„Nareszcie dotarłam do Rosji” – wykrzyknęłam trochę za głośno po przekroczeniu drzwi hostelu w Ułan Ude. „Nie do Rosji, ale do Buriacji” – właściciel hostelu zgasił mnie mentorskim tonem. Zaczęłam się zastanawiać, czy jest takie miejsce na ziemi, które mogłabym nazwać „Rosją” bez igrania z niczyimi uczuciami narodowościowymi. Zapewne nie, ale może w tym tkwi urok tego kraju (obok kawioru, ludzi nazywających mnie per „dziewuszka”, bani i gdzieś głęboko ukrytej, ale wciąż widocznej tęsknoty za przeszłością).

12 czerwca – święto Rosji. Z tej okazji na głównym placu w Ułan Ude zorganizowano koncert rockowy (podobnież mer miasta lubi zespół, który zagrał). Scena stanęła w cieniu największej na świecie głowy Lenina. Sprzedawano baloniki z napisem Rosja, trąbki i czapeczki, wszystko w klimacie odpustowym. Nikt nie krył się z piwem, a policjanci spędzali więcej czasu na ploteczkach niż na faktycznym patrolowaniu okolicy. I wszyscy razem machaliśmy w kierunku południowo-wschodnim, gdzie podobnież jest rezydencja prezydenta Buriacji. A jeszcze parę godzin temu na tym samym placu młode pary obsypywane były ryżem i 10-rublowymi monetami, a ja wpadłam na pomysł zrobienia filmu dokumentalnego o rosyjskiej modzie ślubnej – myślę że to będzie hit na zachodzie, taka dawka kiczu nie może zostać niedoceniona.

Buriaci od zawsze mieszkali nad Bajkałem, kiedyś bliżej im było do Mongołów (nadal prawdziwy Buriat powinien mieć czarne oczy), teraz do Rosjan, choć oprócz rosyjskiego posługują się biegle buriackim. Ich historia pełna jest powstań przeciwko Moskwie i skór zwierząt futerkowych – w tej formie egzekwowano jasak. W 1905 Buriaci próbowali walczyć o autonomię i szkolnictwo w języku ojczystym, postulaty te oczywiście odżyły w 1917, jednak wszystko skończyło się powstaniem Buriackiej Republiki Radzieckiej. Po upadku ZSRR republika zgłosiła akces do Federacji Rosyjskiej, wyraźnie tym razem podkreślając, że Rosjanami to oni nie są (choć obecnie w republice jedynie 30% mieszkańców do Buriaci).

Kolejny mój stereotyp upadł, tym razem Rosjanina – wyznawcy prawosławia (ewentualnie katolika uczęszczającego na msze odprawiane przez polskiego księdza lub po prostu zagorzałego ateisty). W Buriacji jest prawie tyle samo cerkwi do dacanów – świątyń tybetańskiego buddyzmu, mieniących się czerwienią, żółcią, zielenią i błękitem, otoczonych bielonymi stupami, w których prawie bezszelestnie przemykają mnisi i karminowych szatach, a wierni kręcą niby od niechcenia młynkami modlitewnymi. Największa znajduje się jakieś 40 km od Ułan-Ude, w Iwołgińsku. Świątynia nosi poetycką nazwę „Koło Poznania Przynoszące Szczęście i Pełną Radość” i o dziwo pozwolenie na jej budowę wydał… Stalin. Od XVIII wieku w okolicach Bajkału pełno jest też starowierców (zesłanych tu z całymi rodzinami przez cara), czyli prawosławnych, którzy w XVII wieku nie uznali reform Nikona. Choć tutaj tak naprawdę nie ważne jest kto w co wierzy i jakiej religii wyznawcą się mieni – zawsze może udać się po poradę do szamana, a przejeżdżając obok świętych i magicznych miejsc szamanizmu rzucić trochę monet, okruszków czy tytoniu dla przodków (kierowca doskonale wie, kiedy zwolnić).











Name:

Komentarze: