Czasami planujemy zostać w pewnym miejscu jedną noc i z niewyjaśnionych przyczyn zostajemy tydzień. Tak stało się ze mną w wiosce Tad Lo, w której dosłownie oprócz paru wodospadów, 3 słoni i świątyni w budowie (co skutkuje tym, że od rana do wieczora przez głośniki leci nawoływanie „przyłącz się do nas – budujmy razem!) nie ma nic. Ale może takie właśnie „nic” było mi potrzebne – hamak, spacery, czas na rozmowy ze spotkanymi ludźmi, gry planszowe, motor.

A może to wcale nie miejsce, tylko ośrodek, w którym mieszkam? Właściciel Palamei Guest House – Baw – to nie tylko cudowny gospodarz, informacja turystyczna i kucharz w jednym, ale również źródło wszelkiego typu opowieści z życia wioski i anegdotek (marzę o takim weselu jak on miał – po prostu korowód szedł przez wieś, a ludzie tańczyli przy dźwiękach bębnów). Poza tym robi wszystko, aby zarówno goście jak i jego rodzina ( piękna żona i 2 uśmiechnięte córki) czuli się zawsze jak w domu – zazwyczaj wieczory wszyscy spędzają w kuchni albo ucząc się laotańskich dań, albo gotując swoje narodowe potrawy, żeby później do nocy rozkoszować się iście królewską kolacją:)

Niestety moje dzieci chyba nie będą mogły tu przyjechać, albo będą mogły ale nie zakochają się w tym miejscu. Może w następnej edycji Lonely Planet poświęcą Tad Lo więcej miejsca (teraz tylko kilka zdań) i wioska przemieni się w cel wędrówek hippisów, którzy zapomnieli że lata 60 już dawno są za nami? A może śmieszni Chińczycy w czerwonych kombinezonach znajdą to, czego szukają – ropę? Wtedy na pewno żaden przewodnik nie wspomni o Tad Lo i miejsce przestanie być stworzone do poznawania Laosu z pozycji horyzontalnej…

_________________________________________________________________________________

Have you ever planned to stay in a place for one night, but ended up staying a week without a reason? That happened to me in Tad Lo, a village where there is literally nothing except a few waterfalls, three elephants, and a temple under construction (which means that a call through the loudspeakers saying "join us - let's build the temple together!" is heard all day long). However, maybe that "nothing" was something that I needed - just a hammock, walks, time for chatting with people, board games and a motorbike.

Maybe it's not the village itself, but the guest house where I stayed. The owner of Palamei, whose name is Baw, is not just a wonderful host, tour guide and cook all-in-one, but also a source of various village stories and anecdotes. I dream about having a wedding party like he had - just a parade through the village and people dancing to the sound of drums. Besides this, he does everything to make both his guests and family (a pretty wife and two smiling daughters) feel at home. Everyone usually spends evenings in the kitchen, learning how to cook Lao food or sharing recipes from their own countries, so the delicious dinners last forever.

Unfortunately, my children probably won't be able to come here. Even if they can, the won't fall in love with that place. Maybe more space will be given to Tad Lo in the next edition of Lonely Planet (now it's just a few sentences) and the village will become a popular destination for hippies, who forget that the 60s are already gone. And maybe funny Chinese people in red overalls will find what they are looking for -- the oil? Then it's sure that the travel guides won't mention Tad Lo and the place will stop being made for discovering Laos from the horizontal position.





Name:

Komentarze:

30.01.2011, 13:09 :: 193.0.125.68
HoliPoli
Ja widzę, że ty się ciągle uczysz gotować, więc rozumiem, że po powrocie albo otwierasz knajpę albo będziesz wydawać azjatyckie uczty dla wszystkich, bliższych i dalszych, znajomych! (od razu zaznaczam - ja bardzo chętnie bym w takiej brała udział :)