Kobiece rozmyślania z Hoi An / Feminine contemplations from Hoi An


Link 07.02.2011 :: 15:25 Komentuj (10)
Nie lubię określenia backpacker (plecakowicz). Mój plecak to najsłabsze ogniwo mojej podróży. Jest ciężki, nie dopina się, mam wrażenie że jak dołożę do niego chociaż chusteczki to mnie przeważy i się przewrócę. Poza tym ciągle muszę kombinować, jak tu się ubrać mając te same 6 koszulek, 2 sukienki i 0 butów na wysokim obcasie. Sytuację ratuje tusz do rzęs i kolczyki (lekkie i zajmują mało miejsca).

Do tej pory zawartość mojego plecaka mi nie przeszkadzała. W Tajlandii celowo odpuściłam sobie jakiekolwiek zakupy ubraniowe – moja figura nijak się ma do tajskiego kanonu piękna, więc po co się frustrować? Sytuacja jednak zupełnie inaczej wygląda w Hoi An – w każdym zaułku można znaleźć zakład krawiecki, gdzie w przeciągu 3 godzin azjatycka krawcowa za grosze uszyje Ci wszystko, co sobie zamarzysz – od suknie wieczorowej, poprzez płaszcz, do kimona… I prosto spod igły możesz wybrać się do szewca, który również za grosze zrobi parę butów na wymiar, jak dla Kopciuszka (mam jedno snobistyczne marzenie – czarne szpilki z czerwoną podeszwą – takie buty na zamówienie to byłoby coś…). Szkoda że mój plecak (i budżet) nie są z gumy…

Oczywiście to nie zakłady krawieckie i szewskie są powodem, dla którego Hoi An zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Miasto wygląda jakby czas się zatrzymał tu 150 lat temu i tylko czekać, jak zza rogu wyjdą kupcy z Chin, Japonii i Europy. Oczywiście, stare miasto jest najbardziej popularną częścią Hoi An, jednak pozostałe dzielnice są równie urokliwe, z wąskimi ulicami, kolorowymi domami, ogrodami na dachach i małymi świątyniami.

Ostatnio pomyślałam sobie jak w reklamie : „dzięki Bogu że jestem kobietą”. Zasiedziałam się w Tad Lo i dopiero 31.01 dotarłam do Savannakhek, żeby odebrać wietnamską wizę. Zajechałam pod konsulat, a tam kartka „zamknięte przez tydzień z powodu Nowego Roku” (pominę fakt, że przy składaniu papierów powiedziano mi, że mogę odebrać wizę dowolnego dnia, byle jeszcze w styczniu). Strażnik nie wyglądał na zbyt przejętego mym losem (on mówił po laotańsku, ja po angielsku – nic dziwnego:). Pomyślałam więc „co mi szkodzi” i nie zważając na protesty strażnika zadzwoniłam dzwonkiem do domu konsula, przybrałam pozę bezbronnej istoty i czekałam, aż ktoś wyjdzie. Nie wiem kto pojawił się po minucie (konsul?), najważniejsze jest to, że przejął się moim losem i zrozumiał moją chęć spędzenia Tet w Wietnamie, otworzył konsulat i życząc szczęśliwego Nowego Roku wręczył mi wizę. Później mój znajomy Austriak powiedział, że na moim miejscu zmienił by plany, nie licząc nawet na zrozumienie i szczęście…

_______________________________________________________________________________

I don't like the term "backpacker." My backpack is the worst part of my journey - it's heavy, I have difficulties packing it, and if I put even one more pack of tissues in it will overpower me and I'll lose my balance. And I have to constantly think how to dress with just 6 shirts, 2 dresses and no high-heels. The mascara and earrings (light and small) help a little...

So far I haven't paid any attention to my backpack's content. In Thailand I didn't even try to buy myself anything, especially because my figure doesn't meet the Thai conception of beauty at all. But the situation is different in Hoi An, where there are tailor shops on every corner and in only 3 hours you can have whatever you want made - dresses, coats or even kimonos. After that you can visit a shoemaker and get a pair of shoes made for dirt-cheap, like in the Cinderella story (I have a snob dream - black stilettos with red soles, ehhh). It's a pity that my backpack (and budget as well) can't stretch like rubber...

Of course, tailor shops and shoemakers aren't the reasons why Hoi An is on the list of UNESCO World Heritage Sites. The city looks like it is over 150 years old and you feel like at any moment you could meet traders from China, Japan and Europe. The old city is of course the most popular part of Hoi An, but the other quarters are also charming - with their narrow streets, colorful houses, rooftop gardens and small temples.

Lately I have thought about the ad: "Thank God I'm a woman." I spent more time than I had planned in Tad Lo and I arrived in Savannakhet to pick up my Vietnamese visa on 31st January. When I applied I was told that I could come to pick it up any day. However, when I arrived at the consulate I noticed a big sign that said "closed for next week because of Lunar New Year." The guard didn't look like he would understand me... So I thought I had nothing to lose, so despite the guard's protest I rang the bell at the consul's house and tried to look defenseless and harmless. After a minute somebody came. He understood my drama and desire to celebrate Tet in Vietnam, so he opened the consulate, issued my visa and wished me a happy new year. After that my friend from Austria told me that if he had been in that situation he would have changed his travel plans, instead of counting on understanding and luck.