Czarne oczy Mongolii / Black eyes of Mongolia


Link 11.06.2011 :: 15:01 Komentuj (0)
Mongolia ma czarne oczy. Czarne oczy dzieci, których wszędzie jest pełno. Oczy pełne obaw o przyszłość, a zarazem dziecięcej ufności. Oczy, w które można się patrzeć godzinami. A ja nareszcie sobie przypomniałam, że nie konwenanse są najważniejsze – najważniejsze jest, by zawsze patrzeć prosto w oczy, zarówno sobie jak i drugiej osobie…

__________________________________________________________________________

Mongolia has black eyes. Black eyes of kids – they’re everywhere. Eyes full of childhood reliance and fears about future. Eyes, that you can stare at for ages. And those eyes reminded me, that the convention isn’t the most important – the most important is to look directly into your own and others’ eyes….




























Zielona Mongolia o smaku mleka jaka.


Link 11.06.2011 :: 14:42 Komentuj (1)

Cokolwiek napisałabym o Mongolii, nie odda tego jaki naprawdę jest to kraj. Przez niecałe 3 tygodnie pobytu czułam się jak na co najmniej 3 różnych planetach, wpadałam z euforii w nienawiść, chciałam kupować bilet lotniczy i wracać natychmiast do Polski bądź wychodzić za mąż za mongolskiego zapaśnika i mieć 10 pięknych dzieci o czerwonych policzkach. Czułam się jak najgorsza turystka wtykająca nos tam, gdzie są mili bo turystka ma kasę, a czasami jak bohater „Into the Wild”. Jedno jest pewne – Mongolia w mojej pamięci zapisała się jako jedno słowo – EMOCJE.

Na terytorium 5 razy większym niż powierzchnia Polski mieszka 3 miliony mieszkańców. Z tego połowa w stolicy. Nie wiem dokładnie ile jest dróg asfaltowych, ale jedyne jakie widziałam kończą się 100 kilometrów za Ułan Bator. Mongolscy kierowcy muszą mieć chyba wczepionego w mózg GPS-a, bo pozostała część kraju pokryta jest siecią bieszczadzkich szlaków i ścieżek, ale na pewno nie dróg(pominę jednak historie drogowe jakich się nasłuchałam, na czele z utopieniem ciężarówki pełnej towarów w zamarzniętym jeziorze…). A za przejazd drogą a’la moja wioska 10 lat temu trzeba płacić, bo to przecież autostrada.

Podróżując po krajach południowo-wschodniej Azji zazwyczaj widzi się piękne, wręcz idylliczne obrazy szczęśliwych ludzi, a o problemach społecznych można dowiedzieć się tylko, gdy z kimś naprawdę się zaprzyjaźni i zyska się zaufanie. Albo gdy ma się dostęp do BBC. W Mongolii jest zupełnie inaczej i wszystko widać gołym okiem. Mongolia to pechowy kraj… Geograficznie służy za bufor między Chinami a Rosją i jak podskoczy za wysoko, to albo Rosjanie zablokują dostawy diesla i wtedy wszystkie ceny idą w górę, albo Chińczycy przyblokują na dzień granicę i w sklepach brakuje dosłownie wszystkiego (oczywiście oprócz mięsa). W zimie temperatura spada do -50 (ale przy – 20 dzieciaki grają w koszykówkę bez rękawiczek, za to w kalesonach i nikomu nie przeszło przez myśl zamykać szkoły z powodu mrozów). W Ułan Bator cały czas miałam wrażenie, że miasto nadal jest w pierwszym stadium post-komunistycznej transformacji, a przecież od 20 lat powinni budować demokrację. Ile razy wsiadłam do autobusu, tyle razy do mojej torby nieudolnie dopierał się jakiś kieszonkowiec i nikt, ale to nikt nie reagował, nawet jak się z nim szarpałam trzymając go za nadgarstek. Ciężko jest sobie mi wyobrazić ten kraj za 20 lat… Pewnie będzie podobnie, bo rząd zamiast inwestować pieniądze, których nie ma wcale tak mało (Gobi jest nie tylko złota bo piaszczysta…), co miesiąc przekazuje równowartość 50 zł każdemu obywatelowi.

Mongolia to piękny kraj, w którym naprawdę człowiek czuje się malutki wobec Natury. Niebo jest błękitne, wiatr rządzi wszystkim wkoło, wszystko jest wyolbrzymione – zwierzęta, kolory, dźwięki. Nadal w czerwcu niektóre jeziora są zamarznięte. Na północy królują majestatyczne jaki, na południu wielbłądy, a każdy Mongoł jest księciem na białym koniu.

W wyniku pewnych nieplanowanych okoliczności zatrzymałam się na chwilę w jurcie kobiety, która chodziła zgięta idealnie w pół, choć z twarzy miała 50 lat. Mongołowie są gościnnie. Nic dziwnego, przecież każdy Mongoł to w głębi duszy Nomad i wie jak to jest tułać się z miejsca na miejsce. Więc babulenka wyciągnęła z szafy ciasteczka a’la polskie amoniaczki (moja babcia takie robiła, babcie na całym świecie są takie same!) i zabrała się do przygotowywania herbaty. Herbaty z mleka jaka. A więc rozpaliła w piecyku używając zwierzęcych odchodów. Mleko wlała ze szklanej butelki wielotysięcznego użytku. Wodę zaczerpnęła z wielkiej, niebieskiej beczki sprzed jurty. Wygiętym widelcem wyskrobała z miski resztki masła. Wszystko zamieszała, zagotowała i sypnęła rosyjską czarną herbatą wykonując ruchy jak czarownica (a może była szamanką?). Ja przyglądałam się temu wszystkiemu z perspektywy twardego łóżka, które stało między szafą obklejoną zdjęciami zapaśników a malowanym kufrem. Przyglądałam się z przerażeniem, przypominając sobie wszystko co wiem o chorobach brudnych rąk… Ale herbata była najlepsza jaką w życiu piłam.

Polacy i Mongołowie są trochę do siebie podobni. Wszyscy żyjemy mitem wielkiej przeszłości. Nad stepami i lasami Mongolii nadal unosi się duch Czyngis-chan i jego kilkutysięcznej armii na koniach. A Bajkał to mongolskie jezioro, które kiedyś będzie odzyskane.

Wbrew temu co wszyscy mówią i piszą, można przemieszczać się po kraju bez zorganizowanego jeepa i noclegu w specjalnie przygotowanych dla turystów jurtach z elektrycznością. Oczywiście, z biurem podróży przez tydzień było mi bardzo miło, ale czy o to w podróżowaniu chodzi? Więc zamieniłam harmonogram na mongolską komunikacyjną nieprzewidywalność, spanie w namiocie nad zamarzniętym jeziorem, jedzenie na zmianę ryżu i makaronu, bo to najłatwiej ugotować na ognisku. A w wiosce w której chciałam chwilę posiedzieć i odpocząć po trekkingu (Hatgal, tuż przy granicy z Rosją) w zamian za gotowanie dla 8 osób pozwolono mi zamieszkać w jeszcze zamkniętym schronisku i chwile, który nie spędzałam na dokładaniu drewna do pieca, spędzałam na koniu. Rano pani z wioski przynosiła mi sama z siebie domowy chleb (a później bez znajomości ani jednego słowa we wspólnym języku nauczyła mnie jak go wypiekać), ja mogłam się odwdzięczyć tylko polską czekoladą i bawieniem się z dziećmi ringo.

Emocje to życie. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do Mongolii.





















Tęczowy most i czosnek – kolej transsyberyjska odcinek pierwszy….


Link 10.06.2011 :: 18:56 Komentuj (1)
…albo poradnik dla oszczędnych - jak zamiast 700 zł zapłacić 100:)

Kolej transsyberyjska syberyjska jest tylko z nazwy, przez Syberię nie przejeżdża, a raczej idealnie ją omija. Ale już sama nazwa rozbudza marzenia o czymś tajemniczym, tylko dla wybranych i odważnych. Może i tak było na początku XX wieku, gdy budowano 3 linie łączące Moskwę z Władywostokiem, Ułan Bator i Pekinem. Teraz ten szlak codziennie przemierzają nie tylko przemytnicy, rozdzielone granicami rodziny i ludzie, w których trasa nie wzbudza najmniejszych emocji, ale też rzesze turystów. Niektórzy z walizkami, większość z plecakami, od 18 lat do 99, wybrańcy w luksusowych przedziałach z prysznicami, a’la perskimi dywanami i rzekomo działającym wi-fi.

Świat już chyba dawno nie widział tak źle przygotowanej podrózniczki jak ja:) Obecnie nie posiadam żadnego przewodnika ani rozmówek, a jedynie mapę Mongolii. „Lonely Planet” na dłuższą metę jest denerwujący ze wszystkimi poradami co wolno a czego nie… Więc nieświadoma niczego udałam się do jedynego miejsca w Pekinie, hotelu Intercontinental, gdzie obcokrajowcowi łaskawie pozwala się kupić bilet do Ułan-Bator (Chińczyk czy Mongoł oczywiście może to zrobić jak Bóg przykazał na dworcu i nie musi latać po mieście i uśmiechać się do portiera). A tam po raz pierwszy chyba od momentu kiedy opuściłam Polskę po prostu nie wierzyłam własnym uszom (zazwyczaj nie wierzę własnym oczom, tak zachwycające rzeczy widzę) – za 24 godziny w pociągu i przejazd ze stolicy Chin do stolicy Mongolii trzeba zapłacić…700 zł. „Trudno- pomyślałam sobie – pozostaje mi zamieszkać w Państwie Środka, trochę nawet Chinkę przypominam według niektórych, może tak źle nie będzie”. Jednak po chwili przypomniały mi się moje pociągowe wyprawy do Budapesztu, metodą od granicy do granicy, z uśmiechaniem się do konduktorów i dziękowaniem w duchu za istnienie wspólnej waluty, więc postanowiłam tej samej metody spróbować w Azji – dojadę do granicy, a później się zobaczy… Na stacji za 70 zł kupiłam bilet do Erlian, ostatniego miasta w Chinach.

