...czyli dlaczego podróżowanie po Wietnamie jest proste i trudne zarazem?

Pewnego dnia w Hanoi policzyłam, ile razy powiedziałam „nie”… 72!!! Po 20 pierwszych przestaję się uśmiechać, po 20 kolejnych staję się niegrzeczna i mówię „nie” bez dodania „dziękuję”. Mogłabym przeprowadzać treningi asertywności „Jak odmawiać kierowcom motorów, sprzedawcom wachlarzy, kobietom z ananasami czy pracownikom spa wszelkiego rodzaju”.

Podróżowanie po Wietnamie może być bajecznie proste, myślę że nawet przewodnik jest zbędny. Z lotniska taksówkarz zabiera Cię na objazd po hotelach, w hotelu atakuje Cię agent turystyczny, proponując wycieczki od jednodniowych po miesięczne, w przy-restauracyjnej knajpie menu przetłumaczone jest na angielski. Można również wynająć samochód z kierowcą i kierowca zajmie się wszystkim, poczynając od miejsc gdzie warto zrobić pamiątkowe zdjęcia kończąc na odpowiadaniu na wszystkie pytania dotyczące wietnamskiej duszy i piciu piwa wieczorem (na Twój koszt). I nie martw się, nie musisz znać adresu agencji turystycznej – w większych miastach jest ich więcej niż banków, aptek i szkół razem wziętych.

Można spróbować podróżować po Wietnamie również inaczej – lokalnymi autobusami ( o ile wydostaniesz się z miasta na dworzec autobusowy położony 3 wioski dalej), pociągami (gdzie o 4 w nocy obudzi Cię współpasażer, który właśnie postanowił zapalić oczywiście przy wszystkich oknach zamkniętych), jeść w lokalnych miejscach (ale przez półgodziny musisz krzyczeć by złożyć zamówienie – inni są po prostu głośniejsi) i próbować na motorze dotrzeć tam, gdzie niekoniecznie będziesz poruszał się w tempie chińskiej wycieczki przed Tobą (ale dostaniesz kask a’la łupinka orzecha, chroniący tylko czubek głowy i nic więcej).

Mój romans z Wietnamem nie należał do łatwych – może miałam za mało czasu (23 dni)? Wbrew pozorom to olbrzymi kraj. Na pewno przeżyła szok po Laosie, gdzie ludzie są cisi, dzieci ciągle się śmieją i nikt nie patrzy na obcokrajowca jakby miał koszulkę z napisem „w portfelu mam mnóstwo $”. Wietnam też taki potrafi być, ale tylko tam gdzie dociera mniej turystów niż 10 dziennie, czyli w małej ilości miejsc, niestety…

Po raz pierwszy w czasie podróży rozpłakałam się z bezsilności. W La Cai jakiś facet wskazał mi drogę do lokalnego autobusu, później wsiadł za mną i zażądał, żebym zapłaciła mu 30$ za bilet (choć nie był kontrolerem, a cena biletu wynosiła 3$). Po chwili było już 3 kolesi próbujących wyrzucić mój plecak i krzyczących tak, jakby ktoś ich obdzierał ze skóry, a świadkami sceny był autobus pełen ludzi z kontrolerką i kierowcą włącznie. I nikt nic nie powiedział. Stanęło na 10$ i dali mi spokój, ale słyszałam też o podobnych historiach bez happy endu…

