 – there is so many Chinese people, that everyday life is a fight (and the term “queuing up” is unknown for them). It’s not funny, but after a while I noticed that the level of my aggression raised. Luckily I can vent it all easily on the streets.

The 20th minute – passport control, I didn’t put anything in „place of stay” box (I didn’t want denounce Sally:) and I tried to explain, that I would find some place to stay, the lady of course said it couldn’t be like that, so I just wrote “Shanghai guest house” – of course that place doesn’t exist. The lesson # 2 – the bureaucracy is sacred (I won’t mention the fact that I haven’t registered my stay yet, because nobody in Wuxi wanted to register me, so probably I won’t be allowed to leave that beautiful country:).

The 22nd minute – I went to pick my backpack from… the carousel # 37! The big city, the big airport. The lesson # 3 – everything in China is big (except me – I feel like being very small).

The 27th minute – after leaving the airport a guy suited-up (and using one-tense version of English) started to talk to me, offering his assistance. I told him that I was going to train station and he claimed that I should grab a taxi, because it’s far away, the bridge is broken, the buses don’t work anymore and there is a riot on the Shanghai streets. I should have guessed it before – he was a taxi-pester. The lesson # 4 – if somebody starts to
talk to you first in China it’s probably means he wants something.

After that I didn’t have any difficulties with finding bus # 5, that took me directly to the train station. I ate my Oreo cakes – my last “liaison” with Thailand and was reading Murakami’s book (I should have bought something about China to be more into the topic). Did I mention that I’m travelling around China without a guidebook?:)

The 100th minute – I reached the train station, went into through security control (of course there are just terrorists around in China) and was looking for ticket office. I found a waiting-room, shops, rest-rooms and point with boiling water (you can make your own instant noodle soup), but no ticket office. The lesson # 5 – the ticket office isn’t located inside the train station, but outside ( being a Chinese you can just go into train station with a ticket, being a foreigner you can do it without – I think trying to explain us what they want is to many efforts for them).

The 110th minute – the ticket office turned out to be full-automatic, so I was happy to choose “English version”, but the machine didn’t work. The same happened with the second, the third and the fifteenth one … So I approached one guy and asked him in Shakespeare’s language if he could help me. And he answered me in Mao’s language and his speech took 2 minutes, even if I protested and showed him that I don’t speak Chinese. The same situation happened with 3 next people, and the 10 more just escaped… The lesson # 6 – in China people speak Chinese (nothing surprising) and they assume I’m Chinese as well.

The 130th minute – I had eyes full of tears and was mentally ready to stay overnight on the train station. Finally one Chinese woman showed me that she could speak English a little and asked me to follow her. We reached tickets hallway after 10 minutes long walk, she bought me a ticket (20 yuans, Sally told it would be 50, but I thought to myself “I got a discount”) and my new Chinese friend saw me of the platform. The lesson # 7 – some Chinese people are helpful and you can just get express train tickets in the machines.

The 170th minute – I got on the train. According to Sally, it’s “clean, nice and comfy”, but it reminded Ukrainian suburban train for me – each passenger had more staff than I did, on the beginning I had to explain to Chinese person that it was my place he was sitting on and I was able to buy manicure set and a doormat during the ride. Everyone kept staring at me… I were also starring, but I couldn’t do anything about it – the guy sitting opposite to me had spent probably 2 hours modeling his hair. The lesson nr # 8 – if somebody tells you that Wuxi is the 8th popular tourist destination he means “among Chinese people” – I haven’t met any foreigners except those teaching English at University.

The 280th minute – the miracle happened and finally I reached the campus where Sally lives – somebody in train knew English, called taxi for me and explained the driver where I wanted to go. So, I was waiting and waiting for Sally to pick me up…The lesson # 9 – Chinese students speak English (at least they know dialogs from American movies) – I was invited to stay “overnight”…

The 300th minute – Sally came, using stolen (borrowed) bike. The lesson # 10 – there are two gates at Jiagnan Campus, the one is in Chinese style and the other in Greek (!!!) and they are around 1,5 km away from each other. And of course I was supposed to be near the other gate…

The reward – apartment with a kitchen and shower-door (yes, probably you’re laughing, but I haven’t seen it for 7 months!). So, maybe I’ll get to like China:)

p.s. have I recommended Sally’s blog already? It’s really awesome www.unbravegirl.com