W środowy poranek niekończący się pociąg wtoczył się leniwie na peron w Pekinie. Chyba przeszłam kilometr w poszukiwaniu swojego wagonu, który pomimo #1 znajdował się dokładnie w środku składu. Później odczekałam 15 minut, aż wszystkie babcie przewożące po 4 walizki o łącznej wadze 100 kilo wejdą po schodkach, a prowadnica sprawdzi paszporty. Przedział dzieliłam z 3 Chińczykami, którzy wyglądali na górników w strojach barbórkowych i zagryzali pierożki czosnkiem (w proporcjach 1:1 – pierożek + ząbek czosnku). Ale wrzątek był za darmo, a ja nareszcie byłam w legendarnym pociągu – tylko to się liczyło.

Wieczorem w Erlian wszyscy z mojego wagonu ( i kilku innych) musieli wysiąść – pociąg przekraczający granicę ma tylko kilka wagonów zamiast kilkunastu i stoi wieczność na granicy z powodu zmiany kół (różny rozstaw w Chinach i Mongolii). Prawie wszyscy pobiegli od razu w nieznanym mi kierunku, a na peronie została tylko garstka Europejczyków i Japończyk, który jak się później okazało całkiem sprawnie radził sobie z językiem chińskim . „Uf, nie spędzę nocy sama”. Więc na chwilę przestałam być samodzielną jednostką operacyjną i stałam się członkinią 8-osobowej grupy o kryptonimie „przekroczyć granicę”. Oczywiście najpierw musieliśmy przeżyć noc w przydworcowym hotelu bez prysznica i z drzwiami z kartonu, ale przynajmniej nie znalazłam martwego nietoperza pod poduszką (co kiedyś przydarzyło mi się w Indiach i chyba jest na czele najbardziej traumatycznych zdarzeń w moim życiu:)

Tak, obiło mi się o uszy że granica Erlian-Zamyn-Uud jest tylko dla ruchu samochodowego, ale… Dojechaliśmy taksówkami do granicy, jakby nigdy nic przeszliśmy chińską kontrolę, pomiędzy granicami upchnęliśmy się wszyscy do szoferki ciężarówki (co było nie lada akrobatycznym osiągnięciem), mongolska kontrola też przebiegła gładko (pomijając fakt, że chyba mój paszport się zużył i żaden skaner go nie czyta, więc strażniczka zamiast numer wprowadzić od razu ręcznie, to przez pół godziny resetowała komputer, odinstalowywała system i wzywała na pomoc wszystkich współpracowników w promieniu kilometra). Tęczowy most stojący na granicy działał na nas bardzo pozytywnie. Więc na koniec szczęśliwi zaczęliśmy wędrować w kierunku dworca kolejowego już po mongolskiej stronie, machając do przejeżdżających samochodów i rozkoszując się wiatrem (którego nie ma w Pekinie). A więc tak sobie machaliśmy niefrasobliwie, łamiąc naszą wędrówką wszystkie możliwe przepisy, aż z przejeżdżającego samochodu wyskoczyło dwóch pograniczników… Na początku byli bardzo groźni, sprawdzili nasze paszporty, kazali mi nawet ściągnąć okulary… Jednak okazali się bardzo łasi na nazywanie ich per „towarzysze oficery” i miłe rosyjskie słówka, więc w efekcie zaoferowali nam podwózkę na dworzec – tym oto sposobem przekroczenie granicy kosztowało nas po 10 zł od łebka, tyle co za taksówkę.

Pociąg osobowy (a dokładniej mityczny obszczin) z Zamyd-Uud do Ułan Bator kosztował 25 zł. Jazda trwała około 15 godzin (dziwne, jak szybko człowiekowi zmienia się perspektywa, w Europie 15 godzin to tyyyyle czasu i już prawie każdy, kto ma pokonać taki dystans, wybiera samolot, w Azji to tyle co nic i po prostu można się rozkoszować jazdą). Nasza obecność wzbudzała ciekawość wszystkich dzieci w wagonie, które z chęcią zajadały orzeszki w czekoladzie z naszych zapasów. A my za to zjedliśmy prawdziwie polski posiłek – czarny chleb, szprotki i ogórki kiszone firmy Urbanek (oprócz tego w Mongolii można dostać też produkty Wedla i draże Korsarze:). I chałwę na deser! A za oknem rozpościerała się bezkresna Mongolia, czasami zielona, czasami piaszczysta, pełna koni i wielbłądów, nocą rozgwieżdżona a nad rankiem czerwona od promieni wschodzącego słońca. Wiem, wiem, miliony były tu przede mną, ale ja się nagle poczułam jak Marco Polo…