O ile nie dodałam Wietnamu do listy miejsc, do których chcę wrócić podróżując z plecakiem, to o dziwo mogłabym zamieszkać w Hanoi bądź w Sajgonie (Ho Chi Minh City). Trudno mi tylko zdecydować, które z nich wolę – trudno znaleźć dwa tak różne od siebie miasta. W obu na pewno bycie pieszym grozi śmiercią, liczba motorów przewyższa liczbę mieszkańców i miło można przemieszczać się z miejsca na miejsce przy pomocy rikszy rowerowej. Żadne z nich nie ma również zapierający dech w piersi zabytków ani miejsc, które raz w życiu należy odwiedzić. W obu na swój sposób czci się Ho Chi Minh’a (mam wrażenie że władza nie miałaby ni przeciwko, gdyby oba miasta nazywały się tak samo na cześć wodza) i upamiętnia się Wojnę Wietnamską (niestety czasami w bardzo propagandowy sposób, jednak Muzeum Pozostałości Wojennych - War Remnants Museum w HCMC było miłym zaskoczeniem). Poza tym Hanoi jest pełne jezior, parków, małych kawiarni, uliczek noszących nazwę od rodzaju kupców, urzędującego na niej (np. Złotniczka, Szewska, Okularowa). Stolica jest mniejsza, spokojniejsza, wietnamsko-chińsko-francuska. Sajgon jest jedyny w swoim rodzaju (nie bez przyczyny mówimy czasami „sajgon” na coś bez ładu i składu), nie raz zgubiłam się w urokliwych uliczkach, gdyby nie mój budżet to całe dnie mogłabym spędzić na masażach różnego rodzaju i złapałam się na myśleniu „jak przejdę 2 km piechotą i zaoszczędzę 1$ to będę mogła sobie kupić krewetki – jeee:)” (tak, Sajgon to prawdziwy raj żywieniowy). Ale oba miasta są tak samo fotogeniczne:

_________________________________________________________________________________

...or why travelling in Vietnam is both easy and challenging.

I counted how many times I said "no" in Hanoi in just one day... 72!!! After twenty I stopped smiling, after forty I became rude and said "no" without adding "thanks." I've organized an "assertiveness" workshop, so I know how to refuse motorbike drivers, vendors, pineapple-ladies and various spa employees.

Traveling in Vietnam can be so easy that I think even a guidebook isn't necessary. A taxi driver picks you up from the airport and shows you accommodation options, a tourist agent finds you in the hotel and suggests tours from one day to one month long, and there is an English menu in the restaurant next to your hotel. You can also hire a driver who will deal with everything, tell you where you should take photos, answer your questions about the Vietnamese soul, and drink beer (if you buy it for him). Don't worry about the travel agency's address - there are more travel agencies around than pharmacies, schools and banks altogether.

You can also try to travel in Vietnam in some totally different ways. You can travel by public bus, if you manage to reach the bus station which is usually far far away from the city center. You can travel by train, but you may be woken up at 4 AM because the man next to you has decided to smoke without opening the window. You can drive a motorbike (you'll be given a nutshell-shaped helmet) to visit places on your own, so you won't have to walk at Chinese-group-pace.

My affair with Vietnam wasn't the easiest one. Maybe I decided to stay for too short a time (23 days)? Appearances can be deceptive - it's a huge country. I was surely shocked after being in Laos, where people are quiet, children smile, and nobody treats foreigners like they're wearing t-shirts that say "I have $$$." Vietnam can also be like that, but only in places where there are fewer than 10 tourists per day, which is unfortunately not very many places.

I cried for the first time during my journey - I felt so powerless. One guy showed me the way to the local bus in La Cai and after that followed me, got on the bus and demanded $30 for the ticket, even though he wasn't the ticket collector. After a while there were 3 guys shouting at me and trying to throw my backpack out of the bus. Of course, everything was being patiently observed by the other passengers, the driver and the ticket collector. Finally I gave them $10 and they let me go, but I also heard about similar stories without a happy ending.

Though I haven't added Vietnam to the list of places I want to revisit with my backpack, I surprisingly feel like I could live in Hanoi or Saigon (Ho Chi Minh City). I have difficulty deciding which of them I like more - it isn't easy to find such unique cities. Both aren't pedestrian-friendly, both probably have more motorbikes than people, and both are nice to travel around by cyclo. You won't find breathtaking or must-see sights in either Hanoi or HCMC. Ho Chi Minh is worshiped in both cities, and I feel like the authorities wouldn't mind if both cities were named after the great chief. Both commemorate the Vietnam War (of the 'American War,' as they call it), with heavy amounts of propaganda. The War Remnants Museum in HCMC is a must-see. Besides these similarities, Hanoi is smaller and more peaceful, with lots of parks, lakes and small cafes. It is generally a mix of Vietnamese, Chinese and French. Saigon in 100% unique. In Polish, we use the word "saigon" to describe something that is totally without order. Only my budget stopped me from spending whole days getting massages, and I caught myself thinking "If I walk these 2 kilometers I will save $1 and be able to buy myself shrimp - yeeeah!" Both cities are also very photogenic:

HANOI:









HCMC:










Name:

Komentarze: