Sabai Dee Loi Kratong!


Link 23.11.2010 :: 04:55 Komentuj (2)

możecie znaleźć więcej zdjęć/ you can see more photos w naszym albumie/in our gallery


Pisze: Marta
Komentuje: Natalia

Problem z tutejszymi świętami, polega na tym, że nikt nie wie czego właściwie dotyczą. A jak wie to nie powie. Bo nie wie jak albo się wstydzi. Więc musimy dochodzić do tego same. Ustaliłyśmy, że w tym roku zbiegły się w czasie dwa święta: Loi Kratong i lannajskie Yi Peng. Loi Kratong to w skrócie oddawanie czci bogini wody. Yi Peng to święto świateł, podczas którego buddyści mogą sobie doładować karmę. Kiedy się je do siebie doda, wychodzi gruba impreza. Impreza z wybieraniem miss festiwalu, ustawianiem wielkich świecących smoków w fosie otaczającej miasto, paradami (które trwają wieczność!), obłędnymi ilościami fajerwerków (a raczej petard, chyba ogłuchłam po weekendzie), światełkami na ulicach (nasza ulubiona Nimmanhemin Rd wygląda prawie jak Krakowskie Przedmieście!), zapalaniem świec na granicach posesji, pełnią księżyca i – co najbardziej widowiskowe – wypuszczaniem w niebo wielkich lampionów. Wszyscy gromadzą się wzdłuż rzek, kanałów i strumyków, aby puścić na wodę krathong - świeczkę i kadzidła w misternych konstrukcjach z liści bananowca i lotosów. A co bardziej zaangażowani uwalniają zwierzęta jak znak oswobodzenia i wolności. Oczywiście nikt nie zostawia swojego Burka, wszędzie można kupić rybki i ptaszki specjalnie złapane na tę okazję. Zastanawia mnie tylko, jakim cudem byłam świadkiem wypuszczania również węży i żółwi…

Lampiony widać było na niebie od dwóch tygodni, ale Właściwy Moment nadszedł w piątek. My zdecydowałyśmy się zobaczyć jak będzie on wyglądał w Mae Jo, buddyjskim sanktuarium 20 km na północ od Chiang Mai (warte podkreślenia jest, że byłyśmy chyba jedynymi szalonymi, które dotarły tam przy pomocy siły własnych mięśni i pedałów;). Wyglądało bajkowo. Magicznie. Jak w filmie. Mało powiedziane – to jedno z najcudowniejszych wydarzeń w jakich do tej pory brałam udział, nic innego się nie liczy, tylko lampiony i niesamowite poczucie tworzenia czegoś pięknego razem. Na tyle widowiskowo, że sądząc po ilości zdjęć robionych podczas całego rytuału odpalania lampionów przez rodziny, przyjaciół i migdalące się pary, facebook powinien zainwestować w nowe serwery.

Śliczne święto. Wczoraj, (jako że Chiang Mai jest jak system naczyń połączonych i żeby komuś świecił w fosie smok, ktoś inny musi siedzieć przy świeczkach) wyłączono prąd północno – zachodniej części Starego Miasta. Wracałam tamtędy rowerem. Ciemne miasto, wielkie, głębokie niebo i lampiony. Bezcenne.

_____________________________________________________________________________________________________
Text: Marta
Comments: Natalia

The problem with Thai festivals is, that no one actually knows what are they all about. Even if there is someone who knows, he/she won't tell us because he/she's shy or doesn't speak English. We have to find everything out on our own. So far we've found out, that this year two festivals are coinciding: Loi Kratong and Lanna Yi Peng. Briefly, Loi Krathong is about worshipping the goddess of water. Yi Peng is a festival of lights, that enables buddhist to charge their karma. If you mix it, you get an awesome party. The party that includes electing miss of the festival, building big gleaming dragons in the moat encircling the Old Town, parades (that are endless!) insane amount of fireworks (to be exact, mostly firecrackers, I became deaf after the weekend), lights on streets (our fav Nimmanhemin Rd looks almost like Krakowskie Przedmieście St.), lighting candles at the borders of premises, full moon and – what's the most picturesque – releasing to the sky huge paper lanterns. Everyone gathers along rivers, canals and streams to launch their krathongs (lotus-shaped receptacle made from banana leaves with candle and incenses inside). The most involved ones also releases animals as a symbol of freedom and liberation. Of course nobody lets his/her pet go free, you can buy everywhere fishes and birds caught specially for that occasion. But still I wonder how it happened that I noticed the ritual of release of snakes and turtles…

Single lanterns were being seen in the sky for two weeks, but the Right Moment came on Friday. We decided to observe it in Mae Jo, Buddhist sanctuary, situated 20 km north from Chiang Mai (it’s worth emphasizing that we were probably the only crazy ones who got there using their muscles’ power and pedals:) . It was looking fairy-talish. Magical. Movie-like. It was one of the most beautiful events I’ve ever participated in, nothing was important except lanterns and amazing feeling of creating together something beautiful. So great, that (considering number of photos taken by families, groups of friends and snuggling couples during a ritual of blasting the lanterns off), facebook should think about new servers.

Lovely festival. Yesterday there was a blackout in north-western part of the Old Town (because Chiang Mai is a connected vessels system, and if someone enjoys gleaming dragon in the moth, someone else has to enjoy romantic candle-light evening). I was there at this time, cycling back home. There was a dark city and huge, deep night sky full of lanterns. Priceless.