…albo poradnik dla oszczędnych - jak zamiast 700 zł zapłacić 100:)

Kolej transsyberyjska syberyjska jest tylko z nazwy, przez Syberię nie przejeżdża, a raczej idealnie ją omija. Ale już sama nazwa rozbudza marzenia o czymś tajemniczym, tylko dla wybranych i odważnych. Może i tak było na początku XX wieku, gdy budowano 3 linie łączące Moskwę z Władywostokiem, Ułan Bator i Pekinem. Teraz ten szlak codziennie przemierzają nie tylko przemytnicy, rozdzielone granicami rodziny i ludzie, w których trasa nie wzbudza najmniejszych emocji, ale też rzesze turystów. Niektórzy z walizkami, większość z plecakami, od 18 lat do 99, wybrańcy w luksusowych przedziałach z prysznicami, a’la perskimi dywanami i rzekomo działającym wi-fi.

Świat już chyba dawno nie widział tak źle przygotowanej podrózniczki jak ja:) Obecnie nie posiadam żadnego przewodnika ani rozmówek, a jedynie mapę Mongolii. „Lonely Planet” na dłuższą metę jest denerwujący ze wszystkimi poradami co wolno a czego nie… Więc nieświadoma niczego udałam się do jedynego miejsca w Pekinie, hotelu Intercontinental, gdzie obcokrajowcowi łaskawie pozwala się kupić bilet do Ułan-Bator (Chińczyk czy Mongoł oczywiście może to zrobić jak Bóg przykazał na dworcu i nie musi latać po mieście i uśmiechać się do portiera). A tam po raz pierwszy chyba od momentu kiedy opuściłam Polskę po prostu nie wierzyłam własnym uszom (zazwyczaj nie wierzę własnym oczom, tak zachwycające rzeczy widzę) – za 24 godziny w pociągu i przejazd ze stolicy Chin do stolicy Mongolii trzeba zapłacić…700 zł. „Trudno- pomyślałam sobie – pozostaje mi zamieszkać w Państwie Środka, trochę nawet Chinkę przypominam według niektórych, może tak źle nie będzie”. Jednak po chwili przypomniały mi się moje pociągowe wyprawy do Budapesztu, metodą od granicy do granicy, z uśmiechaniem się do konduktorów i dziękowaniem w duchu za istnienie wspólnej waluty, więc postanowiłam tej samej metody spróbować w Azji – dojadę do granicy, a później się zobaczy… Na stacji za 70 zł kupiłam bilet do Erlian, ostatniego miasta w Chinach.

W środowy poranek niekończący się pociąg wtoczył się leniwie na peron w Pekinie. Chyba przeszłam kilometr w poszukiwaniu swojego wagonu, który pomimo #1 znajdował się dokładnie w środku składu. Później odczekałam 15 minut, aż wszystkie babcie przewożące po 4 walizki o łącznej wadze 100 kilo wejdą po schodkach, a prowadnica sprawdzi paszporty. Przedział dzieliłam z 3 Chińczykami, którzy wyglądali na górników w strojach barbórkowych i zagryzali pierożki czosnkiem (w proporcjach 1:1 – pierożek + ząbek czosnku). Ale wrzątek był za darmo, a ja nareszcie byłam w legendarnym pociągu – tylko to się liczyło.

Wieczorem w Erlian wszyscy z mojego wagonu ( i kilku innych) musieli wysiąść – pociąg przekraczający granicę ma tylko kilka wagonów zamiast kilkunastu i stoi wieczność na granicy z powodu zmiany kół (różny rozstaw w Chinach i Mongolii). Prawie wszyscy pobiegli od razu w nieznanym mi kierunku, a na peronie została tylko garstka Europejczyków i Japończyk, który jak się później okazało całkiem sprawnie radził sobie z językiem chińskim . „Uf, nie spędzę nocy sama”. Więc na chwilę przestałam być samodzielną jednostką operacyjną i stałam się członkinią 8-osobowej grupy o kryptonimie „przekroczyć granicę”. Oczywiście najpierw musieliśmy przeżyć noc w przydworcowym hotelu bez prysznica i z drzwiami z kartonu, ale przynajmniej nie znalazłam martwego nietoperza pod poduszką (co kiedyś przydarzyło mi się w Indiach i chyba jest na czele najbardziej traumatycznych zdarzeń w moim życiu:)

Tak, obiło mi się o uszy że granica Erlian-Zamyn-Uud jest tylko dla ruchu samochodowego, ale… Dojechaliśmy taksówkami do granicy, jakby nigdy nic przeszliśmy chińską kontrolę, pomiędzy granicami upchnęliśmy się wszyscy do szoferki ciężarówki (co było nie lada akrobatycznym osiągnięciem), mongolska kontrola też przebiegła gładko (pomijając fakt, że chyba mój paszport się zużył i żaden skaner go nie czyta, więc strażniczka zamiast numer wprowadzić od razu ręcznie, to przez pół godziny resetowała komputer, odinstalowywała system i wzywała na pomoc wszystkich współpracowników w promieniu kilometra). Tęczowy most stojący na granicy działał na nas bardzo pozytywnie. Więc na koniec szczęśliwi zaczęliśmy wędrować w kierunku dworca kolejowego już po mongolskiej stronie, machając do przejeżdżających samochodów i rozkoszując się wiatrem (którego nie ma w Pekinie). A więc tak sobie machaliśmy niefrasobliwie, łamiąc naszą wędrówką wszystkie możliwe przepisy, aż z przejeżdżającego samochodu wyskoczyło dwóch pograniczników… Na początku byli bardzo groźni, sprawdzili nasze paszporty, kazali mi nawet ściągnąć okulary… Jednak okazali się bardzo łasi na nazywanie ich per „towarzysze oficery” i miłe rosyjskie słówka, więc w efekcie zaoferowali nam podwózkę na dworzec – tym oto sposobem przekroczenie granicy kosztowało nas po 10 zł od łebka, tyle co za taksówkę.

Pociąg osobowy (a dokładniej mityczny obszczin) z Zamyd-Uud do Ułan Bator kosztował 25 zł. Jazda trwała około 15 godzin (dziwne, jak szybko człowiekowi zmienia się perspektywa, w Europie 15 godzin to tyyyyle czasu i już prawie każdy, kto ma pokonać taki dystans, wybiera samolot, w Azji to tyle co nic i po prostu można się rozkoszować jazdą). Nasza obecność wzbudzała ciekawość wszystkich dzieci w wagonie, które z chęcią zajadały orzeszki w czekoladzie z naszych zapasów. A my za to zjedliśmy prawdziwie polski posiłek – czarny chleb, szprotki i ogórki kiszone firmy Urbanek (oprócz tego w Mongolii można dostać też produkty Wedla i draże Korsarze:). I chałwę na deser! A za oknem rozpościerała się bezkresna Mongolia, czasami zielona, czasami piaszczysta, pełna koni i wielbłądów, nocą rozgwieżdżona a nad rankiem czerwona od promieni wschodzącego słońca. Wiem, wiem, miliony były tu przede mną, ale ja się nagle poczułam jak Marco Polo…






















Name:

Komentarze:

10.06.2011, 20:01 :: 201.103.16.167
Mrowa
Wow, pani prowadnica czy whatever she is wyglada tak ze bez kija nie podchodz.