W zamierzchłych czasach, gdy Wietnamczycy walczyli z najeźdźcą, bogowie zesłali rodzinę smoków, aby pomóc w obronie kraju. Były to magiczne smoki – pluły perłami, które po zetknięciu z wodą zamieniały się w wapienne skały, tworząc mur. Oczywiście wróg został odparty, a smoki postanowiły zostać na ziemi. Miejsce, w którym wylądowała matka smoków zostało nazwane Ha Long Bay (Zatoka Lądującego Smoka).

Popełniłam życiowy błąd – pod wpływem legendy, zachęt innych podróżników i zdjęć ( zatoka z prawie 2000 wapiennymi monolitycznymi wysypkami przeróżnych kształtów i rozmiarów wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości ) wybrałam się do zatoki Ha Long. Co gorsze postanowiłam zaryzykować i wykupiłam wycieczkę w hostelu (obiecuję, pierwszy i ostatni raz)…

Dramat rozpoczął się już na trasie – co drugi pojazd jest busem wiozącym tłum turystów w tym samym kierunku. Wszyscy mają postój w tym samym miejscu – turystycznym centrum handlowo-żywieniowym wybudowanym pomiędzy tarasami ryżowymi. Po dotarciu na miejsce każdy wsiada na odpowiedni (w zależności od ceny biletu) statek – do wyboru jest wszystko co możecie sobie wymarzyć, od marnej imitacji Titanica po szalupę ratunkową. Na każdym statku zagwarantowane są te same wietnamskie posiłki w wersji dla turystów i rozrywka w postaci karaoke. Wszyscy zwiedzają tę samą jaskinię, która została zamieniona w Disneyland dzięki podświetleniu jej fioletowymi, różowymi i niebieskimi światłami. Pomiędzy statkami dzielnie pływają kobiety w łódkach zapakowanych po brzegi pringels’ami i winem. I każdy statek ma własny perłową babcię, która próbuje sprzedać plastikowe podróbki. I niestety jakoś nie udało mi się dostrzec piękna zatoki. Jeśli się tam kiedyś wybieracie, to polecam rozważenia opcji „kajak” (ale wtedy zapewne stratuje Was jakiś tankowiec).

W związku z traumą turystyczną postanowiłam zaszyć się w górach w miasteczku, gdzie nie można dostać nawet jogurtów. I wyszło mi na dobre, ale o tym później:)

_____________________________________________________________________________________

A long, long time ago, when the Vietnamese people were fighting foreign invaders, the gods sent a family of dragons to help defend their land. Those dragons were magical, and were spitting out pearls. Upon hitting the sea, these jewels turned into the various islands and islets dotting the seascape and formed a formidable fortress against the invaders. The dragon family decided to remain on the earth. The mother dragon lies on what is now Ha Long Bay (Descending Dragon Bay).

I made a mistake and decided to visit Ha Long Bay. It's a UNESCO World Heritage Site, with thousands of limestone karsts and isles in various shapes and sizes. Even worse, I bought a tour package from my hostel. After that, I promised myself it was the first and last time I would do it.

The drama began during the minibus trip - every other vehicle on the road was full of tourists heading in the same direction. All of the buses stopped in the same touristy food centers built in the middle of the rice fields. After reaching the bay, everyone got into their ship according to their ticket price - you could choose everything from a model of Titanic to a lifeboat. The same tourist-edition 'Vietnamese' cuisine was served everywhere, and you could enjoy karaoke all night long. The most popular caved resembles Disneyland - it is brightened by pink, purple and blue lights. Small boat-shops laden with Pringles and wine weave among bigger ships trying to sell things. In every ship you can find a 'pearl grandma' trying to sell plastic jewelry. Unfortunately, I wasn't even able to notice how stunning the bay was. If you think about visiting Ha Long Bay, I would highly recommend taking a kayak, though you might be overrun by some tanker ship.

After the touristic trauma I've decided to spend some time in the mountains in the village, where you can't even get yogurt. It's the perfect choice, but be patient in waiting for the next post;)















Name:

Komentarze: