Cokolwiek napisałabym o Mongolii, nie odda tego jaki naprawdę jest to kraj. Przez niecałe 3 tygodnie pobytu czułam się jak na co najmniej 3 różnych planetach, wpadałam z euforii w nienawiść, chciałam kupować bilet lotniczy i wracać natychmiast do Polski bądź wychodzić za mąż za mongolskiego zapaśnika i mieć 10 pięknych dzieci o czerwonych policzkach. Czułam się jak najgorsza turystka wtykająca nos tam, gdzie są mili bo turystka ma kasę, a czasami jak bohater „Into the Wild”. Jedno jest pewne – Mongolia w mojej pamięci zapisała się jako jedno słowo – EMOCJE.

Na terytorium 5 razy większym niż powierzchnia Polski mieszka 3 miliony mieszkańców. Z tego połowa w stolicy. Nie wiem dokładnie ile jest dróg asfaltowych, ale jedyne jakie widziałam kończą się 100 kilometrów za Ułan Bator. Mongolscy kierowcy muszą mieć chyba wczepionego w mózg GPS-a, bo pozostała część kraju pokryta jest siecią bieszczadzkich szlaków i ścieżek, ale na pewno nie dróg(pominę jednak historie drogowe jakich się nasłuchałam, na czele z utopieniem ciężarówki pełnej towarów w zamarzniętym jeziorze…). A za przejazd drogą a’la moja wioska 10 lat temu trzeba płacić, bo to przecież autostrada.

Podróżując po krajach południowo-wschodniej Azji zazwyczaj widzi się piękne, wręcz idylliczne obrazy szczęśliwych ludzi, a o problemach społecznych można dowiedzieć się tylko, gdy z kimś naprawdę się zaprzyjaźni i zyska się zaufanie. Albo gdy ma się dostęp do BBC. W Mongolii jest zupełnie inaczej i wszystko widać gołym okiem. Mongolia to pechowy kraj… Geograficznie służy za bufor między Chinami a Rosją i jak podskoczy za wysoko, to albo Rosjanie zablokują dostawy diesla i wtedy wszystkie ceny idą w górę, albo Chińczycy przyblokują na dzień granicę i w sklepach brakuje dosłownie wszystkiego (oczywiście oprócz mięsa). W zimie temperatura spada do -50 (ale przy – 20 dzieciaki grają w koszykówkę bez rękawiczek, za to w kalesonach i nikomu nie przeszło przez myśl zamykać szkoły z powodu mrozów). W Ułan Bator cały czas miałam wrażenie, że miasto nadal jest w pierwszym stadium post-komunistycznej transformacji, a przecież od 20 lat powinni budować demokrację. Ile razy wsiadłam do autobusu, tyle razy do mojej torby nieudolnie dopierał się jakiś kieszonkowiec i nikt, ale to nikt nie reagował, nawet jak się z nim szarpałam trzymając go za nadgarstek. Ciężko jest sobie mi wyobrazić ten kraj za 20 lat… Pewnie będzie podobnie, bo rząd zamiast inwestować pieniądze, których nie ma wcale tak mało (Gobi jest nie tylko złota bo piaszczysta…), co miesiąc przekazuje równowartość 50 zł każdemu obywatelowi.

Mongolia to piękny kraj, w którym naprawdę człowiek czuje się malutki wobec Natury. Niebo jest błękitne, wiatr rządzi wszystkim wkoło, wszystko jest wyolbrzymione – zwierzęta, kolory, dźwięki. Nadal w czerwcu niektóre jeziora są zamarznięte. Na północy królują majestatyczne jaki, na południu wielbłądy, a każdy Mongoł jest księciem na białym koniu.

W wyniku pewnych nieplanowanych okoliczności zatrzymałam się na chwilę w jurcie kobiety, która chodziła zgięta idealnie w pół, choć z twarzy miała 50 lat. Mongołowie są gościnnie. Nic dziwnego, przecież każdy Mongoł to w głębi duszy Nomad i wie jak to jest tułać się z miejsca na miejsce. Więc babulenka wyciągnęła z szafy ciasteczka a’la polskie amoniaczki (moja babcia takie robiła, babcie na całym świecie są takie same!) i zabrała się do przygotowywania herbaty. Herbaty z mleka jaka. A więc rozpaliła w piecyku używając zwierzęcych odchodów. Mleko wlała ze szklanej butelki wielotysięcznego użytku. Wodę zaczerpnęła z wielkiej, niebieskiej beczki sprzed jurty. Wygiętym widelcem wyskrobała z miski resztki masła. Wszystko zamieszała, zagotowała i sypnęła rosyjską czarną herbatą wykonując ruchy jak czarownica (a może była szamanką?). Ja przyglądałam się temu wszystkiemu z perspektywy twardego łóżka, które stało między szafą obklejoną zdjęciami zapaśników a malowanym kufrem. Przyglądałam się z przerażeniem, przypominając sobie wszystko co wiem o chorobach brudnych rąk… Ale herbata była najlepsza jaką w życiu piłam.

Polacy i Mongołowie są trochę do siebie podobni. Wszyscy żyjemy mitem wielkiej przeszłości. Nad stepami i lasami Mongolii nadal unosi się duch Czyngis-chan i jego kilkutysięcznej armii na koniach. A Bajkał to mongolskie jezioro, które kiedyś będzie odzyskane.

Wbrew temu co wszyscy mówią i piszą, można przemieszczać się po kraju bez zorganizowanego jeepa i noclegu w specjalnie przygotowanych dla turystów jurtach z elektrycznością. Oczywiście, z biurem podróży przez tydzień było mi bardzo miło, ale czy o to w podróżowaniu chodzi? Więc zamieniłam harmonogram na mongolską komunikacyjną nieprzewidywalność, spanie w namiocie nad zamarzniętym jeziorem, jedzenie na zmianę ryżu i makaronu, bo to najłatwiej ugotować na ognisku. A w wiosce w której chciałam chwilę posiedzieć i odpocząć po trekkingu (Hatgal, tuż przy granicy z Rosją) w zamian za gotowanie dla 8 osób pozwolono mi zamieszkać w jeszcze zamkniętym schronisku i chwile, który nie spędzałam na dokładaniu drewna do pieca, spędzałam na koniu. Rano pani z wioski przynosiła mi sama z siebie domowy chleb (a później bez znajomości ani jednego słowa we wspólnym języku nauczyła mnie jak go wypiekać), ja mogłam się odwdzięczyć tylko polską czekoladą i bawieniem się z dziećmi ringo.

Emocje to życie. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do Mongolii.



















Name:

Komentarze:

30.09.2016, 14:17 :: 77.255.43.119
Ola
Hej! Trafiłam właśnie na Twoją stronę dzięki opowieści z książki ,,Poza utartym szlakiem" ;-) Świetna historia i piękne zdjęcia! Sama mieszkałam trochę w Mongolii, głównie w Muron, ale i w Hatgal, o którym piszesz. Zawsze mnie ciekawi opinia innych podróżników na temat tych miejsc, bo moja jest jakoś mało obiektywna :D Mam nadzieję, że uda Ci się jeszcze kiedyś odwiedzić Mongolię! Pozdrawiam cieplutko! :-)